Ręce w kieszeniach

No nie mam czasu.

Na głowie to mam tyle, że w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy sobie jej nie odciąć. Niestety, w świetle ostatnich wydarzeń na świecie, mój pomysł okazał się bardzo nie na miejscu. Biorę więc na barki kolejne porcje szaleństwa, które serwuje mi los i nie wiem, w co ręce wsadzić. Dlatego wsadzam je do kieszeni. A kieszenie jak ocean. Powoli chodzę i rozglądam się…

Rozmyślam.

O tym, że czuję, że żyję. Bo gdy nie dzieje się nic, to jakby człowiek wegetował. A tak mam plany, projekty przyszłe, zaległe i wszystko na wczoraj. A tu trzeba jeszcze ludziom i sobie zdjęcia obrobić, bo już nowe sesje czekają. A ja nie umiem tak na szybko, gdyż profesjonalistką żadną nie jestem i wciąż się uczę. I wiem, że uczyć to ja się będę do śmierci.

I o tej śmierci też myślę, bo tyle jej wszędzie ostatnio. Wojny, choroby, nieszczęścia…

Tak się cieszę, że żyję…

Że dane mi się zatrzymać na chwilę. W niebo spokojne i błękitne spojrzeć. Burzą letnią zmysły nacieszyć.

Że na spacer mogę wyjść i ręce do kieszeni wsadzić. Że stać mnie na spodnie, których kieszenie te moje ręce ugoszczą. I skarby pochowają, bo w Tośki kieszeniach już miejsca nie ma – tyle ślimaków tam dom swój znalazło.

I mogłabym się złościć, że zapomniałam powyjmować te biedne stworzenia, gdy białe pranie wstawiałam i teraz nie wiem, czy to nie one mi pralkę zepsuły. Ale po co się wściekać. Najwyżej pranie do mamy będę nosić, póki nie naprawią.

Problemy pierwszego świata…

A ja się cieszę, że żyję. Że dziecko mam, które te ślimaki nazbierało. I że ono w spokoju może na łąkę wyjść i po polach biegać, udając tygrysa. Cieszyć się słońcem, truskawkami z babcinego ogródka, które dzięki temu słońcu są takie słodkie i soczyste. Na bosaka po podwórku chodzić i katar złapać. Albo jakiegoś wirusa, czy bakterię, która od dwóch tygodni życie nam zatruwa.

Ale to życie jest. Istnieje. Żyje.

I kiedy tak mi Tosia z bólu krzyczała, a mnie z każdym jej krzykiem przeraźliwym serce się rozpadało na milion kawałków, pomyślałam, że przecież to przejdzie. To tylko chwilowe. Wytrzymamy ten ból i pokonamy chorobę. Przytulę, pokołyszę, ulubioną kołysankę do uszka zanucę.

Idzie niebo ciemną nocką, ma w fartuszku pełno gwiazd…

Ile bym dała, żeby te gwiazdy świeciły i migotały dla wszystkich po równo. Żeby niektóre mamy nie musiały po raz ostatni kołysanek swoim dzieciom nucić…

Tak się cieszę, że żyję.

I śmiechu dziecka codziennie doświadczam. I płaczu. I kłótni. I tego, że wszystko mi zabiera i do swojego pokoju znosi. Znajduję w jej zabawkowej kuchni swój portfel. „Taki śliczny masz Mamusiu!” A później karta mi ginie, więc pytamy, czy nie wzięła, a ona, że nie, skąd, żadnej karty! Ona tylko pieniądze…

I jak tu się nie śmiać? Nie cieszyć z życia codziennego?

Z tego, że w rodzinie wszyscy zdrowi, spotkać się można i łez nie ma, a śmiech cztery ściany wypełnia. Choć znów nam przyjdzie te ściany zmieniać i znowu szukać nowych muszę, a czasu na wszystko brakuje, to czuję, że żyję.

I na spacer wychodzę z rękami w kieszeniach, a kieszenie jak ocean…

 

 

DSC_9280DSC_9326Untitled-1DSC_9377DSC_9354Untitled-2DSC_9368Untitled-3DSC_9403Untitled-4DSC_9536Untitled-9DSC_9518DSC_9524DSC_9522DSC_9523Untitled-7DSC_9450Untitled-5DSC_9461DSC_9470Untitled-8DSC_9480Untitled-6DSC_9563Untitled-10DSC_9312

 

Kostium Girls On Tiptoes Tosia dostała od cioci Madzi, ale cały asortyment ubranek do ćwiczeń i baletu dla dzieci możecie znaleźć tutaj, bądź np. tutaj. Doskonała bawełna, prałam już kilka razy i wciąż jak nowy i wciąż trochę za duży ;)

 

25
20 Komentarzy w
“Ręce w kieszeniach”
  • Skoro już obiecałaś, to ja czekałam! :) Łapnęło mnie za serce, tym bardziej, że bliskie mi obecnie takie refleksje. Tylko, że jak zwykle człowiek musiał spaść z wysokiego konia, żeby docenić, poczuć. Ale najważniejsze, że wyplewiliśmy chwilowo malkontenctwo i, jakoś tak po raz pierwszy chyba, cieszymy się tym, że jesteśmy, a przede wszystkim, że jesteśmy zdrowi i po raz pierwszy nie brzmi jak frazes. Dobrej nocy!

