Pobudka! Pierwszy dzwonek, czyli zły sen o edukacji

Czary mary – nie do wiary

Czary mary, czary mary: pierwszy tydzień września za nami! Kiedy to się stało? Jesteśmy z siebie tacy dumni, gdy w zwariowanym przed–szkolnym wirze, jeszcze z nadmorskim piaskiem w kieszeniach, pamiętaliśmy  o kupieniu pięknych zeszytów i okładek. Z uważnością wybraliśmy piórniki, śniadaniówki, bidony. Zastanawialiśmy się nad wagą i rozmiarem plecaka. Nie zapomnieliśmy o galowych strojach i wycieczce do galerii handlowej po nowe buty, bo przecież nogi urosły przez wakacje aż strach! Podczas rozpoczęcia roku szkolnego udało nam się nawet strzelić dzieciom fajną fotę na IG. A czy pamiętamy o tym, co  w tej całej szkolnej przygodzie jest najważniejsze? Dziecko to człowiek o tak wielkiej ciekawości świata, że można nią obdzielić wszystkich dorosłych domowników, krewnych, znajomych i jeszcze zostanie sporo dla sąsiadów. Jego mózg chce się uczyć. Nie do wiary!

Uszanujmy to. Nie przeszkadzajmy.

Raz, dwa, trzy, cztery, maszerują oficery

Pruski dryl – mówi Wam to coś? Tym, którzy lubili lekcje historii pewnie skojarzy się z królem Fryderykiem Wilhelemem I, władcą absolutnym, rządzącym dokładnie dwieście lat temu. Twórca militarnej potęgi Prus, opartej o żelazną dyscyplinę, kładł ogromny nacisk także na rozwój administracji i struktur urzędniczych kontrolujących wszystkie aspekty życia poddanych w państwie pruskim. Prywatnie uchodził za tyrana i despotę, niezmiernie srogiego, sadystycznego wręcz ojca, co we wstrząsających wspomnieniach opisywali jego syn i córka. Ten sam przyjemniaczek jest twórcą systemu edukacji, w którym… uczą się nasze dzieci.

Stary niedźwiedź mocno śpi

Nasz ulubiony król wprowadził powszechny obowiązek szkolny i metodycznie stworzył system nauczania, który miał na celu wykształcenie rzeszy posłusznych robotników. Czy to dziwi? Ani trochę. Wiadomo, że ludźmi myślącymi krytycznie, samodzielnymi i odważnymi, zarządza się trudniej. Brzmi trochę jak zły sen, prawda? Dziwi to, że nie obudziliśmy się z tego snu przez dwieście lat.

W dwudziestym pierwszym wieku wszyscy mamy w kieszeni dostęp do internetu, z łatwością podróżujemy po najdalszych nawet rejonach świata, latamy w kosmos, naukowcy wciąż odkrywają niesamowite fakty dotyczące fizyki, ewolucji i budowy mózgu… a naszym dzieciom wciąż serwujemy w szkołach rygor odrzucający wszelkie przejawy samodzielnego myślenia i kreatywności.

Fundujemy im „ukrzesłowienie” – unieruchomienie w ławkach ustawionych rzędami tak, że uczniowie przez 45 minut są skazani na wpatrywanie się w… plecy kolegów siedzących z przodu.

Niefrasobliwie ignorując osiągnięcia neurobiologii i odkrycia neurodydaktyki, praktykujemy wciąż nauczanie frontalne, oparte o wykład i nauczyciela jako nadawcę wiedzy. Dziecko w tym układzie jest biernym odbiorcą.

Choć współczesny świat domaga się ludzi, którzy biorą życie za rogi by zmieniać rzeczywistość, w szkołach bezrefleksyjnie kultywujemy kulturę błędu, nie pozwalając dzieciom na eksperymentowanie i mylenie się. Piętnując błędy zabijamy to, co w dzieciach, w ludziach w ogóle, najbardziej naturalne i cenne – chęć zdobywania wiedzy. Naukowcy już wiedzą i mówią o tym głośno, że nic tak nie odbiera radości i chęci uczenia się, jak motywacja zewnętrzna, nagrody i kary.

