Bo byliśmy gnojki nieznośne!

 

To był zwykły dzień…

Mniej zwykły niż zwykle, bo Magda tego dnia została w domu i pracowała ze swojego salonu, ale nie nosił on żadnych znamion wyjątkowości. Syn od rana w żłobku, mąż w pracy. Śniadanie, kawa, papieros na balkonie. Ciężko się było zebrać do raportu „na wczoraj”. Duch prokrastynacji krąży zawsze tam, gdzie akurat być go nie powinno. To może jeszcze zapalę i na chwilę spojrzę, co u Antka – pomyślała Magda, zaciągając się dymem. Tylko chwila dzieliła ją od bycia online i czegoś, czego nigdy nie chciałaby zobaczyć…

Syn Magdy, Antek, chodził do żłobka na warszawskich Kabatach. Jedynego takiego z monitoringiem. Przeniosła go tam niedawno. Było trochę drożej, niż w poprzednim, ale miało być lepiej. Blisko domu, wygodnie, piękny, duży ogród, zdrowe jedzenie bez słodyczy, no i kamery – wspaniały benefit. Magda nie korzystała jednak z tego przybytku zbyt często, ponieważ nie chciała odpalać strony w pracy, a poza tym szanowała prawo syna do własnych spraw i pewnej dozy intymności. Jednak to, co od czasu do czasu udało się jej zobaczyć, nie wzbudziło nawet cienia podejrzeń. Ot, zwykły żłobek. Jak ten zwykły dzień, który spędzała, pracując z domu.

Mijały tygodnie, miesiące. Adaptacja Antosia przebiegła doskonale. Chłopiec polubił bardzo ciocię Ulę, zawarł nowe znajomości. Wszystko było w najlepszym porządku.

Przyszła wiosna. Wraz z nią rozpoczął się w żłobku tak zwany program przedszkolny dla dzieci powyżej drugiego roku życia. W założeniu ciekawe przedsięwzięcie. Przygotowanie do przedszkola, swobodna nauka liter, angielski, gry i zabawy uczące pracy w grupie. Magda rozważała nawet pozostawienie Antka w żłobku trochę dłużej, z uwagi na te zajęcia właśnie, żeby nie mieszać dziecku w głowie i nie przenosić go co rok w inne miejsce.

Tymczasem zaraz po wakacjach z jej synem zaczęło się dziać coś niedobrego. Płacze, dąsy, protesty przed wyjściem z domu. Magda czuła, że coś jest nie tak, ale składała to raczej na karb przerwy w uczęszczaniu do placówki. Powinna była zaufać intuicji, ale ta chyba też była jeszcze wtedy na urlopie.

To był zwykły dzień. Magda zaprowadziła syna do żłobka i wróciła do domu. Śniadanie, kawa, papieros i pomysł. Żeby włączyć drugi komputer i jednym okiem zerknąć na swoje dziecko. Zupełnie zwyczajnie, z ciekawości, z tęsknoty…

Monitoring obejmował dwie sale. Na jednej z nich bawiły się maluchy, więc Magda powiększyła tylko drugie okienko i trafiła akurat na końcówkę zajęć przedszkolnych, prowadzonych przez ciocię Gosię.

Na sali panował lekki chaos, co przy dziesiątce dwulatków jest raczej cieszącą normą. Ciocia Gosia najwyraźniej jednak uczyła się na studiach innych norm, bowiem, nie radząc sobie z jednym szczególnie szalejącym delikwentem, szarpnęła go za rękę, niemal podnosząc do góry i zaciągnęła do kąta, którego kamera niestety nie obejmowała.

Magda skamieniała. Nie bardzo rozumiała, co się przed chwilą wydarzyło, ale coś jej podpowiedziało, by wyciągnąć telefon i zacząć nagrywać obraz z komputera. Roztrzęsionymi rękami obsłużyła kamerę w komórce, by zarejestrować kolejną scenę z udziałem cioci Gosi. Tym razem mniej brutalną. Inny chłopiec został wzięty pod pachy i wyrzucony do tego samego kąta co poprzedni, a syn Magdy, widząc to, uciekł i schował się pod stół. Co ona robi? – powtarzała, jak mantrę Magda i opadła na krzesło. Co ona robi…?

