My to się kiedyś pozabijamy…

 

Czasami myślę, że my to się kiedyś pozabijamy. Lucek mówi, że wszystkie drzwi z domu powynosi, bo tylko czeka, aż zaczniemy nimi trzaskać bez opamiętania.

Bo jak zachować spokój, gdy ją ubieram, a tu od rana histeria i tylko słyszę płacz i głowa mi pęka. Bo, zakładając bluzkę, rozwaliłam kok, który i tak był zrobiony tylko prowizorycznie bez czesania, na chwilę, po uprzedniej histerii, że ona nie zje z rozpuszczonymi włosami. Bo jej się ubrudzą. Do płatków z mlekiem wpadną. Dziwne, że w przedszkolu już jej nie przeszkadza chomikować w nich cały obiad, czy podwieczorek. Jogurt, kapuśniak, ciasto, co tam się akurat trafi…

Tłumaczę, że wystarczy powiedzieć, nie trzeba krzyczeć. I sama krzyczę i myślę jednocześnie, że głupia jestem, bo co to za przykład. No żaden! No przecież ja to wiem! Ale wychodzę z siebie, jak ona tak krzyczy. Chwila spokoju. Za chwilę znów krzyki, bo pociągnęłam za włosy. Przecież nie specjalnie. Nie rozumie. Kok „taki jak ma baletnica” zrobiony. Cudnie widzieć szczęście na jej ślicznej buźce.

My to się kiedyś pozabijamy…

Kolejna afera.

Bo jak to ja się mogę rano malować, a ona nie. To tłumaczę spokojnie, cierpliwie. Że piękna jest i nie musi się malować, by być piękniejszą. A poza tym dzieci to tylko tak dla zabawy, w domu mogą. Nie na dwór! Przecież ma swoje dziecinne kosmetyki. Może się po przedszkolu zawsze malować. Ale to by było zbyt proste. Ona chce tylko wtedy, kiedy ja się maluję! Negocjuje, że chociaż tylko puder. Jestem nieugięta, więc awantura gotowa. Krzyczy na całą kamienicę, że ona tutaj rządzi i tylko to, co ona mówi się liczy.

Czuję, że na skraju jestem i zaraz wybuchnę. Wyjaśniam, że nikt w tym domu nie rządzi, ale decydują mama i tata. Myślę, że jestem sprytna i ją przechytrzę. Rzeczywiście udaje mi się rzęsę do końca pociągnąć, bo trawi. Stanęła i duma. O tym rządzeniu tak duma? „Mama, a mogę chociaż paznokcie moim lakierem?”.

No już możesz.
Bo się kiedyś pozabijamy…

A zaraz znowu jest coś nie tak i jej nie pasuje. Bo kubeczek, który wzięłam to przecież w ogóle go brać nie powinnam. Jak mogłam! A skoro już, to muszę odłożyć go na miejsce co do jednego przeklętego milimetra. I krzyczy, że to moja wina. Więc staram się naprawić, ustawić jak było. Ale przecież nie wiem jak było. Ona sama też nie wie, ale się denerwuje. To wychodzę. Jest jeszcze gorzej, bo drze się, jakby ją ze skóry obdzierali, że mam wrócić. Więc wracam, stoję i patrzę, jak ona cierpi, bo zapewne nie rozumie, o co jej chodzi. I sama cierpię z tego jej cierpienia. A to cierpienie i histeria przeradza się szybko w moją histerię i w ogóle to już nie wiadomo co robić, bo trzeba wychodzić, a z nią to i z godzinę jeszcze by zeszło, a taksówka czeka.

W asyście jej krzyków na siłę pod pachę i na dół.

Jedziemy.

Ryk, obraza, ręce na piersi, usta w podkówkę i za chwilę: „Chcę się przytulić do ciebie mamo”.

Tulę ją mocno.
Najmocniej jak się da.
Tak bardzo ją kocham.

I już obie nie pamiętamy, że jeszcze przed chwilą chciałyśmy się pozabijać.