Dlaczego nie budzimy niedźwiedzia, który zasnął dawno, dawno, temu? Boimy się, że nas zje? A może nie zorientowaliśmy się, że chodząc na palcach, to my sami zjadamy własny ogon?

Palec pod budkę, bo za minutkę…

Budka się zamyka, a jak nie zdążysz, toś frajer. A za 45 minutek zadzwoni dzwonek, na który nasze największe, kilkuletnie skarby, zareagują jak psy Pawłowa: zatrzasną z impetem książki i zeszyty i wybiegną z ulgą na przerwę, potrącając po drodze krzesło. Tego ich nauczono. Trochę upokarzające.

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego lekcja trwa akurat 45 minut? Są tacy ludzie którzy się zastanawiali, i wiecie co? Doszli do wniosku, że dla ucznia nie ma to żadnego uzasadnienia. Oczywiście, takie zasady ułatwiają zaprowadzenie w szkole porządku, który jest niezbędny, ale rygorystyczne do bólu trzymanie się schematu 45 minut lekcji, 10 minut przerwy, ma negatywny skutek dla procesu uczenia się.

Dziś już wiemy, że mózg, który myśli, że nowe informacje są mu do czegoś potrzebne, chłonie je jak gąbka. Ciekawa lekcja, na której uczniowie pracują chętnie, bez przymusu, nie musi kończyć się po 45 minutach. Nudna, zakończona dzwonkiem, który jest dla dzieci wybawieniem, to prawdziwa porażka dydaktyczna i powinna skończyć się dużo szybciej.  Znudzić tak ciekawe świata istoty, opowiadając im o świecie, nie jest łatwo. A szkole się udaje.

Naukowcy wyjaśnili także, że aby mózg mógł przetworzyć informacje na poziomie głębokim, co jest niezbędne dla konsolidacji wiedzy, musimy fundować mu przerwy. W systemie opartym o wiele lekcji dziennie, rozdzielonych krótkimi przerwami odbywającymi się w czasie z góry ustalonym, a nie podyktowanym przez bieżące potrzeby dzieci, o taką konsolidację jest trudno.

Mało nas, mało nas, do pieczenia chleba

Tylko nam, tylko nam, Ciebie tu potrzeba! Bo w grupie jest nie tylko raźniej, ale i ciekawiej, weselej i bardziej efektywnie.

Dość dawno odkryliśmy, że dzieci najskuteczniej uczą się przez zabawę, wtedy, gdy są aktywne, współdziałają, dyskutują i tworzą. Wtedy, gdy popełniają błędy, błądzą, by w twórczy sposób dojść do rozwiązania problemów. I wtedy, gdy funkcjonują w gronie ludzi, z którymi zbudowali relacje. Bo bez relacji nie ma edukacji.

Grupowa praca nad projektem jest dużo bardziej skuteczna w dostarczaniu wiedzy niż samotne uzupełnianie zeszytów ćwiczeń. Nawet, jeśli tym projektem jest… pieczenie chleba. Zadania angażujące wiele zmysłów, rozwiązywane niekoniecznie w tradycyjnie urządzonej przestrzeni szkolnej, to świetna okazja do uruchomienia neuronów, które potem zbudują nowe sieci i wzbogacą wiedzę naszych dzieci o świecie. Zeszyty ćwiczeń wypełniane w hurtowych ilościach tego nie zrobią.

Kto się lubi ten czubi

Kochana szkoło, daj się lubić! Nie po to narzekamy, żeby Cię pogrążać. Przeciwnie! Tak dużo dziś wiemy o tym, jak wspierać proces uczenia się. Tak wiele mamy dziś możliwości. Tyle lat doświadczeń za nami. Zróbmy z tego coś fajnego!

Pocieszające, że coraz więcej jest szkół, nauczycieli i rodziców, którzy dostrzegają bolączki naszego systemu edukacji. Już sto lat temu, obserwując wnikliwie dzieci, Maria Montesori stworzyła swoją metodę nauczania, z której dziś chętnie korzysta wiele placówek szkolnych i przedszkolnych. Od kilku lat w Polsce rozwija się nurt Budzącej Się Szkoły, który przywędrował do nas, nomen omen, z Niemiec. To idea szkoły jako miejsca aktywnie wspierającego dzieci w procesie zdobywania i przyswajania wiedzy. Nie stygmatyzującej błędów. Nie zamykającej dzieci w ławkach, jak w klatkach. Nie oceniającej w bezrefleksyjny sposób. Pozwalającej na radosne eksperymentowanie i samodzielne wyciąganie wniosków.