W jednej sekundzie przeleciało jej przez głowę tysiąc myśli. Sporo faktów ułożyło się w jedną całość. Przypomniała sobie, jak Antoś nie raz płakał w szatni, gdy ciocia Gosia była w pobliżu. Mówił, że jej nie lubi. Właściwie Magda też jej nie lubiła, bo jakaś taka mułowata była w kontakcie i podawała rękę, jak zdechłą rybę. Z drugiej strony myślała sobie, że może dla dzieci jest dobra. A Antek już zawsze będzie w środowisku ludzi mniej lub bardziej przez siebie lubianych i nie ma co próbować tworzyć landrynkowej fikcji dziecięcego raju. Zrozumiała także, dlaczego jej rozszalały jak tajfun synek, jest tam taki grzeczny i ułożony. To nie była kwestia dojrzałości. Kierował nim strach.

Magda nie zrobiła dzikiej awantury, wyrywając go ze żłobka w połowie dnia. Nie chciała, by przestraszył się jeszcze bardziej. Poszła porozmawiać z właścicielką, pokazała jej nagranie, ale otrzymała w odpowiedzi informację, że rodzice tamtego chłopca również je widzieli i on potrzebuje takiej „silnej” ręki. Była w szoku. Nie wiedziała, ile w tym prawdy, a ile próby załagodzenia sprawy. Mimo wszystko nie godziła się na takie praktyki. Zanim jednak podjęła decyzję, co zrobić w dalszej perspektywie, Antek zrobił to wcześniej za nią.

Mamo – powiedział. – Ja już nie chcę chodzić do tego żłobka. Chcę iść do przedszkola.

Jedno zdanie wystarczyło, by definitywnie, ku niezadowoleniu i zdziwieniu właścicielki, pożegnać się z placówką. Antoś opuścił żłobek, ale ciocia Gosia została i pracuje tam nadal. Niestety.

2 miesiące później…

W drodze do domu z przedszkola, Antek zaczyna rozmowę.

– Wiesz mamo-damo ja uwielbiam to przedszkole!
– O, to cudownie, cieszę się! A która ciocia jest twoją ulubioną?
– Wszystkie ciocie są kochane. A w żłobku lubiłem ciocię Ulę, bo ciocia Gosia to miała taką złą buzię i się nie uśmiechała.
– Nigdy? – Spytała Magda.
– No czasem się uśmiechała, wiesz, ale nie jak nas szarpała.
– Szarpała was za ręce, tak? – Pytała dalej, zachowując kamienny spokój, przy jednoczesnym podgryzaniu policzków.
– No nie mamo, za włosy nas szarpała, w kącie.
– A jak myślisz, dlaczego tak robiła? Ciebie też szarpała? – Serce jej biło, jak szalone.
– No mnie nie, bo ja się bałem i byłem grzeczny. Ale innych szarpała, a ja to widziałem. – Odpowiadał spokojnie chłopiec.
– A właściwie dlaczego szarpała?
– Bo byliśmy gnojki nieznośne!

W tym momencie serce Magdy eksplodowało z bólu. Ogromnego bólu, żalu i rozczarowania samą sobą, że nie drążyła tematu wcześniej. Że nie słuchała i zbagatelizowała sygnały, dawane jej przez najbliższą i najukochańszą osobę na świecie. Jej syna.

A syn jeszcze czasem o tym opowiada. Ale raczej, jak o starej bajce. W przedszkolu jest najwyraźniej szczęśliwy i zdecydowanie nie jest grzeczny, co chyba dobrze rokuje. Jest wrażliwym, rozszalałym, często nie znającym granic – sobą. Przedszkolne ciocie są otwarte, chętnie rozmawiają, a samo przedszkole, zamiast CCTV, ma duże okna, a w środku otwarte przestrzenie.

Czasami, idąc rano do pracy, Magda spotyka tamtą złą ciocię. Przeważnie unika kontaktu wzrokowego i wyraźnie się boi. Magda nie wie, czy dobrze zrobiła, bo być może, chroniąc własne dziecko przed piekielną aferą, naraża inne dzieci na brutalne traktowanie przez ciocię Gosię…

Słuchajmy ostrzeżeń dawanych przez nasze dzieci. Gdzieś między słowami, gestami, emocjami…

My, rodzice, nie możemy popadać w paranoje i bać się wszystkich potencjalnych złych zdarzeń. Ale musimy umieć słuchać! Bardzo uważnie.

