Bez

 

Powroty są trochę jak początki. Wszystko takie świeże, nowe, ambitne, pachnące. Jak bez, który właśnie zakwitł nam na wsi i zerwany do wazonu wypełnia swą wonią cały salon.

Powrót do blogowania to także najlepszy czas na łapanie inspiracji i pomysłów na posty. Ale te też są jak bez. Szybko przekwitają i usychają. Trzeba chwytać doznania i karmić zmysły, zanim natura pozbawi nas tych przyjemności na cały kolejny rok.

Lucjan siedzi w Wenecji, Tośka siedzi w przedszkolu, to ja zaparzyłam herbatę z pokrzywy, otworzyłam okno, postawiłam bez na stole i siadłam do pisania.

Bez konceptu.

Oops!… I Did It Again.

To miał być tytuł poprzedniego posta. Bo przecież znów to zrobiłam. Po tak długim czasie. Lecz, mimo iż uwielbiam kicz intencjonalny, ni w ząb moje Oops! nie pasowało do tamtego tekstu. Poza tym zaczęłam się zastanawiać, czy pierwsze skojarzenie mojego czytelnika odnośnie tytułu będzie dotyczyło (słynnej swojego czasu) piosenkarki. I jeśli tak, to co on sobie pomyśli? Co może mnie z nią łączyć? Śpiewać lubię, ale Tośka mi nie pozwala. Tańczyć także, ale też robię to przed nią po kryjomu. Bo gwiazda może być tylko jedna, więc o jedną u nas w domu za dużo. Czyli o mnie.

Skończyłam się, jak Brit.

Tak myślę, czy mamy jeszcze jakieś wspólne cechy z tą przebrzmiałą celebrytką i do głowy przychodzi mi ciało. Zapewne kiedyś obie w „teście ołówka” na jędrność biustu wypadałyśmy dobrze. A raczej ten ołówek wypadał nam spod piersi po wsadzeniu. Dzisiaj pewnie cały piórnik by się zmieścił. Z linijką i temperówką włącznie. Marne pocieszenie, ale gwiazdy też mają przesrane.

Weźmy na przykład taką Astrid Lindgren. Gwiazdą nie była, ale sławną owszem. Królowa literatury dziecięcej. I co ona się miała ze swoimi fanami. Setki listów tygodniowo!

Astrid nie jestem, tylu listów nie dostaję, ale mimo wszystko piszecie. Pisałyście, gdy mnie nie było. Że tęsknicie, że brakuje Wam moich wpisów i zdjęć. Że poczekacie. Pytałyście, czy wracam i… jak żyć? Przez łącza Minimaliv przewinęły się tematy takie jak śmierć bliskich, zdrada, choroba dziecka, rozstanie i szczęśliwy powrót. Wreszcie wspólne dywagacje na temat zmian, aspiracji, życia ogólnie. I wspaniałe konkluzje odnośnie jego cudowności…

Z początku te rozmowy trochę mnie przerażały. Nie ze względu na temat, czy człowieka po drugiej stronie, ale na odpowiedzialność za słowa. Bo co powiedzieć osobie, której umiera ktoś bliski, a nigdy się jej na oczy nie widziało? Co napisać komuś, kto został zdradzony, a w ogóle się go nie zna? Pisałam jak czułam. Jakbym rozmawiała z przyjacielem. I cały czas miałam w tyle głowy, że nie bloguję, a Wy piszecie. Że ten kontakt jest Wam potrzebny.

I tak przez Wasze listy i wiosnę za oknem rozważałam po cichu powrót, gdy dostałam maila z takim oto zdaniem na końcu: „Myślę, że to było coś bardzo dobrego. A dobrych rzeczy nie powinno się kończyć bez wielkiego powodu.”

I to było piękne.
Inspirujące.
Złapałam to szybko, żeby nie przekwitło. Jak ten bez cudny, pachnący, majowy…

I jestem.
Z kolejnym postem.

Z bzem.
Bez konceptu.

 

916111514173

16
26 Komentarzy w
“Bez”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.