 

DSC_6157Untitled-1DSC_6135Untitled-5DSC_6201Untitled-2DSC_6219Untitled-3DSC_6318Untitled-4DSC_6111

 

24
38 Komentarzy w
“My to się kiedyś pozabijamy…”
  • O kurczę, jak mi się ciepło na sercu zrobiło. Niby człowiek wie, że nie sam jeden, jak ten palec. Że gdzieś na świecie jest ktoś, kto toczy walkę o kubek i chusteczkę, która przecież leży obok. Gdzieś, gdzie miłości i tuleniu nie ma końca, ale drzwi to może rzeczywiście lepiej pozdejmować… I okna zamykać, bo ktoś usłyszy jeszcze i się przejmie. ☺

    • Kiedyś opisywałam, ale tylko na Facebooku, jak koleś do nas straż wezwał, bo Tośka miała straszny bunt i nie chciała wejść do samochodu. Ale koleś był czubkiem i przeszkadzało mu, że dziecko się drze pod oknami (próbowaliśmy odjechać z przedszkola) w dzień powszedni i zamiast pogadać, to od razu zaczął się na nas drzeć i wezwał straż. Okłamał ich, mówiąc, że my sobie siedzimy w samochodzie, a nie chcemy wpuścić dziecka. No świr totalny! Oczywiście strażnicy poszli na interwencje do niego, a nie do nas, bo przecież co można zrobić z krzyczącym, jakby skórę zdzierali, dwulatkiem? :)

      Siły i nieograniczonych pokładów cierpliwości życzę. Mnie jak się okres skończył, to jak ręką odjął i już się nie kłócimy. Baby haha! Co będzie, jak Tosia zacznie dorastać. Strach pomyśleć! :) Buziaki!

  • Wróciłaś to i ja wracam.
    A w dodatku temat mi tak bliski. Że ja krzyczę, że On krzyczy. I, że ja głupia jaki przykład daję. Wymagam a sama jestem strzępkiem czasami :-) wszystko podobnie. Afera goni aferę. Dziś szybki obiad. Jajko sadzone. Krzyki nie z tej ziemi. On przecież jajka chciał rozbić. Zapomniałam, szybko, szybko ja rozbiłam. On gardło zdarte. Ja smażę. W końcu ulegam. Afera na 102. Kolejne jajka idą w ruch. On rozbija, cieszy się bardzo. Uffff. Spokój. Jajek nasmażone mamy na zapas :-) Mały krzykacz.
    A potem leżymy a On mówi, mamo tak lubię Twoje włosy, są takie śmietankowe. I nerwów masa, i krzyków dużo ale kochamy się bardzo.
    Pozdrawiam Cię Mira serdecznie i cieszę się bardzo, że wróciłaś.
    Może i mi uda się wrócić?

    • Izunia, ja także się cieszę, że wróciłaś do mnie! Bo mnie wrócić to nie problem, a ściągnąć z powrotem czytelników to już wyższa szkoła jazdy! :) Dziękuję, że jesteś! Całusy! :*

  • U nas na szczęście krzyczy tylko dziecko, my jacyś niekrzykliwy (szczerze nie mam pojęcia, dlaczego w takich sytuacjach zachowujemy zimna krew-może dlatego, że oboje z Niemałżem nie dostawaliśmy klapsów, ani nie byliśmy w żaden sposób karani przez rodziców?). Dziś była bieganina, bo pociąg ucieknie, a małej się odwidziło i chciała iść na dwór w samym bodziaku. Siłą ją ubrałam bez słowa, bo wiem, że w takich chwilach dyskusja powoduje eskalację konfliktu. Potem jeszcze awantura o kask już w rowerze. Zapięłam i nagle cisza, bo powiedziałam, że dostanie kwiatek. I dostała, mlecza. Nie wiem co my zrobimy, jak wszystkie przekwitną ;)

    • E, niekoniecznie. ;) Mój mąż jest ostoją spokoju i nie daje się Madame wyprowadzić z równowagi, bo – jak sam powtarza – był w dzieciństwie jeszcze gorszy złośnik. I go podziwiam, bo mnie para idzie uszami, a jego nic nie jest w stanie ruszyć, chociaż poza tym, łatwo się złości. ;o)

