Kawa bez ciśnienia czyli slow motion ze Starbucksem

Uzależnienie, nawyk? Chyba po prostu miłość.

Każdy, kto spędził ze mną choć jeden dzień wie, jak bliska relacja łączy mnie z kawą. Bywa wybawieniem, gdy oczy same się zamykają, a tyle jest do zrobienia. Bywa słodką (choć pijam bez cukru) przyjemnością, bądź podróżą w całkiem nowe rejony smaku. Bywa najlepszą przyjaciółką i tą cudowną w ciągu dnia chwilą tylko dla siebie. Dlatego właśnie nauczyłam się celebrować te krótkie momenty luksusu. Nie piję kawy na jednej nodze, narzekając, jak wiele mam małych dzieci, że znowu, cholera, wystygła. O nie! Tyle mogę dla siebie zrobić – dać sobie chwilę. Tylko tyle i aż tyle. I choć nasza relacja z kawą trwa już wiele lat, to przyznam, że bardzo się zmieniła. Dorosła. Dojrzała. Uspokoiła się. Całkiem jak ja sama! :)

Kwaśny smak pitej pośpiesznie brązowo-burej cieczy z automatu i rozsypujące się jak deszcz notatki – to były początki naszej znajomości. I choć czasy szkoły i studiów wspominam naprawdę dobrze, do kawy w takim wydaniu już bym nie wróciła. Potem nastał w naszej przyjaźni szorstki czas czarnego jak noc espresso, wypijanego nałogowo kilka razy dziennie, bo, jak wówczas mi się wydawało, nic innego nie stawiało mnie do pionu tak skutecznie. A dziś? Dziś już wiem, że aby dostarczyć sobie energii muszę przede wszystkim czerpać ją z jedzenia, świata i ludzi! A kawa jest ulubionym dodatkiem do miłych chwil, rozmów o wszystkim i o niczym i pysznego jedzenia. Nie wyobrażam sobie bez niej życia, ale – podobnie jak w wielu dziedzinach – nauczyłam się stawiać na jakość.

Gdy po raz pierwszy przystojny barista spytał mnie o imię ugięły się pode mną kolana, a on… wypisał je na papierowym kubku i wręczył mi go z uśmiechem godnym Hugh Jackmanna. No nic to. Przełknęłam porażkę i z równie wielkim uśmiechem odebrałam swoją latte z wydawki.

Od pierwszej wizyty w Starbucks minęło kilka lat i ciągle się przyjaźnimy. Lubię poznawać nowe smaki, a taki kawosz jak ja musiał, prędzej czy później, zgłębić tajniki przygotowywania najpyszniejszych naparów. Ogromnie się ucieszyłam, gdy zostałam zaproszona przez Starbucks do wzięcia udziału w warsztatach z najlepszymi baristami (jak podglądać to tylko mistrzów!) i blogerami kulinarnymi. Choć myślałam, że o kawie wiem prawie wszystko, okazało się, że tajniki łączenia jej z jedzeniem mogę zgłębiać jeszcze wiele miesięcy. I wiecie co? Chyba sobie nie odmówię! :)

Oczywista oczywistość, że aby zaserwować sobie naprawdę królewską ucztę smaku, potrzebujmy ziaren najwyższej jakości (w tych dokładnie wyselekcjonowanych, pozyskanych z czystych ekologicznie terenów, wyczujemy nuty smakowe pomarańczy, ziół, winogron i wielu innych roślin rosnących w pobliżu uprawy), ale i odrobinę wiedzy.

Alternatywne metody parzenia kawy – czyli jakie?

Ano, takie nie z guzika, czyli nieco bardziej wymagające niż wciśnięcie przycisku na ekspresie ciśnieniowym. Swoją drogą, nie sądzicie, że to ciekawe, iż tradycyjne, praktykowane od tysięcy lat metody nazywamy dziś „alternatywnymi”? Zupełnie jak z medycyną!

Każda metoda przelewowa, czyli taka, w której ważny jest precyzyjnie odmierzony czas kontaktu wody z kawą, to dla mnie szansa na moment, w którym robię reset. Absolutne skupienie na właściwie odmierzonych proporcjach (najlepszą kawę zaparzycie zalewając 20 gramów, czyli ok. 2 łyżki kawy 180 ml. gorącej, ale nie wrzącej wody) i czasie parzenia pozwala mi wyłączyć na chwilę gonitwę myśli i właśnie to, wraz z obietnicą ulubionego smaku, który poczuję już za chwilę, sprawia, że uwielbiam ten rytuał.