Pamiętajmy jednak o nieprzekraczaniu pewnych granic, by słuchanie nie zamieniło się w przesłuchiwanie. Musimy umieć zachować tę kruchą równowagę, między zaspokojeniem potrzeby i obowiązku rodzica-strażnika, a prawem naszych dzieci do intymności i odrębności ich własnego świata.

Warto zniżyć się do poziomu dziecka i spojrzeć na świat jego oczami. Łatwiej wtedy dostrzec piękno tego świata, ale też wszelkie nieprawidłowości, niebezpieczeństwa i zagrożenia czyhające na małego człowieka. Słuchajmy naszych dzieci w każdym wieku i o każdej porze.

Jesteśmy powołani do tego, by im pomagać, kochać je i chronić.

Historia jest prawdziwa. Imię dziecka zostało zmienione.

Źródło zdjęcia: catherinasforza.deviantart.com

25

47 Komentarzy w
“Bo byliśmy gnojki nieznośne!”
  • Bardzo niefajna historia, ale tak sobie myślę – czy podglądanie dziecka gdy jest w żłobku/przedszkolu jest w porządku? Ja chyba jednak nie chciałabym być w takim Big Brotherze :/

    • Nie oceniam rodziców, którzy posyłają dzieci do placówek z monitoringiem. Jednak osobiście, nie dałabym dziecka do takiego żłobka, czy przedszkola. Prawo do intymności mają zarówno dzieci, jak i wychowawcy. Ale to taki benefit – pewnie, żeby przyciągnąć rodziców, którzy będą myśleli, że mają nad wszystkim kontrolę. Jak się okazało – nie mają…

      Mimo wszystko, bardziej od kamer dziwi mnie fakt, że ta kobieta cały czas tam pracuje :(

    • „Magda nie wie, czy dobrze zrobiła, bo być może, chroniąc własne dziecko przed piekielną aferą, naraża inne dzieci na brutalne traktowanie przez ciocię Gosię…”

      Rozmawiali z właścicielką, ale nie podjęli żadnych innych kroków, prócz zabrania swojego dziecka, ponieważ właścicielka olała sprawę i po chwilowej (letniej) burzy i urlopie, ciocia Gosia wróciła do prowadzenia zajęć. Tyle wiem…

    • To niewesoło. Pewnie rodzice musieliby zebrać się razem postraszyć właścicielkę, że zabiorą też swoje dzieci. Miejmy nadzieję, że ta pani w swojej frustracji może w końcu sama odejdzie i zacznie robić coś co naprawdę lubi…

    • W moim mieście nie było przedszkola z kamerami. Niestety. Wiele rzeczy mnie niepokoiło ale nie dało się ich w żaden sposób skonfrontować. Wiecznie sie kręciłam w dziwnych porach wpadałam ale nie zobaczyłam nic poza tym, że jednej Pani się chciało, drugiej bynajmniej. I zawsze tysiąc argumentów przerzucających ciężar przyczyny z przedszkola na samo dziecko. Same argumenty, sposób mówienia, poglądy, wszystko znudzone i przestarzałe. Kamery postrzegam jako najlepsze źródło kontroli, poczucia spokoju, jakbym była przedszkolanka chyba chciałabym żeby rodzice mogli obserwować moja pracę z dziećmi. Dla samego dziecka chyba też miła jest świadomość że mama czuwa, że widzi, że nie dzieje mu się krzywda.

    • Ala, dla mnie taki monitoring to jednak jest przekroczenie pewnej prywatności drugiego człowieka. Bo co będzie dalej? Córka pójdzie do liceum, a ja będę w „dobrej wierze” będę czytać pamiętniki? Niestety, w pewnym momencie pępowina musi zostać odcięta, dziecko musi samo pójść w świat, a nam pozostaje wspierać je i doradzać jeśli tylko zapyta.