Myślicie, że więcej polskich szkół obudzi się  ze złego snu o pruskiej edukacji? Dajcie znać, co o tym wszystkim myślicie! Jakie macie doświadczenia? I czy zastanawialiście się, kogo my chcemy w tych szkołach wychować? Chyba nie rzesze posłusznych obywateli?! Serio, to już było.

Traktujmy tych naszych małych, kochanych i mądrych ludzi z szacunkiem. Zasługują na niego.

 

PS. Wybaczcie słabą jakość zdjęć. Robiłam je telefonem (gdyż jak na złość rozładowała mi się bateria w aparacie) podczas naszej wycieczki do Osady Kulturowej w Kadzidłowie, gdzie w 200-letniej podcieniowej chałupie z Warnowa mieściła się stara pruska szkoła. Więcej informacji o samym muzeum możecie znaleźć TUTAJ. Gdy już tam będziecie, koniecznie zajrzyjcie do Oberży pod Psem, która serwuje najlepsze na całych Mazurach dania regionalne. Wspaniałe miejsce, miła atmosfera, genialne jedzenie i skansen. Świetny pomysł na wycieczkę, polecam!

16
13 Komentarzy w
“Pobudka! Pierwszy dzwonek, czyli zły sen o edukacji”
  • Bardzo bardzo ważny tekst i dziekuje za niego:) mam czteroletnia córeczkę i co dzień o tym myśle, jak zaprowadzać ja do publicznego przedszkola, które jest zalążkiem tego co będzie działo się w szkole. Przykład? Prace dzieci wywieszone na tablicy w szatni-przykładowo wydruk kwiata do pokolorowania. Każdy identyczny! Te same kolory. Stoję i zastanawiam się czy dali dzieciom tylko dwie kredki? Albo konkurs plastyczny dla 3-4 latków „pani jesień”. W swojej naiwności sądziłam, ze dzieci wykonają prace i wszyscy uczestnicy zostaną jakoś wyróżnieni, chociażby wywieszeniem prac na galerii. Owszem galeria prac była. Ale oprócz tego komisja wybrała 3 najlepsze prace. Najlepsze prace wśród prac dzieci 3 letnich. Byłam w szoku, ale chyba tylko ja. Pytam wiec pani nauczycielki: po co to ocenianie? Zwłaszcza ze 90% prac była zrobiona przez rodziców (i nie na zasadzie dziecko robi, a rodzic pomaga, tylko odwrotnie). Padła odpowiedz: niech się przyzwyczajają, bo w szkole tak będzie. Warto nadmienić, że te trzy wygrane prace były dziełami ambitnych rodziców, a na stwierdzenie tego wystarczył jeden rzut oka. Moja córka zrobiła z tutki po papierze toaletowym sowę, przykleiła skrzydła z nazbieranych liści, pomalowała, nakleiła oczy. Czy miałam w tym swój udział? Owszem. Pomogłam wymyślić z czego tę wymyślona sowę można zrobić. A najlepszym dowodem na to, ze dzieci nie pracuja dla nagród, było to ze córeczka wogole nie była zainteresowana faktem, ze dostała jakies wyróżnienie. Dzieci później oczekują nagród, bo dorośli im pokazują ze tak to działa. Już w przedszkolu. A później już leci… jak nie będzie 5 to nie ma nowej gry, dostaniesz 50 zł za 5 itp. Itd. Smutne to:(

    • „Niech się przyzwyczajają, bo w szkole tak będzie” – hit. W przedszkolu mojego syna spotkałam się z identyczną argumentacją. Czyli, mówiąc krótko, „i tak w końcu dostaną w d…., dokopmy im już teraz, będą mieć twardsze tyłki”. Porażające. W takiej odpowiedzi widać nie tylko kompletną niemoc nauczycieli, ale też zupełnie bezrefleksyjne podejście do pracy z dziećmi, nie wspominając o mega szkodliwym straszeniu szkołą. W pierwszej klasie okazało się, że „tak” nie jest. Jest dobrze! Jest pani, której się chce i – niespodzianka – udaje jej się pracować metodami dalekimi od reżimu panującego w innych szkołach. Więc faktycznie warto mówić o tym, że wiele rzeczy, o których czytamy w tekście, zaczyna się już w przedszkolu.