Po francusku

French Press, czyli metodę tłokową, cenię nie tylko za walory smakowe (lubię ten pełny smak i gęstą, bogatą konsystencję), ale też za to, że cenne oleje zawarte w ziarnach kawowca zostają w naparze, nie ulegając absorbcji w papierowych filtrach. Najpyszniejsza kawa z French Press to ta grubo zmielona, parzona przez cztery minuty. Potem po prostu wciskamy tłok i – voilà. Kocham tę prostotę. A najlepsze proporcje w tym przypadku to: 54 gramy kawy na 1 litr (1 łyżka stołowa to ok. 10 gramów).

Drip – wyższa szkoła jazdy

Tu do akcji wkraczają filtry, ale też waga. Właściwe proporcje są tak ważne dlatego, że wpływają na wydobycie smaku – zbyt mała ilość kawy spowoduje, że napar będzie gorzki, bo przez ziarna przesączy się za dużo wody, co wydobędzie niepożądane substancje. Z kolei gdy wsypiemy za dużo kawy, napar będzie niedoparzony. Dlatego potrzeba jest waga, dzięki której szybko przyrządzimy kawę idealną (6 gramów na 100 ml. wody). Pamiętajcie, że filtry stożkowe najbardziej lubią się z kawą drobno zmieloną.

 

Chemex

Klasyk. Mój ulubieniec. Uwielbiam kawę z Chemexa, no i jest coś jeszcze – obłędnie wygląda na zdjęciach! :) 4 minuty parzenia średnio zmielonej kawy w Chemexie
wystarczą by uzyskać lekki, ale wyrazisty, czysty smak. Proporcje i zasada działania są bardzo podobne jak w przypadku Dripa, ale stopień zmielenia kawy i inny rodzaj filtrów powodują, że smaki jednak się różnią. Należy pamiętać, aby przed zaparzeniem kawy w chemexie, przelać najpierw filtr wodą. Następnie zalać odpowiednią ilość kawy, odpowiednią ilością wody (6 gramów na 100 ml.) i można cieszyć się doskonałym naparem.

Food pairing

Jako fanka kawy te metody parzenia już znałam, choć przyznam, że wcześniej nie przywiązywałam należytej wagi do właściwych proporcji i tego, aby używać filtrowanej lub butelkowanej wody, ale prawdziwym odkryciem na warsztatach Starbucksa było dla mnie łączenie kawy z jedzeniem. Robiąc to świadomie, możemy uzyskać efekt wow! Starbucks oferuje wiele rodzajów kaw różniących się smakiem, aromatem, kwasowością i tzw. body, czyli ciężarem kawy na języku, określanym jako lekki, pełny lub średni. Największy wpływ na te czynniki mają oczywiście ziarna i miejsca, z których pochodzą, a także i czas ich palenia. W kawach krócej palonych, o niższym body i lekkim smaku, wyczujemy np. subtelny posmak kakao czy prażonych orzechów, dlatego tak świetnie pasują one np. do ciasta marchewkowego (ciągle wierzę, że kiedyś uda mi się upiec idealne, jeśli macie sprawdzony przepis, podzielcie się, proszę!).

Pochodząca z regionu Nariño w Kolumbii, nieco dłużej palona kawa, oferuje nam posmak ziół i orzechów włoskich – te smaki świetnie połączą się np. z karmelem. Ziarna przywiezione z Kenii to smak grejpfrutów i czarnej porzeczki, który doskonale uzupełni np. ciasto cytrynowe lub jagodowy muffin. Przykłady można by mnożyć (tak, na warsztatach zgrzeszyłam wiele razy, a dieta poszła w zapomnienie…). Prawdziwie królewska uczta smaków to tzw. kawy sezonowe, dostępne w Starbucks tylko przez określony czas w roku. W starannie dopracowanych mieszankach poczujemy np. jagody, cytryny, truskawki, cynamon, imbir czy dynię.

Dobierając je do odpowiednich deserów odkryjemy, że to wprost niesamowite, jak wielką różnicę w smaku można poczuć, degustując produkty dopasowane w
tak przemyślany sposób!