    • Big Brother??? Przecież dzięki kamerom ta Pani uratowała swoje dziecko przed traumą na całe życie – o ile już nie jest za późno. „pępowina musi zostać odcięta”???? Serio? dwulatkowi??? W takim razie współczuję waszym dzieciom
      Może jeszcze niech sam wraca do domu z kluczem na szyi. Tylko niech nie zapomni rozejrzeć się na pasach czy auto nie jedzie!

      Dzięki kamerom takie Panie nie będą krzywdzić naszych dzieci, prędzej czy później sprawa zostanie zgłoszona, albo sama Pani się wystraszy i opamięta.

      … niech Magda lepiej dokończy co zaczęła i zgłosi sprawę innym rodzicom i odpowiedniej instytucji która nadzoruje przedszkola…

  • bardzo mnie poruszył ten tekst…
    namawiałabym jednak aby pójść trochę dalej niż tylko zabranie swojego dziecka z takiej placówki…
    przecież „ciocia Gosia” tam została i dalej szarpie dzieci za włosy!
    prowadzę zajęcia artystyczne w szkołach i przedszkolach i byłam świadkiem różnych sytuacji…
    jedna mnie przerosła i skończyło się to zgłoszeniem sprawy do kuratorium, jednak jako osoba z zewnątrz i postronna niewiele mogłam zdziałać…
    inaczej sprawa się ma gdy takie zgłoszenie przychodzi od rodzica, który w dodatku ma dowody na przemocowe traktowanie swojego dziecka…
    P.S. gratuluje uważnej Mamie!

    • Kochana to prawda, ale ta mama nie ma dowodów dotyczących jej dziecka, a jedynie innego dziecka. A historię syn opowiedział niestety jak już nie uczęszczał do żłobka. Trudna sprawa, dlatego chciałam poruszyć ten temat, by jednak zwrócić uwagę rodziców (i swoją oczywiście) na to, co mówią ich dzieci. Wiem, że to nie jest proste, a nawet bardzo ciężkie, bo tak jak bohaterka – wielu rodziców pewnie tłumaczy sobie zachowania swoich dzieci różnymi sytuacjami i to może przysłaniać nam większy problem. Pozdrowienia!

    • Technicznie rzecz biorąc na filmie pokazana jest przemoc wobec dziecka. To jest karalne, policja powinna zrobić z tego właściwy użytek. Czy zrobi, to już inna sprawa. Spryciula, wie dokąd kamera sięga i specjalnie dzieci są maltretowane tam, gdzie się nie nagrywa.

    • Lavinka, przekażę to Magdzie. Decyzja będzie należała do niej. I dokładnie. Te kąty zasrane. W głowie się nie mieści…

    • Wydaję mi się, że pomimo tego, że synek Magdy już do tego żłobka nie chodzi, a na filmie jest inne dziecko…(choć obraz syna chowającego się pod stół ze strachu jest także wymowny), to wciąż można doprowadzić do kontroli w tym przedszkolu…wystarczy zgłosić to nadużycie w formie pisemnej do kuratorium…opisać sytuację..a nóż to coś zmieni? tym bardziej, że zabierając swoje dziecko z tego żłobka nie ma obaw, że taka decyzja mogłaby w jakiś sposób wpłynąć na traktowanie dziecka…

  • Nie mogę i nie chcę trzymać swojego dziecka pod kloszem, ale za każdym razem, kiedy słyszę taką historię, to z przerażeniem myślę o chwili, kiedy pójdzie do przedszkola.
    Ja bym tej „cioci” nie darowała. Jedno dziecko udało się uratować, a co z pozostałymi? Nie godzę się na szarpanie dzieci i nazywanie ich gnojkami. Wielu takich sytuacji można uniknąć, o ile ktoś zareaguje.