    • Też myślę, że to kwestia charakteru, temperamentu… Choć oczywiście nie w 100%, bo wychowanie w dzieciństwie ma przeogromny wpływ na to jacy jesteśmy dzisiaj. U mnie dochodzi jeszcze kwestia okresu. Jakoś po jego skończeniu jestem dziwnie spokojna hahaha! Buziaki dziewczyny! :*

  • „Nie kocham Cię! Nie lubię!” … „mamo ! Kocham cie, kocham , kocham”….” ..a poproszę nagrodę…” / Chce -nie chcę…i tak jeszcze kilka miesięcy :-* Cały ten bunt :-) I Chyba wszystko w normie , bo jak ktoś ma temperament konkretnie gorący..a jak sa dwa takie temperamenty..a jak sa w zasadzie trzy…dobry pomysł z tymi drzwiami ;-P :-*
    * A te Nasz księżniczki coraz piękniejsze akurat teraz…akie do czesania, ubierania, tulenia ….a One swoje i swój świat

    • My to co najmniej jak włoska rodzina – serio! :)

      A duże już dziewczynki macie? Wesoło tam Wam zapewne! :)

  • Uf….a już myślałam że mamy w domu ukrytą kamerę, a Ty nas opisujesz…………uf , trochę mi ulżyło , bo już myślałam że jesteśmy chyba nienormalni i „zaraz się pozabijamy”.:)
    Super że jesteś , brakowało mi tych Twoich mądrych ,ludzkich historii.
    Pozdrawiam:)

    • Aga, to pewnie taki wizjer na wiele domów. No puszczają czasem nerwy. Moja koleżanka mówi, że to ja jestem ta dorosła. Prawda, staram się, ale czasami krzyknę z tej bezsilności całej… A jak jestem spokojna i lizę sobie do dziesięciu, to Tośka się wścieka, że mam nie liczyć, no komedia po prostu! :) Buziaki!

  • Oj możemy podać sobie ręce :) moje dziecko ćwiczy mój charakter i wyćwiczyła :) jestem o wiele spokojniejsza w takich sytuacjach niż dawniej, bo u nas bunt trwa już dłuższą chwilę, córka ma 3,5 roku, ile jeszcze? Pozdrawiamy Tosię :)

    • Kochana, u nas bunt jest niemalże od pierwszego roku życia Tośki! Od zawsze była bardzo suwerenną jednostką haha! Do tego Montessori robi swoje – ona przecież chce decydować i być niezależną. I tutaj jest trochę taki dysonans, gdzie są te granice? Czy możemy nią „rządzić”? Gdzie granice negocjacji itd. itp… A i tak wszystko zweryfikuje życie, jaka będzie w przyszłości. Wychowanie to chyba najtrudniejszy temat, z jakim przyszło mi się zmagać w życiu. Bo człowiek chce jak najlepiej, a czasem wychodzi inaczej… ;)

  • Kiedyś na pytanie „Synku, dlaczego się tak zachowujesz?” zadane w tonie już nie wojowniczym, a totalnie bezradnym, bo po trzeciej z rzędu awanturze o wszystko i o nic usłyszałam poprzedzone szlochem cichutkie „Nie wiem mamo, jakoś nie panuję nad swoim ciałem”. Popatrzyłam na totalnie nieszczęśliwą buzię całą w poziomkowych kropeczkach i serce niemal pękło mi na kawałki. Że tak mądralińska niepasująca kwestia wpadła mu w ucho i pamięć, że zrobił się nagle taki mały malusieńki te przecież już całkiem odrośnięty synek mój, i że chyba do diabła to właśnie tak jest, że nie panuje. Zła pamięć podsunęła mi wspomnienie siebie jako dziecka i mojej mamy, która we wrzeszczeniu nie znała umiaru. Fajnie byłoby tu powiedzieć, że po tej lekcji ja nie wrzasnęłam nigdy więcej, ale to nie tak niestety. Staram się jednak dla odmiany panować nad swoim ciałem, głosem, emocjami. A kiedy mi nie wyjdzie to zawsze przepraszam.

