Impreza w stylu boho, czyli wesele na luzie

Dwa lata przed ślubem mojej siostry udałyśmy się w tournée po salach weselnych. Już po pół roku znalazłyśmy idealne miejsce, wystarczająco eleganckie dla nie widzianych od wczesnego dzieciństwa cioć z Ameryki. Z rezerwacją było ciężko, ale jakoś się udało. Uf, pierwszy sukces. Z wyborem sukni pozostawiłam ją samą, nie mam cierpliwości by miesiącami przeglądać katalogi projektantów i pokonywać kilometry na trasie między salonami sukien ślubnych. Wybór menu to dopiero było wyzwanie! Kłótnia o mule w winie niemal pogrążyła dobre relacje z przyszłą teściową… warto było jednak przejść te trudy, by w dzień ślubu wstać o piątej trzydzieści  i oddać się w ręce kosmetyczki, manicurzystki, fryzjera i mistrza make-up’u. Wczesne wstawanie nie było trudne, stres dotyczący właściwego rozmieszczenia dekoracji i kompozycji kwiatowych i tak nie pozwolił spać całej rodzinie…

Brzmi jak normalka czy jak zły sen? W przypadku mojej kochanej siostry to zły sen o weselu, które nigdy się nie odbyło. Odbyła się za to niesamowita, klimatyczna impreza w stylu boho, nad pięknym jeziorem, podczas której państwo młodzi i wszyscy goście bez wyjątku bawili się najlepiej na świecie. A ciocia z Ameryki nie była zaproszona. No dobra, nie mamy cioci w Ameryce…

Miejsce, w którym odbyła się uroczystość, wybrało samo życie. Nad malowniczym jeziorem Partęczyny w miejscowości Iwanki Małe, państwo młodzi nie tylko się poznali, ale i – kilka lat później – zaręczyli. Czy można było znaleźć bardziej romantyczne i właściwe miejsce na ślub? Przepiękne okoliczności przyrody zdeterminowały charakter całej imprezy, począwszy od strojów i dekoracji, na muzyce i menu skończywszy. Miało być swojsko, radośnie, naturalnie, spontanicznie i bez spiny. I tak było!

Świetnym pomysłem było zaproszenie gości na Mazury dzień wcześniej. Choć liczba zaproszonych nie była duża, bo młodym zależało na tym, by mieć wokół prawdziwie bliskie osoby, nie wszyscy się znali. Dzień i noc (haha!) na zapoznanie się i zaaklimatyzowanie w pięknym miejscu to był strzał w dziesiątkę. W dniu ślubu byliśmy już nieźle zintegrowaną, zrelaksowaną grupą, która nie mogła się doczekać uroczystości i weselnych harców.

We wczuciu się w niezwykłą atmosferę mazurskich pół i łąk bardzo pomogło nam miejsce zakwaterowania – Domy Konesera to jedyna w swoim rodzaju, bardzo klimatyczna i urocza miejscówka, zaaranżowana z troską o najdrobniejsze detale. Niezobowiązujący styl country jest tu tak wysmakowany i dopracowany, że po kilku chwilach spędzonych w tych wnętrzach człowiek czuje się jak część otoczenia, z całym pięknem i spokojem mazurskiej przyrody. Artystyczny klimat tego miejsca i bazująca na naturalnych materiałach aranżacja były świetnym wstępem dla czekającej nas imprezy w stylu boho.

Swoboda, oryginalność i wolność od konwenansów to chyba główne atuty takiej uroczystości. Zamiast wątpliwej urody salki w urzędzie z przykurzonym orłem w koronie, ślub odbył się nad łące, nad samym jeziorem. Kilka brzozowych gałęzi, splecionych kwiatów i traw, wystarczyło za całą dekorację. I wiecie co? To miejsce miało moc! Emocje, jakie towarzyszą chwili zaślubin w takich okolicznościach, są nieporównywalne do tych przeżywanych w choćby najpiękniejszym wnętrzu. Skromna i jednocześnie, w pewnym sensie, majestatyczna przyroda, to najpiękniejsza dekoracja ślubna!

Uszyta przez krawcową suknia panny młodej była prosta, zwiewna i piękna, jak cała uroczystość. Moja siostra może się poszczycić oszałamiającą burzą loków w oryginalnym, miedzianym kolorze i słusznie wyszła z założenia, że naturalnemu pięknu nie trzeba pomagać – rozpuszczone loki świetnie uzupełniły ten  prosty look, dodając mu charakteru i dziewczęcości. Może jestem nieobiektywna, ale nie widziałam jeszcze piękniejszej panny młodej!

Jako zdeklarowana antyfanka mody weselnej, byłam przeszczęśliwa, mogąc wystąpić w długiej, zwiewnej sukni w kwiaty (nabytej kilka dni wcześniej w Reserved) i kowbojkach. Wiecie jak wygląda łąka pełna rozhasanych kwiatowych sukien i frędzli, gdy w oddali słychać cykanie koników polnych i swojskie porykiwania krowy? Jak scena z filmu, w którym chce się zrobić pauzę, i wgapiać się w nią bez końca…

Ultra dziewczęca, długa sukienka Tosi z Numero 74 idealnie wpisała się w całą oprawę. Tosia czuła się w niej trochę jak księżniczka, a trochę jak dzikie dziecko, mogąc swobodnie fikać gwiazdy wprost na trawie. Czyli idealnie. Później przebrała się w sukienkę od Louis Misha i hasała na parkiecie jak prawdziwa imprezowiczka haha!

Po krótkiej sesji zdjęciowej, która odbyła się nad jeziorem tuż po zaślubinach, wróciliśmy do Domów Konesera, gdzie miód i wino piliśmy i bawiliśmy się aż do… nie powiem! Wszystkiego Wam przecież nie mogę zdradzić :)

Uwielbiam te zdjęcia. To był z pewnością najpiękniejszy dzień tego lata, do którego często będziemy wracać we wspomnieniach. I wiecie co – chyba zmieniłam zdanie o weselach, a jeśli kiedyś zdecyduję się na swoje, to zrobię je w jakiejś starej stodole! :)

Przepiękne zdjęcia wykonała Agata Opalińska – Happy Blue Photo

5
2 Komentarzy w
“Impreza w stylu boho, czyli wesele na luzie”
  • Chciałabym mieć tyle swobody w dniu mojego ślubu u nas było na spinie i to dużej i po 8 latach po wiem że nigdy więcej nie zrobiłbym tak jak było tylko w najbliższym gronie ale cóż… Miałam inne „najpiękniejsze” dni 😉😉 a zdjęcia WOW

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.