    • Miejmy nadzieję, że właścicielka powiadomiona o zajściu, porozmawiała chociaż z tą ciocią. Bo o tych gnojkach i szarpaniu za włosy bohaterka historii dowiedziała się przecież 2 miesiące później…

  • Przez takie właśnie historie od miesięcy dwoimy się i troimy, żeby nasza Półtoraroczniaczka nie poszła do żłobka, tylko zostawała z babcią, tatą, albo ze mną jak się da. Codzienna gimnastyka, ale gra warta świeczki. Po prostu boję się, tym bardziej że moja córka jest charakterna, do tego żywe srebro, a takich dzieci się nie lubi, bo nie śpią wtedy kiedy „ciocia” każe, nie bawią się same kiedy „ciocia” każe, nie jedzą zupki kiedy „ciocia’ każe. A taki maluch niestety jeszcze nie powie, że coś się źle dzieje. Marudzenie, niechęć, histerie przy pożegnaniach zawsze można zwalić na karb tęsknoty, skoku rozwojowego, wychodzących zębów. Bardzo mi smutno po przeczytaniu tej historii, aż mi się skurczył żołądek, nie potrafię znieść, kiedy bezbronnym dzieciom dzieje się krzywda. Najciemniej pod latarnią.

  • Najgorsze jest to, że ten cały bajzel nas otacza. I tworzymy to my, ludzie.
    Ludzie ludziom.
    Staram się nadal wierzyć w człowieka. W jego dobro, bo przecież nie wszyscy są źli.
    Jednak z każdym otwarciem internetu, z każdym następnym artykułem, wpisem, historią coraz bardziej tracę tę wiarę.
    Jak nie szpital, to przedszkole, albo szkoła, albo jakiś komornik, albo urząd, albo jakaś inna instytucja, skep, szpital. Ludzie tam zatrudnieni.
    Ludzie pozjadali rozumy. Uważają, że są najlepsi, najmądrzejsi, nawet w zwykłym sklepie się wymądrzają i robią z nas ciemnotę.
    Namnożyło się wszystkiego. Prywatne szkoły, przedszkola, żłobki. Przy tym milion kierunków pedagogicznych, które kończą wszyscy. Kiedyś przedszkolanka to zawód rzadki. Teraz co druga po jakiejś pedagogice.
    I już hop do jakiegoś prywatnego przedszkola. Z przypadku zatrudniona bo z przypadku ktoś takie przedszkole zakłada. Złoty interes.
    A nauczyciel powinien składać się z pasji, poświęcenia, oddania dzieciom.
    Mam czasami wrażenie, że ludzie dziś nie mają zachamowań, pokory, nie szanują pracy. Wrażenie? Nie , chyba jestem pewna. Obserwuję to i słucham tych wszystkich historii.
    Nikomu się nic nie chce, olewają wszytsko. W restauracji, w sklepie, w przychodni. Wszędzie prowizorka.
    I wszędzie potrzebna byłaby taka kamera jak Magdy Gessler by pokazać nam jakie śmierdzące świństwo nam wciskają. Ale czy tędy droga? Aby wszędzie były kamery.
    Taka Pani ze żłobka albo ma swoje dzieci albo mieć będzie. Albo może i nie. Może tak byłoby lepiej, bo przecież miłości do dzieci to Ona nie ma.
    Ale przecież jest czyjąś córką, sisitrą, ciotką. Ma znajomych, rodzinę. Zy Oni też tacy są, czy jej nie znają, czy jej przełożeni tego widzą. Dlaczego zamykają oczy.
    Najgorsze jest to, że takich Pań w innych żłobkach i placówkach jest wiele.
    Choć nadal wierzę, że to mniejszość. Że reszta to pedagodzy z choć połową potrzebnego powołania. Łudzę się, nie wiem.
    Zasypują nas wiadomości złe, o złych ludziach.
    Nie jesteśmy w stanie uchronić naszych dzieci przed złem całego swiata, ale nie możemy też nie reagować.
    Odzywajmy się, zabierajmy dzieciaki, walczymy. W takiej sprawie oczywiście bez dwóch zdań. To sprawa najwyższej wagi.

