Dzień dobry, północy

 

Mówią, żeby nie oceniać książki po okładce.

A dzisiaj okładki takie piękne robią…
Bo przykuć ma wzrok i książkę sprzedać, nawet jeśli środek nieciekawy.

Ta okładka jest doprawdy ujmująca.
Mały, samotny, pomarańczowy namiot pod rozświetlonym błyszczącymi gwiazdami niebem Arktyki.
Doskonale nawiązuje do treści, lecz także alegorycznie obrazuje głębszy sens powieści.

A powieść?
Całkowicie zasługuje na dobrą okładkę.
Kryje się bowiem za nią przepiękne dzieło o poszukiwaniu sensu życia. O zmaganiach człowieka z jego lękami, słabościami, a przede wszystkim z przeszywającą do szpiku kości, jak arktyczne powietrze głównego bohatera, samotnością.

Dzień dobry, północy to debiutanckie dzieło amerykańskiej podróżniczki Lily Brooks-Dalton.
Powieść o tyle niezwykła, iż mimo swej banalnej historii zaskakuje, daje do myślenia i przenosi nas w odległe krańce nie tylko świata i wszechświata, ale także ludzkiej duszy i umysłu.

Budowa powieści opiera się na dwóch ciągach narracji. Akcja rozgrywa się równolegle w placówce naukowej na kanadyjskim Archipelagu Arktycznym oraz na statku kosmicznym „Aether”, który wyruszył w kosmos z misją zbadania Jowisza i właśnie wraca na Ziemię.

Okazuje się jednak, że nie jest to ta sama Ziemia, którą członkowie załogi statku opuszczali dwa lata wcześniej. Wydarzył się na niej bowiem jakiś bliżej nieopisany kataklizm, który – najprawdopodobniej – przeżył jedyny człowiek na ziemi, badacz gwiazd, będący u schyłku swego życia – Augustine.

Człowiek ten całe swoje życie poświęcił gwiazdom. Zresztą tylko na nich się znał. Na gwiazdach odległych o miliardy mil. Nie widział tego, co ma przed nosem. Wydawało mu się to przemijające i banalne. Zawsze spoglądał dalej, w niebo, odwracając wzrok od tego, co na Ziemi. Co tu i teraz. Spędził całe życie w obserwatoriach, „żeby pochwycić blask sprzed trzynastu miliardów lat, sam ledwie świadom chwili, w której żył”.
Dopiero czując, że nie zostało mu zbyt wiele zycia, zaczyna analizować i przemyśliwać swoje decyzje i zachowania. Zauważa wtedy, że, biorąc pod uwagę jak długo żył, to przeżył niewiele.

Egzystencjonalne przemyślenia dopadają także Sully, członkinię załogi „Aetheru”. Sully to matka i żona, która poświęciła swoje życie rodzinne dla kariery w kosmosie. Jest ponadprzeciętnie inteligentna i niewiarygodnie ambitna. Potrafi poradzić sobie w niezwykle trudnej i niebezpiecznej akcji wymiany anteny statku kosmicznego, ale nie umiała zadbać o dobre relacje z córką i mężem, doprowadzając do rozpadu rodziny.
W obliczu niewiadomego, do którego wracają na Ziemię, wszystkie jej osiągnięcia tracą nagle całkowicie znaczenie, przytłoczone poczuciem kompletnej beznadziejności i pustki. Okazuje się bowiem, że nie ma już publiczności, która przyklaśnie wielkim odkryciom. Ludzkość wyginęła, a wszystko, co Sully robiła do tej pory, nie ma najmniejszego sensu.

Tych dwóch bohaterów, oddalonych od siebie o setki tysięcy kilometrów, więcej łączy, niż dzieli, a ich drogi w pewnym momencie się splatają…
Kiedy to nastąpi, Sully dojdzie do wniosku, że starzec „nie potrafił powiedzieć głośno, nawet teraz, tam, na końcu świata, że czuje się samotny. Że pragnie więzi, choć nie umie jej nawiązać; że znalezienie śladów, świadectwa obecności drugiej istoty, to dla niego namiastka towarzystwa. Wykraczało to poza narzuconą izolację; taki po prostu był, od zawsze, jak podejrzewała. Nawet w pełnych ludzi salach, zatłoczonych miastach, w ramionach kochanki – był sam. Wyczuwała to, bo i ona miała w sobie coś takiego.”