    • Ja z konia nie spadłam. Ja sama się doprowadziłam do miejsca, w którym było mi źle. I nagle zaczęłam się zastanawiać, dlaczego jest mi źle i szukać przyczyn. Znalazłam je i dzisiaj cieszę się życiem. Tak prawdziwie, wiesz? Tak po prostu… :)

      Jeszcze raz powtórzę, że cudnie było Cię spotkać wczoraj w stolicy i cieszę się z Waszego szczęścia! Oby wszyscy doceniali to, czym obdarował ich los. A ponarzekać czasem sobie można. W końcu jesteśmy tylko ludźmi! :)

      Buziaki!

  • Tośka super i zdjęcia też. Czy ona lubi być Twoją modelką? Bo zrobić zdjęcie mojemu dziecku graniczy od jakiegoś czasu z cudem…bo przecież musi ona siama siama…jak tylko aparat zobaczy. Zastanawiam się kiedy zacznie współpracować choć lekko z moją pełną pomysłów głową(o ile wogóle;)

    • Wczoraj jedziemy do Warszawy i mówię w samochodzie:
      – Ale ja lubię robić foty, no!
      – A ja lubię prowadzić – odpowiedział Lucek.
      – A ja lubię pozować! – dodała Antka.

      Masz odpowiedź! ;)

      A Twoja córeczka może jeszcze za mała, co Kamila? Tośka teraz bardziej świadomie przyjmuje fakt, że robię jej zdjęcia. Przede wszystkim fotografuję ją rzadko, nie męczę jej. Sesja zawsze jest przy okazji spaceru, głównie jak Tosia zajmuje się sobą, biega, szaleje, skacze, choć do portretów oczywiście proszę ją, by przystanęła, spojrzała na mnie, trzymała coś w rączkach… To nie jest łatwe, bo dziecko – przynajmniej moje – nie jest w stanie robić czegoś na zawołanie dłużej niż 3 sekundy ;) Chwytam więc te krótkie momenty i z tego wychodzą mi zdjęcia.

      Buziaki!

  • Piękny tekst (jak zawsze zresztą:)) i taki prawdziwy. Ludzie często narzekają, nie doceniają tego co mają, a przecież te najprostsze rzeczy, te często najbardziej dla nas oczywiste są tak naprawdę najważniejsze – najbliżsi, ich zdrowie i nasze, dach nad głową, brak zmartwień o to, że nie ma co jeść itp. Oczywiście każdy ma prawo do tego żeby sobie ponarzekać, każdy może mieć lepsze i gorsze chwile, ale wydaje mi się, że często najbardziej narzekają te osoby, których tak naprawdę nie dotknęła nigdy jakaś poważna tragedia, które miały mało zmartwień w życiu, mają za dużo wolnego czasu na rozmyślania o tak naprawdę mało istotnych sprawach. Sama w wieku lat nastu byłam kilka razy w szpitalu, miałam kilka operacji kręgosłupa, ale nie czułam się z tego powodu ani jakoś specjalnie pokrzywdzona, ani „taka dzielna”, jak mówili niektórzy, bo w szpitalu człowiek dostrzega co to znaczy mieć poważne problemy i docenia to co ma, to że jest zdrowy, sprawny, to co wielu pacjentom nie jest dane. Wiadomo szklanka jest albo w połowie pełna albo w połowie pusta i od nas zależy jaką chcemy ją widzieć. Zawsze możemy myśleć, że może być lepiej albo gorzej, tylko po co? Najważniejsze cieszyć się chwilą obecną i doceniać to co los nam daje….
    Ps. Piękna z Tośki baletnica :)

  • Pamiętam jak kiedyś po wypadku miałam przez jakiś czas unieruchomioną nogę i jakim wielopiętrowym problemem okazywały się najprostsze czynności, które w normalnych okolicznościach wykonujemy ot tak. Przez jakiś czas potem cieszyłam się ruchem jako takim, brakiem ograniczeń, lekkością i płynnością. Fajnie byłoby powiedzieć, że była to cenna lekcja na całe życie i podobne bla bla bla. Była to lekcja na jakiś czas. Kolejną były wakacje w miejscu, gdzie spotkałam najbardziej zadowolonych ( jak dotąd) ludzi, żyjących naprawdę poniżej wszelkich standardów tego „pierwszego świata”, o którym piszesz. Kolejna lekcja i też nie na zawsze. Mam wrażenie, że problem polega nabyciu w notorycznym rozkroku między przyszłością, o którą tak starannie zabiegamy i której się obawiamy i przeszłością, którą poddajemy ciągłej analizie w poszukiwaniu lekcji na zaś. No a skoro jesteśmy w rozkroku to teraźniejszość znajduje się łatwo sobie wyobrazić gdzie. Mało celebrujemy, mało się cieszymy świadomie. Może po prostu trzeba się nauczyć wstawać rano i mówić sobie ” to będzie wspaniały dzień” i zrobić z tego nawyk jak mycie zębów. A potem się zatrzymywać w nieuniknionym biegu (np. w tej przestrzeni) i zachwyć prostymi i mądrymi słowami i napaść oczy przepięknymi zdjęciami. Po raz kolejny wielkie dzięki!