  • Mimo wszystko uważam, że wszelkie placówki wychowawcze są jednak bardziej bezpieczne niż niejedna niania. Oczywiście uogólnianie byłoby krzywdzące, bo są też nianie oddane i cudowne (jak i ciocie w przedszkolach, jak babcie), ale podczas 16 miesięcy „macierzyńskiego” zdarzyło mi się oglądać obrazki z placów zabaw i osiedlowych alejek, które naprawdę zniechęcały do powierzania obcej osobie dziecka. Znam też rodziców, którzy instalowali w całym domu cctv, żeby nianie podglądać, co oprócz oczywistego kontekstu pogwałcenia intymności wydaje mi się tyleż chore co nieskuteczne . Skoro kamera nagrywa powiedzmy 10 godzin dziennie to jaki jest przepraszam plan? Całodzienne nocne oglądanie co też niania zmalowała? Czy zatrudnienie osoby, która będzie minitorować monitoring? Każdy z nas widział przynajmniej raz babcię wariatkę tuczącą dziecko jak gęś… Cała ta historia zresztą nie miała byc w założeniu krytyką żłobków/przedszkoli/niań/babć itd zdaje mi się tylko przypomnieniem tego, o czym w biegu tak często wszyscy zapominamy – zasady, że dzieci też mają głos, że mówią nam werbalnie i niewerbalnie o tym co cieszy i boli, a my nie zawsze umiemy słuchać. Że oddajemy głos autorytetom i zakładamy, że lekarz, psycholog, opiekun, autor poradnika zna i czyta nasze dziecko lepiej niż my sami. Albo dla kontrastu trzymamy pod kloszem i nie dajemy wypłynąć na szerokie wody, bo to jest bezpieczniejsze. Dziecko prędzej czy później będzie w jakimś stopniu musiało się dopasować i ułożyć ze światem, a nigdy nie będzie się obracać w środowisku gdzie wszyscy je choćby lubią. Złotego środka nie ma i rozwiązań błyskawicznych też nie ma. Trzeba słuchać, ale nie wolno na każdym kroku śledzić dziecka, nawet w dobrej wierze, bo to jego życie. To jest stąpanie po kruchym lodzie oczywiście, bo są krzywdy naprawdę duże, ale chyba cała tajemnica polega na tym,żeby wychować ich tak, żeby z nami rozmawiali i nie bali się powiedzieć najgorszą prawdę. Niestety nikt nie da przepisu jak to zrobić i każdy z nas musi przejśc przez to sam. Nie ma lekko. Azylem są takie miejsca jak ten blog. Bo przynajmniej pogadać sobie możemy.

  • Mira zawsze poruszy temet poruszający.
    Elaborat mogłabym napisać, tyle przemyśleń po lekturze Twoich wpisów Mira.
    Dziękuję Ci za to.
    Piszesz tak, że wywołujesz we mnie wiele uczuć i emocji. Dużo się uczę, to już wiesz.

  • Niestety coraz częściej słyszymy o takich sytuacjach:( Trzeba uważnie słuchać swoich dzieci a przede wszystkim wierzyć im i nie bagatelizować ich słów i zachowania. Pozdrawiam

    • Dokładnie tak. I to się tyczy każdej dziedziny życia. A niestety rodzice mają taki mechanizm, że często wypierają niewygodne i niewiarygodne informacje dotyczące swoich dzieci :(

  • Za chwilę zdobędę wymagany tytuł i już oficjalnie będę mogła ubiegać się o etat w szkole lub przedszkolu. Mam już jednak dwuletnie doświadczenie w pracy z najmłodszymi i dwuletnie w pracy w domu dziecka. Z moich obserwacji wynika, że co najmniej połowa nauczycieli/pedagogów nie ma odpowiednich kompetencji. I później właśnie dzieją się takie historie… Smutne to bardzo bo taka trauma rzutuje na dalszą edukację dziecka. Być może cały system szkolnictwa wyższego powinien być inaczej skonstruowany ? Być może powinna być selekcja psychologiczna kandydatów na studia pedagogiczne ?

    Jedno jest pewne, źle się dzieje.