    • Ja na szczęście znam umiar we wrzeszczeniu. Inaczej poszłabym się rzucić z najwyższego bloku na Manhattanie! ;)

    • Przedwczoraj się pomalowała, ha! Po przedszkolu, na… niebiesko! Myślałam, że umrę ze śmiechu! :)))

  • Wesoło. Chociaż ja się przyznam, ze boję się co będzie jak mój młodszy trochę podrośnie. Na razie wszystko wskazuje na to, że ma mój charakter, więc może być podobnie – poza kokiem i makijażem, mam nadzieję. Już teraz jak się obraża to ryk jest taki, że ja spokojnie myśleć nie mogę. Chociaż ostatnio słyszałam o teorii trzech poziomów mózgu, nie wiem czy kojarzysz? Nasz mózg podobno składa się z trzech elementów – mózg gadzi, najbardziej pierwotny, odpowiada za rzeczy związane z przetwaniem, mózg ssaczy – młodszy – odpowiada za budowanie więzi i życie w stadzie – jako że ssaki są stadne. No i kora mózgowa – najmłodsza – odpowiada za gromadzenie i przetwarzanie nowych informacji. Tylko że w sytuacji stresu kora mózgowa się odłącza, bo stres jest odczytywany jako niebezpieczeństwo, czyli nie ma wtedy czasu na zastanawianie się nad tym co się dzieje – trzeba reagować. A reakcje w świcie zwierząt mogą być dwie – walka albo ucieczka . Stąd – nieracjonalne zachowanie w nerwach. Nie wiem ile jest w tym prawdy, ale mi się ta teoria podoba:)

    • Kochana ja się zgadzam z tą teorią w 100%! To przecież potwierdza nie tylko te kwestie irytacji i nerwów, o których pisałam, ale także to, jak ludzie zachowują się w sytuacjach np. zagrażających życiu! Oni przecież nie myślą, tylko działają mechanicznie – żeby przetrwać. A zresztą w sumie to napisałaś. Ach, jak ja uwielbiam takie komentarze! Kocham dowiadywać się nowych, mądrych rzeczy. Dziękuję! :***

  • No nie mówie a raczej piszę, że Cię uwielbiam! Z postem strzeliłaś się w 10! Od dwóch dni mam kryzys… mamy dwie córeczki 2,5 i 9 miesiecy i brak czasu czy zainteresowania doprowadza 2,5 latke czasami do granic „normalności” nie poznaje mojej kochanej spokojnej córeczki :( i dziś rano powiedziałam mężowi że już nie daje rady że mam dość tłumacznia i proszenia że mam ochote ją tak potrząsnąc że aż musze wyjść z pokoju i ochłonąć… i wieczorem gdy śpi gdy ją przykrywam to wyrzuty sumienia jak mogłam tak pomyśleć. Gdy Ona daje mi milion całusów sekunde po tym jak dała mi popis krzyków i wrzasków tak po prostu od siebie…. Jak dobrze wiedzieć, że nie jestem sama bo już myślałam że coś ze mną nie tak… DZIĘKUJĘ!

    • Muszę powtarzać na każdym kroku, że to ja uwielbiam moich czytelników! Przecież to także dla mnie pocieszające, że są ludzie, którzy borykają się z takimi samymi problemami jak ja (tylko ja o tym piszę) i to ja myślałam, że coś ze mną nie tak, gdy się tak wściekam! :) A ja pracuję nad sobą. Od razu po napisaniu posta, kiedy sobie sama to przeczytałam, zaczęłam podchodzić do Tośki o wiele bardziej spokojnie. Tak jakby coś wyrzucone z siebie sprawiło, że wszystko wraca do normy, rozumiesz…? :) :*

    • No u mnie też tak to zadziałało aż do wybuchu złości… mojej… :D hihiihi ale też pracuje nad sobą :P OBIECUJĘ! ;)

  • Aż się boję co to będzie jak się Stasiek urodzi, bo jak pójdzie w moje ślady to coś czuję, że będzie to wyglądało podobnie :) mam nadzieję, że przynajmniej z takim zakończeniem :)

    • A może nie będzie! Nie wiadomo! :) A nawet jeśli to rzucicie w ścianę talerzem (po włosku haha) i też będzie fajnie! :P Kiedy rozwiązanie Marta??