Dzięki Starbucks!
Dzięki za brak motywacji do diety haha!
A tak na serio, to dzięki za jedną z najciekawszych podróży ever, która może trwać i trwać – bez wychodzenia z własnej kuchni!

A Wy kochani, możecie do niej dołączyć!
Ja wprawdzie nie jestem mistrzem patelni, garnka, ani piekarnika, ale teraz moi ulubieni blogerzy kulinarni uczestniczą we wspaniałej kampanii. Dostali zadanie, polegające na wymyśleniu przepisu na danie, które idealnie połączy się z konkretnym rodzajem kawy Starbucks. Oznacza to tylko tyle, że musieli zdać mały egzamin z tego, czego nauczyli się na warsztatach, o których pisałam Wam wyżej.

I tym sposobem Daria Ładocha wymyśliła czekoladowo-orzechowe batony, które perfekcyjnie łączą się ze Starbucks Colombia Nariño. Możecie także zainspirować się pomysłem Darii na śniadanie. Zestawiła ona bowiem maślaną szakszukę z pomidorami malinowymi, cukinią oraz czarnuszką z kawą Starbucks Veranda Blend.

Kinga Paruzel inspiruje deserowo. Wejdźcie do niej po przepis na czekoladowe, kremowe tiramisu na bazie jogurtu, przełożone wegańskim brownie, które doskonale komponuje się z kawą Starbucks Ethiopia.

Tosia i Śliwka z Burczy mi w brzuchu proponują połączenie skrzydełek z kurczaka z sezamem i limonką z kawą Starbucks Ethiopia z Chemexa oraz bananowe placuszki z kawowym karmelem z kawą Starbucks Colombia Nariño.

Little Hungry Lady wysunęła propozycję połączenia kawy Starbucks Ethiopia „zaparzanej” na zimno (czyli Cold Brew) z nocną owsianką podaną z owocami jagodowymi. Pycha!

Natalia Gmyrek, półfinalistka VI edycji programu MasterChef, stawia na czekoladę. Czekoladowo-orzechowe ciasteczka połączyła z kawą Starbucks Colombia Nariño, a czekoladowymi naleśnikami z pomarańczą i chilli proponuje delektować się w towarzystwie kawy Starbucks Ethiopia.

8 kolor tęczy przedstawia pełnoziarniste bułeczki z czekoladą i karmelizowanym słonecznikiem, które idealnie komponują się z kawą Starbucks Colombia Nariño z dripa oraz serową stratę ze szpinakiem i pomidorami, którą najlepiej spożywać do kawy śniadaniowej Starbucks Veranda Blend.

Do Chilli czosnek i oliwa zajrzyjcie po kolejny pomysł na śniadanie, czyli kanapkę croque madame z pomidorem, rukolą i awokado do kawy Starbucks Veranda Blend oraz po relację z warsztatów z food pairingu.

Picante jalapeno zaprasza nas na czekoladową tartę banoffee do kawyStarbucks Colombia Nariño z dripa oraz na pyszną buddha bowl do kawy Starbucks Ethiopia z French Pressa.

I jak Wam się to wszystko podoba?

Jedziecie ze mną w podróż w nieodkryte rejony smaku?

 

PS. Dziękuję Lucjanowi za pozowanie :)
4
2 Komentarzy w
“Kawa bez ciśnienia czyli slow motion ze Starbucksem”
  • to mamy wspólna cechę.. kocham kawę, kocham jej smak, mam jedną ulubioną ale nadal poszukuje i próbuje. Ja niestety nie jestem za takim rodzajem zaparzania gdyż nie chciałoby mi się… jestem za leniwa i dlatego kocham mój automatyczny ekspres do kawy który jest gotowy w 3 sekundy kiedy go potrzebuje :) Domyślam się że pewnie Twój sposób wygrałby smakiem ale i tak pozostane przy swoim :) Z całego teksty podoba mi się ostatnie zdanie… Miło, że to napisałaś :) Model spisał się na medal! Należy mu się kawa ;)

    • Kochana wiem wiem, rozumiem, że to jest slow coffee life haha i ja także nie pijam tak kawy codziennie. Mimo wszystko uwielbiam, po prostu uwielbiam kawę parzoną w ten sposób. A najbardziej kocham cold brew, ale niestety nie chce mi się jej macerować, więc kupuję w Starbucksie. Powiem Ci, że nic nie daje większego kopa. Serio! Buziaki :*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.