    • O właśnie. Zapewne jakaś garstka z Twoich koleżanek pragnie być nauczycielem. A tego trzeba pragnąć. Czuć. Mieć powołanie, predyspozycje. A pozostała część koleżanek poszła na studia bo poszła. Coś trzeba skończyć. A to nie o to chodzi.
      Moja mama i siostra to pedagodzy. Spotkam się często z pytaniem, dlaczego ja nie jestem nauczycielem. Przecież szlaki przetarte. Byłoby mi łatwiej itd. Pewnie. Mogłoby tak być. Ale ja nigdy nie chciałam. Nie czułam tego. To nie dla mnie. To zawód, który wymaga pasji i miłości. I do pracy i do dzieci.
      I wiem, że pasji nie potrzebuje Pani w sklepie, choćby się jej przydała. Byłoby miło. Ale Ona krzywdy mi nie zrobi. Niech sobie pracuje jak chce. A taka Pani w żłobku ma święty obowiązek bycia dobrą, odpowiedzialną, kompetentną. Ma pod opieką nasze dzieci. Jeżeli tak nie jest nie powinno jej tam być.
      Dziękuję Ci Mira za ten wpis. Syn od września pójdzie do przedszkola. Będę uważnie Go słuchała i obserwowała.

    • Kochana Kami. Już Ci pisałam, że zgadzam się w 100% z tymi testami psychologicznymi. Przecież to jest zawód o podwyższonej odpowiedzialności. Chodzi o dzieci! Nie wiem, po co ci ludzie wybierają takie, a nie inne studia. Może to choroba naszej cywilizacji, że młodzież kompletnie nie wie, co ma robić w życiu i później idą tam, gdzie „się udało”, a i tak nie są szczęśliwi, frustrują się i całą tę frustrację wylewają na dzieciaki. Dramat…

  • Chyba każdą matkę taka historia zawsze będzie ruszać. Ja chyba wolałabym by w żłobkach były monitoringi i nie do końca rozumiem argument przeciw dotyczący prywatności. Żłobek nie jest miejscem prywatnym ani dzieci ani pań tam pracujących, ale publicznym i jak w zakładach pracy są monitoringi to czemu nie tu.

    I cały czas mam niepokój, czy moje dziecko w żłobku dobrze traktują. Wsłuchuję się w to co mówi, ale również w to co mówi tak obok, przypadkiem, odnośnie innych spraw, których na pewno nie złapała w domu. Do tej pory nie wyłapałam niczego niepokojącego, również w momencie gdy odgrywa życie żłobkowe – a to jej ostatnio ulubiona zabawa.

    • Kochana, jeśli odgrywa życie żłobkowe i robi to chętnie i nie ma w tych scenkach niczego niepokojącego, to wydaje mi się, że jest tam szczęśliwa. Tak myślę, że gdyby było coś nie tak, to byłaby raczej zamknięta i niechętnie przenosiła na grunt domowy to, co zaczerpnięte ze żłobka. Ale to też tylko hipoteza. Przez te wszystkie historie o żłobkach, kneblowaniu dzieci itd. człowiekowi miesza się w głowie. Przestajemy ufać ludziom. A przecież w przypadku dzieci, to właśnie zaufanie do wychowawców pozwala nam spokojnie posyłać tam dzieci…

  • Dobrze, że napisałaś ten tekst. Ostatnio zastanawiałam się nad monitoringiem w żłobku/przedszkolu, choć mój syn jeszcze nie uczęszcza (ma rok), ale znajome mamy tak polecały. Myślałam, że dziwna praktyka, ale przecież ludzie tak pracują w bankach, na stacjach paliw itd. Pewnie można się przyzwyczaić, a jest jakaś pewność, że wszystko w placówce z dzieckiem jest ok. To było głupie myślenie. Masz rację w 100%, że ten monitoring to żadna gwarancja bezpieczeństwa i żadna pewność.

    • No właśnie. Okazuje się, że nigdy nie ma 100% pewności. Czasami to, co czujemy może być większym benefitem od monitoringu… Powodzenia z wyborem placówki! :*

    • jasne, że do tego! ;)
      temat tego postu jest mi daleki ale chciałam zaznaczyć tym komentarzem, że doceniam, szanuję i podziwiam Twoja prace oraz serce oddane każdemu wpisowi.
      buziak ;*

    • Jesteś najwspanialsza! Nawet teraz, gdy masz taki ciężki czas, wpadasz tutaj…
      Niedługo wrzucę ładne (mam nadzieję) zdjęcia. To pamiętaj, że dedykuję je Tobie. Wiem, że lubisz… :*