  • Zobaczymy, może nie będzie :) może talerzami nie będziemy rzucać :) chociaż moja mama jak ją raz zdenerwowałam, w latach młodości kiedy to byłam, tak jak Ty pisałaś o sobie w innym wpisie niesubordynowana, rzuciła o ścianę, co prawda nie talerzem, ale mlekiem w kartonie :) Rozwiązanie mamy zaplanowane na połowę lipca, chociaż Stasiek z USG starszy, ale myślę że po prostu będzie duży po tatusiu :) Ps. Fajnie, że wróciłaś. Napędziłaś mi stracha :)

    • Bardzo ładne rozładowanie stresu! :))) A mocno? Poszło mleko po całej kuchni? :D

      To czekamy na nowe życie do lipca! <3

  • ….pięknie Pani pisze….ja mam 2,5 latke i terazwłaśnie afera ja nie chce tej bajki ta nie jednak nie i krzyki skoki tupanie i rzucanie misiem a ja staram się spokojnie tłumaczyć ale czasem już sił brak ….ale kochamy się bardzo bo mamy tylko siebie…ufff w końcu się udało znalazła się bajka która ja zainteresowała ….chwila spokoju :-)

    • No właśnie dokładnie tak to jest, że ta cierpliwość wisi na włosku i lada chwila spadnie do oceanu rozpaczy! Wam tym bardziej trudniej, skoro jesteście tylko we dwie… My też byłyśmy wtedy same. To jest prawdziwe wyzwanie! Podziwiam Cię, Beatko i nie mów (nie pisz) mi na Pani, proszę! :)

      Ściskam Cię serdecznie!!! :*

  • Mlekiem rzuciła w salonie :) całe szczęście chyba nie za mocno, bo ściany nie ucierpiały, ale efekt był… Potem odpoczęłyśmy od siebie da tygodnie, akurat były wakacje więc wyjechałam na 2 tygodnie i po powrocie wszystko było po staremu :) chociaż do tej pory, podczas różnych spotkań rodzinnych, historia zorganizowanej przeze mnie imprezy, która stała się przyczyną całej afery, opowiadana jest jako anegdotka :)

  • ……wieczorem znowu aria na całego,proszę by poszła spać bo rano do przedszkola….ale oczywiście co słyszę NIE chce spać ,chce bawić ….więc tłumaczę znowu,że rano do przedszkola,że będzie nie wyspana ale po co mamy słuchać lepiej jest pokrzyczeć strzelić focha haha to jej najlepiej wychodzi ręce na piersi buźka w podkówkę i odwraca ode mnie głowę…jak z nią rozmawiać i tłumaczyć czasem już sił brakuje….ufff w końcu leży ale oczywiście słyszę :siusiu,mleko,jeść byle by nie iść spać…idę zrobić mleko…zasypia z kubeczkiem w ręce…tulę ją do siebie,całuje,mówię,że ją kocham,mam wyrzuty sumienia,że się na nią złoszczę z oczu płyną łzy z bezradności a przecież muszę być silna dla nas …dla niej …..nie umiem opisać tego co do niej czuję słowo kocham to za mało….uwielbiam te jej spontaniczne przytulańce, buziaki po wybuchach złości i płaczu ….serce mięknie kiedy słyszę „kofam mame” i nie mam nić piękniejszego …..

  • A już myślałem, że jestem z tym sama! Szymon ma dokładnie tak samo, a ja postępuje dokładnie tak jak ty… I czasem siły już brak.

  • Dawno tu nie zaglądałam i jakoś przegapiłam twój powrót ;/ Szybko muszę nadrobić zaległości!
    Tekst rewelacyjny, każda sytuacja obrazuje naszą „szarą codzienność”, która dzięki tym buntownikom zdecydowanie nabrała tęczowy kolorów. Jak wrócę do domu muszę sprawdzić gdzie ukryłaś kamery. Niestety też mamy konflikty z najbliższymi sąsiadami (bezdzietnymi) którzy nigdy nie będą w stanie zrozumieć naszych problemów i awantur w naszym mieszkaniu.
    Btw. Jak dobrze że jesteś!!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.