    • Przeraża mnie to co czytam. Ale ja też się spotkałam z takimi akcjami w karierze przedszkolnej mojej Tośki. Niestety. Nagle wszystkie prace takie same – dokładnie. A najlepiej jak kiedyś poszła (to już w szkole) z klasą do jakiegoś ośrodka pracy twórczej, czy coś w tym stylu… Wszystkie dzieci wróciły z identycznymi aniołami, jakimiś takimi zbyt ładnymi jak na samodzielną pracę, żaden nie miał krzywej rączki, ani skrzydełka, dziwne, bo wiem, jak moje dziecko rysuje czy lepi hahaha. Dzwonię więc tam i pytam: „Dlaczego to tak wygląda? Gdzie tu twórczość? Gdzie kreatywność i indywidualność?” A pani mi na to: Dzieci muszą robić takie piękne anioły, bo potem rodzice im mówią: „Co za potwora mi tu przyniosłeś?” Umarłam!!!!!! Po prostu umarłam. I powiedziałam, że gwarantuję jej, że jeśli tak będą traktować dzieci z naszej szkoły, to więcej tam nie przyjdą, a inne szkoły jak chcą tak tresować swoje dzieci to już nic na to nie poradzę. Ale byłam wstrząśnięta… Ale to trzeba uświadamiać! Mówić tym ludziom jak trzeba, co ma być, jak robić – niestety oni nie mają świadomości, że można inaczej!

  • Tekst interesujący, jeżeli już uderzamy w merytorykę…. Brakuję informacji na temat innego systemu edukacji z konkretnymi lepszymi rozwiązaniami.. Jako wymagający czytelnik liczyłem na konkretne przykłady. Jeżeli zmiany miałyby być systemowe, powinny być określone przez instytucje państwowe, które przekazują środki na ten cel. Prywatne szkoły? Tylko dla zamożnych. Niestety.

    • Edukacja domowa w obecnej sytuacji jest jedyną formą. Może szkoły demokratyczne, ale tam też różnie bywa.

    • Drogi Andrzeju, bardzo mi przykro, że Cię zawiodłam. Mam nadzieję, że na innych blogach oraz w innych miejscach w sieci znajdziesz to, czego szukasz. Niestety, nie zrozumiałeś celu mojego posta. Większość rodziców kompletnie nie rozumie o co chodzi w szkole, a mój blog też nie jest miejscem, w którym piszę jedynie o edukacji. To blog lifestylowy. Bardzo się cieszę, że jesteś wymagającym czytelnikiem, dlatego z pewnością znajdziesz wszelkie informacje, które Cię interesują jeśli tylko głębiej poszukasz. A i ja mam nadzieję, że w przyszłości napiszę coś więcej, żeby od razu nie przytłaczać – tych mniej wymagających czytelników – poważną treścią. Nadmienię, iż gdybym pisała tutaj tekst o innych systemach edukacji, to czytałbyś książkę, a nie post na blogu. Pozdrawiam.

  • Kochana, poruszyłaś niezwykle ważny temat! Moje dziecko idzie za rok do pierwszej klasy, bardzo się tym stresuje i cały czas mam tę mysl z tylu głowy. Stres związany jest z tym, ze mieliśmy i nadal mamy problemy ze zdrowiem młodej, trudności z nawiązywaniem kontaktów(Asperger). Jak pomyślę o naszym systemie edukacji , o tym jak mało w nim miejsca na indywidualność, to licze się z tym, ze może być jej ciężko zastosować się w ramy i sztywność szkolnictwa. .

    • Kochana, ale właśnie chodzi o to, żebyś się nie poddawała i szukała odpowiedniego miejsca dla swojego dziecka! Na początek – na pierwszy trzy klasy pamiętaj, żeby nie szukać szkoły, a nauczyciela. Konkretnego. Iść do niego, rozmawiać, mówić o swoich obawach. Po rozmowie od razu będziesz wiedziała, czy to wychowawca dla Ciebie. Jeśli nie, podziękuj, wyjdź i szukaj dalej! To cała przyszłość naszych dzieci. One nie mogą siedzieć w ławkach i zakuwać, no!!!!

