Czarne złoto w mojej kuchni

 

Kawę piję odkąd pamiętam.
Jestem takim kawoszem, iż zastanawiam się, czy przypadkiem ktoś mi jej nie wlewał do butelki z mlekiem, a ja zamiast bebiko piłam latte.
Albo dożylnie jakoś od urodzenia, lub może jeszcze wcześniej…

Nie wyobrażam sobie poranka bez kubka kawy w ręku.
Wielbię jej smak, zapach i fakt, iż przedłuża życie!

A to zostało dowiedzione już przez króla Szwecji Gustawa III, który osobiście chciał sprawdzić szkodliwość kawy i herbaty.
Tyle, że nie na sobie.
Spryciarz.
Darował zatem życie dwóm skazanym na śmierć bliźniakom, zamieniając ich wyrok na dożywocie i nakazał pić im po kilka filiżanek dziennie – jednemu kawy, drugiemu herbaty. Poza tym niuansem, panowie mieli jednakowe, bardzo dobre warunki życia. Mimo tego król był przekonany, że umrą w ciężkich męczarniach, jedynie chciał dowieść, który szybciej.
W tamtych czasach wierzono bowiem, że kawa to zło wszelakie i nie z roślin, a ze starych butów odrażający to wywar.
Picie kawy potępiał także Kościół, głosząc z ambony, iż to grzeszna przyjemność.
Bliźniacy zostali zatem skazani nie tylko na dożywocie, ale i na wieczne potępienie.
Zanim jednak tego doczekali, żyli długo i, mimo izolacji, chyba szczęśliwie.
Skoro tak długo…

Najpierw zmarł lekarz, który nadzorował cały eksperyment, następnie drugi, aż w końcu i sam król, który pewnie w grobie się przewracał widząc, jak bardzo się pomylił.
Więźniowie żyli nadal.
Pierwszy z nich zmarł w wieku 83 lat.

Ten, który pił herbatę.

Wniosek z tego doświadczenia płynie jeden.
Dla tych bardziej leniwych będzie to oczywiście nicnierobienie, ale my pozostańmy przy tym, że kawa absolutnie nie zabija, a wręcz pozwala cieszyć się życiem do późnej starości.
Można przypuszczać, iż pijąc kawę przeżyjemy na przykład brytyjską królową, choć ona jest chyba nieśmiertelna.
Ciekawe, czy to dzięki porannemu Americano (cóż za ironia) do tostów, czy herbatce o 17.00…?

Nie wyobrażam sobie życia bez kawy.
Towarzyszy mi zawsze i wszędzie.
Nie zadaje głupich pytań.
Ona wszystko rozumie.
Wierna i niezastąpiona.
Moja najlepsza przyjaciółka.

Pamiętam nawet, gdy w liceum chodziłam na fakultet z historii z kawą w zwykłym ceramicznym kubku, który niosłam w ręku z domu do szkoły. Blisko miałam, to nawet zbyt dużo mi się nie wylało po drodze. Nikt wtedy nie myślał o jakichś kubkach termicznych, a przecież nie wyskoczyłabym na lekcji z termosem. Za to kubek z kawą, to było coś! Mogłam więc pić tę zimną, rozpuszczalną lurę. Grunt żeby była! Historyczka (przebranżowiona z pielęgniarki) koszmarnie przynudzała, właściwie to przez wszystkie lekcje czytała na głos podręcznik, więc nie dało się przeżyć tego bez kawy. Jakiejkolwiek.

Dziś mój stosunek do tego trunku zmienił się diametralnie.
Nie potrafię wypić kawy byle jakiej. Wolę nie pić wcale.
Kawa musi smakować, musi pachnieć, musi wiązać się z pewnym rytuałem.
Nie muszę koniecznie mielić jej sama, by następnie zaparzyć w Chemexie, choć przyznam, że bardzo to lubię.

Muszę mieć pyszną kawę, która już podczas przyrządzania skusi mnie cudownym aromatem, by po chwili zniewolić smakiem wartym grzechu.

Takie doznania gwarantuje mi Nespresso, któremu jestem wierna, niezmiennie od lat.
Dlaczego?
Kawa zamknięta w kapsułce zachowuje swoją świeżość i aromat.
Opakowanie otwierane jest dopiero w momencie ekstrakcji, czyli przepływania przez nie wody pod ciśnieniem, co umożliwia uzyskanie niezwykle aromatycznego napoju. Naprawdę jestem uzależniona od tych małych kapsułek, które nie dość, że piękne i estetyczne, to zawierają w sobie czarne złoto, któremu nie da się oprzeć. Do tego ta cudowna pianka na powierzchni…
Coś wspaniałego!

Legenda głosi, że pierwszym wielbicielem kawy był etiopski pasterz z IX wieku, który zaobserwował nadzwyczajne pobudzenie kóz, które zajadały się ziarnami kawowca. Mężczyzna przyrządził z nich napar i zachwycił się jego właściwościami.

To ja jestem takim pasterzem, który odkrył smak kawy Nespresso i nie może oprzeć się kolejnej i kolejnej filiżance.
Niestety odkryłam także, iż kofeina w dużych ilościach działa na mnie strasznie drażniąco, a nawet przygnębia.
Dlatego piję tylko jedną, maksymalnie dwie kawy dziennie, a jeśli mam ochotę na wspaniały smak mojej ulubionej Arabiki, wybieram bezkofeinową.
Tym bardziej, że lubię napić się jej wieczorem, co oczywiście dyskwalifikuje taką z kofeiną o tej porze.

Gama kaw bezkofeinowych Decaffeinato to idealne rozwiązanie. Smakują identycznie jak ich kofeinowe oryginały, ale nie posiadają kofeiny. Jest ona usuwana z kawy przy pomocy wody i dwutlenku węgla, co pozwala zachować wszystkie właściwości ziaren i cieszyć się intensywnością i bogactwem aromatów, co też czynię każdego dnia, o każdej porze, od bardzo dawna.

Zresztą popatrzcie na tę piankę.
Czy można jej się oprzeć?
Ja nie potrafię.
Dlatego kawa bez kofeiny to mój ratunek, gdy ochota wygrywa ze zdrowym rozsądkiem.
Rezygnując z kofeiny, nie muszę rezygnować kawy, a smak i aromat zostają.

 

7
3 Komentarzy w
“Czarne złoto w mojej kuchni”
  • To chyba mamy to samo. Ja kawą się delektuje nawet dzieci wiedzą, że poranna kawa to ostatnie 10 minut mamy w spokoju bez obowiązków, pytań, wszystkiego… Kocham ten mój rytuał. Po obiedzie druga i czasami jeszcze jedna koło 12. Czwarta zdaża się tylko wtedy gdy przychodzą goście i pijemy ją razem koło 17 :) Podsumowując kocham kawe i poje zawsze dwie dziennie. To moje minimum ;) ja długo szukałam kawy do ekspresu w ziarnach. Znalazłam ale myślę że już się do niej za bardzo przyzwyczaiłam z chęcia poznałabym jaką dobrą kawę w ziarnach! Jeśli znacie coś proszę o nazwę! :)

    • Jak to czytam to aż mam ochotę ! Muszę się zaopatrzyć w ekspres do kawy i taka kawkę bezkofeinowa co będę mogła ja pić i pić :)

  • In fact, for many Americans coffee is an important part of the morning. With all those existing coffee-making methods out there, I prefer this one! It’s easy to brew coffee like it is shown in the post.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.