  • Nie chcę narzekać ale jak dobrze, że jesteś :) UWielbiam Cię czytać, a Tosię oglądać. Patrząc na nią zawsze sobie myślę „mała słodka łobuziara” tylko nie wiem czemu… czy to z Twoich opowiadań taki obraz ułożył mi się w głowie?! w każdym razie jest to na pewno komplement bo w swojej dziewczęcej słodkości ma swój charakter, który jest wyrazisty :)
    Co do życia… myśle, że my mamy zaczynamy doceniać życie bardziej gdy mamy dla kogo żyć i chcemy cieszyć się nim jak najdłużej i może z tej obawy przychodzą nam do głowy takie myśli? Ja też codziennie dziękuję, że żyję i że córeczki są zdrowe a wszystko inne to tylko dodatek do mojego przepięknego życia! Pozdrawiam

    • Bo ona jest taka łobuziara, ale kochana, najukochańsza!

      Tak jak piszesz, wszystko jest dodatkiem. A całe życie to my i nasi bliscy. Cudnie, że znasz jego wartość i potrafisz się cieszyć. Tak łatwo dzisiaj zatracić się w narzekaniu i pierdołach. Zupełnie bezsensu…

      Uściski dla Ciebie i córeczek! :*

  • Piękne zdjęcia. Nie mogę się napatrzeć. Przewijałam kilka razy, zanim zabrałam się za czytanie. :o) A tekst mądry. Wzdech, masz rację, oj masz, tylko czasem człowiek zapomina o tym i zamiast się cieszyć tym szczęściem, które ma, narzeka na te pierdoły, które wynajduje.

  • Uwielbiam tę piosenkę:)

    Mądry tekst.
    Przykre jest to, że często trzeba nieszczęścia, żeby dostrzec szczęście. że tak często nie doceniamy tego, co jest najważniejsza, a co jest nam po prostu dane – życie, sprawne ręce i nogi, widzące oczy, zdrowe dzieci…

    Pozdrawiam!

  • Doskonale. Ujmujace. czeekam na wiecej…caluski dla Tosi piekna jest.! pozdrawiamy z podkarpacia.
    kasia.

    • Będzie, będzie, tylko popsuł mi się aparat i czasu mało ostatnio… Ale niechże tylko skończą się te wakacje… ;)

      Uściski! <3

  • tez to sobie czasem nucę :) a Hance przed snem śpiewam co wieczór Idzie niebo… i tez bym chciała żeby te gwiazdki tak wszystkim dzieciom i rodzicom i trochę się powzruszałam bo tutaj dawno nie zaglądałam a wszystko tu dopełnia sie w takim prawdziwym i kochającym świecie, a moje osobiste córki u babci i tęskno tak jakoś bardziej zrobiło mi się.. pozdrawiam

  • Ja boję się o swoje dzieci każdego dnia. Czasami zastanawiam się, kiedy słyszę o tragediach z udziałem małych ludzi, czy to nie egoizm sprowadzać dzieci na ten porąbany świat. A potem przychodzi spokojny wieczór, klejące się oczy, zapach snu na ubranku i wiem, że bez nich nie byłoby sensu. Chwilo trwaj!

  • Dzięki za ten wpis, bo ja to się ostatnio czuję, jakby ktoś na mnie urok rzucił. Najpierw musieli mi wyciąć wyrostek na dzień przed zapowiedzianym balem urodzinowym mojego dziecka, po powrocie do domu okazało się, że mąż wpuścił mole. Siedziałam i szorowałam szafki w kuchni a szwy ciągnęły. Zaraz potem popsuła się zmywarka i trzeba było w kuchni ciepłą wodę wyłączyć. A z serwisu przyjdą za tydzień – może. Więc stoję z wielką rana na brzuchu przy zlewie i myję w zimnej wodzie. Dzień po zmywarce – rozwalił się wózek młodszego – jest nie do użycia i muszę szarpać się ze starą spacerówką na maleńkich kołach, która po nierównych płytkach jedzie jak by chciała, a nie mogła. Dwa dni po zdjęciu szwów złapałam gumę. Starsze dziecko dopadł katar, dzisiaj zalało mi pół kuchni (cały czas w związku ze zmywarką), a w środę ze starszym synem do szpitala na wycięcie migdałka…
    Ale z perspektywy tego o czy piszesz, to w zasadzie jest dobrze i nie mam czym się martwić:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.