  • Jakie to szczęście w tym nieszczęściu, że moje dzieci same sobie robią przerwy podczas lekcji. Po prostu się wyłączają. Jest im łatwiej, bo szybko łapią temat, ale też trudniej, ponieważ szybko się nudzą. I tutaj do akcji wkracza człowiek. Skostniały system edukacyjny staje się przychylniejszy dzięki ludziom, którzy idą w dzieci.

    • Tak, to prawda! To co napisałam wyżej, nie szkoła jest ważna, a nauczyciel. A wychowawca! Jeszcze niektórym się chce, choć sprawa jest bardziej skomplikowana. Niskie pensje odstraszają nauczycieli, którzy nie lubią swojej pracy, bo ile można harować za grosze! Jak można być szczęśliwym, jeśli nie ma się nawet na kawę po pracy… Pensje są głodowe i dopóki to się nie zmieni, to zamiast chcieć się coraz większej ilości osób, to pójdzie to w drugą stronę…

  • Najbardziej to dostosowanie się do sztywnych norm w szkole widać po najmłodszych dzieciach. Moja 7- letnia córka, która jeszcze rok temu dodawała i odejmowała w zakresie 20-tu w pamięci, dziś po ukończeniu zerówki pomaga sobie palcami. Wcześniej nie musiała… Jestem z zawodu nauczycielem, studia pedagogiczne były moim wymarzonym kierunkiem. Ale po 5 latach pracy w szkole powiedziałam dość i odeszłam z zawodu. Dość systemu, w którym 20% to nauczanie dzieci, cała reszta to dokumentacja, rosnąca wciąż i wciąż papierologia stosowana, kontrola na każdym kroku ze strony dyrekcji i szkolenie według widzi mi się ministrów edukacji, a nie samorozwoju. Z roku na rok zmieniający się system edukacji i niskie zarobki …. Nauczyciele sfrustrowani, a w tym całym kołowrotku nasze dzieci…

  • Zawsze fascynuje mnie to dostrzeganie tylko dobrej strony metody Montessori…a co z faktem, że metoda ta wychowuje jednotorowo małych pedantów z nerwicą natręctw, którzy muszą mieć wszystko poukładane od linijki? Czy to czasem nie jest przeniesienie schematu czasu ze szkoły na schemat postępowania? Co z karami cielesnymi, które Maria Monetasori tak pochwalała? Świat niestety jest zbiorem reguł do przestrzegania. Wielu rodziców wybierając alternatywne metody nauczania wykształciło dzieci, które kompletnie nie umieją poradzić sobie w dorosłym życiu- studia- abstakcja, praca- abstrakcja. Z całym szacunkiem, ale to strasznie krótkowzroczne spojrzenie.

    • Marta, ale ja przecież nie piszę o Montessori, ani, że to jest super. Po prostu wymieniłam dwa przykłady i tyle. Z mojego tekstu nie wynika, że popieram tylko i wyłącznie jedną metodę. Pewnie nie wiesz (bo w sumie skąd możesz wiedzieć), ale moja mama jest dyrektorem szkoły, która idzie z duchem czasu, dzieci na lekcjach nie siedzą w ławkach, nie mają dzwonków, pracują projektami (to tak w skrócie, system podobny trochę do fińskiego) i nigdy w życiu nie mówiła, że jakaś metoda nauczania – jedna! – jest dobra. Ona czerpie z wielu metod, a ja chętnie będę zgłębiać ten temat i opisywać wszystko na blogu. Ten tekst jest jedynie wstępem do pewnej serii o edukacji, także zapraszam w przyszłości i bardzo się cieszę, że ten temat wzbudził tyle emocji, mam nadzieję, ze się tu jeszcze spotkamy i porozmawiamy na te ważne dla nas wszystkich tematy. Dzięki wielkie za Twój głos w dyskusji, na pewno w przyszłości będziesz zadowolona z tematów na moim blogu i mam nadzieję, że spotkamy się gdzieś po środku. Buziaki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.