Dwoje bezgranicznie samotnych ludzi, którzy całe życie uciekają przed związkami i relacjami.
A może tak naprawdę uciekają przed samymi sobą?
Swoją ciężką przeszłością, trudnym dzieciństwem…

Tego wszystkiego dowiadujemy się z ich relacji, z doskonałych opisów ich życia oraz przemyśleń i analiz. Lily Brooks-Dalton mistrzowsko prowadzi fabułę, malując słowem arktyczne krajobrazy, perfekcyjnie, aczkolwiek bez zbędnych i nudnych technicznych szczegółów, opisuje podróż kosmiczną załogi „Aetheru”, jednocześnie nurzając się w rozważaniach nad sensem ludzkiego istnienia, dotyka najgłębszych strun człowieczej natury.

Dzień dobry, północy zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że jeszcze długo po jej skończeniu nie mogłam się otrząsnąć.

Uwielbiam takie książki.
Książki, których się zwyczajnie nie zamyka i nie odkłada na półkę.
Takie, które pozostawiają w głowie trwały ślad i każą myśleć.
Na długo po ich przeczytaniu.
Każą myśleć o sobie, o życiu, o tym, co w nim najważniejsze, a co ważne nie jest.
Książki, które zachęcają do wędrówki wgłąb siebie, doszczętnie penetrując zakamarki ludzkiej psychiki.

Dzięki takim powieściom, człowiek pozwala sobie zatrzymać się na chwilę w tym pędzącym świecie i otworzyć oczy na kwestie, z którymi tak naprawdę boryka się na codzień. Bo któż z nas nie czuł się zagubiony i samotny, mając wokół siebie tłumy ludzi? Kto nie zastanawiał, czy droga, którą obrał w życiu jest słuszna? Dlatego też bohaterowie Dzień dobry, północy są bardziej ludzcy, niż literaccy. To ludzie, których coraz częściej możemy spotkać na ulicy, a może sami nimi jesteśmy. Utożsamiamy się z nimi, a oni pomagają nam zrozumieć sens istnienia. Uświadamiają, że dla człowieka najważniejsze są pierwotne potrzeby więzi i bliskości z drugim człowiekiem. Że musimy pielęgnować to, co naprawdę ważne, by nie stracić podstaw człowieczeństwa.

Dodam jeszcze, iż najgłębiej poruszył mnie wątek towarzyszki Augustine’a, Iris. Małej dziewczynki, znalezionej w jednym z dormitoriów w jednostce badawczej, w której po ewakuacji całej załogi badacz został sam. Na własne życzenie. Dzikość, uosobienie wolności i jednocześnie dziecięca nieświadomość i prostota, pomagały Augustinowi przetrwać ostatnie chwile życia. Broniąc się początkowo przed widmem opieki nad dziewczynką, szybko odnalazł w tym przyjemność i poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka.
Piękna, bardzo ważna, również alegoryczna postać w tej doskonałej i emocjonującej powieści.

Wierzcie lub nie, ale ja już czekam na ekranizację tej książki.
Ale zanim to nastąpi, koniecznie pędźcie do księgarni i ją przeczytajcie.
Zatrzymajcie się na chwilę i zajrzyjcie wgłąb siebie.
To dzisiaj takie cholernie ważne…

 

DSC_7470Bez-nazwy-2DSC_7500DSC_7505Bez-nazwy-1DSC_7477Bez-nazwy-4DSC_7504Bez-nazwy-6DSC_7483Bez-nazwy-5DSC_7485DSC_7473Bez-nazwy-7DSC_7489DSC_7520Bez-nazwy-8DSC_7492DSC_7529DSC_7472

Dzień dobry, północyWydawnictwo Czarna Owca
Zegarek – Cluse

 

11
8 Komentarzy w
“Dzień dobry, północy”
    • Uwielbiam sposób w jaki piszesz. Wszystko staje się bajkowe i tajemnicze. Chętnie sięgnę po tę książkę.
      PS ten zegarek chodzi za mną od dłuższego czasu. Geniusz! :)

  • Piękna, niezwykła książka o kosmicznej i całkiem przyziemnej samotności, która wybieramy, albo która wybiera nas. Książka jak komora floatingowa wycisza na wszystkie niepotrzebne bodźce zewnętrzne. Dziękuję za drogowskaz !

  • Przepiękne zdjęcia ;-) Twoja recenzja przekonuje do lektury :-) Ja mogę się podzielić swoją ulubioną książką, która poprawia samopoczucie i pogląd na Świat – „Zatrzymać dzień”. Opisuje prawdziwą historię. Jej treść oraz sposób wydania są inne niż wszystkie, wręcz zaskakujące. Trudno się od niej oderwać. Serdecznie polecam :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.