  • Przeszedł mnie dreszcz, gdy to czytałam. Możemy szukać przedszkola idealnego, a i tak nigdy nie wiadomo jak jest… Jednak dlatego z Młodym rozmawiamy, obserwujemy Go. Teraz jest ok- bo Maks mówi, ale gdy zaczął chodzić do żłobka miał niedużo ponad rok – wtedy obserwacja przydała się najbardziej…

    • Nigdy. Nawet w obliczu monitoringu. Dlatego dokładnie, jak piszesz. Trzeba obserwować dziecko i słuchać, co ma nam do powiedzenia, nawet jeśli nie mówi. Ale co, gdy intuicja zawodzi? Wszystko przecież można sobie wytłumaczyć… :(

  • Nas zapewne czeka niedługo poszukiwanie przedszkola i jak sobie pomyślę, że można trafić na coś takiego, to aż mi się odechciewa. Wiadomo, w każdym zawodzie może się trafić jakaś czarna owca, ale do pracy z dziećmi to jednak, trzeba mieć odpowiednie warunki, wiedzę i umiejętności. Jak wiem, że nie mam cierpliwości to się nie pcham na przedszkolankę. No chyba, że ta pani „Gosia” uważa, że to są jedyne i słuszne metody wychowawcze, bo w dzieciach drzemie zło i trzeba je zwalczać. Ale w takim razie w procesie jej edukacji ktoś gdzieś popełnił błąd,
    ja bym przynajmniej, na miejscu rodzica, poinformowała resztę rodziców o tym, co się dzieje. Bo być może nie wiedzą.

    • Magda rozmawiała z właścicielką. Pokazała nagranie. Nic więcej zrobić nie może, bo nie dotyczyło ono jej dziecka.

      Takie patologie się zdarzają. Niestety. I zawsze sobie myślę, że jednak komuś trzeba zaufać. Mimo wszystko masz rację, że do pracy z dziećmi nie powinny pchać się osoby, które robią to „za karę”, albo z braku laku. Testy psychologiczne powinny być w tym zawodzie podstawą.

    • Ale skontaktować się bezpośrednio z innymi rodzicami nie może? Pytam bo nie wiem jak to tam działa w tych przedszkolach. A co do testów psychologicznych, to obawiam się, że też nie do końca to dobre rozwiązanie, bo jak ktoś się uprze, to testów, jak wszystkiego, można się nauczyć. No ale przynajmniej odpadliby ci, którym nie zależy.

  • Straszna jest ta historia. I niestety nie jest to przypadek odosobniony. Byłam raz na dniu próbnym w jednym z poznańskich prywatnych żłobków. Nie mogłabym tam pracować, bo nie zniosłabym tego, jak były tam traktowane dzieci.
    Teraz pracuję w prywatnym przedszkolu w grupie żłobkowej. Mam u siebie 28 (!) dzieci w wieku 1,5-2,5 roku. I zazdroszczę tej cioci Gosi, która musiała sobie radzić z 10. I choć jest u nas gwarno, choć czasem usadzenie wszystkich na dywanie w jednym czasie graniczy z cudem, to nigdy nie zdarzyła się sytuacja, w której jakiemuś dziecku działaby się krzywda.
    Musimy słuchać naszych dzieci, ale też nie można do końca polegać na ich słowach. Dziecko może nagle nie chcieć chodzić do żłobka, czy przedszkola z tysiąca powodów. Bo mu jakiś kolega dokucza, bo nie chce mu się wcześnie wstawać, bo mu jedzenie nie smakuje, bo siedzi przy stoliku z kimś kogo nie lubi itd. itp. Nie mniej sprawie trzeba się przyjrzeć.
    Pisałam kiedyś u siebie o tym jak dobrze wybrać żłobek/przedszkole http://jagodowamama.blogspot.com/2014/10/jak-wybrac-zobekprzedszkole.html
    Problemem są zwłaszcza żłobki, bo dzieci nie potrafią się jeszcze rodzicom poskarżyć. Przedszkolak powiedziałby już mamie, że jakaś sytuacja miała miejsce.

  • ja jestem przedszkolanką. nie wyobrazam sobie zrobić krzywdy dziecku. owszem umialam trzymac dyscypline (przy 30 trzylatach musialam) ale nigdy nie wzbudzajac strachu, nie robiac krzywdy fizycznej. gdy walczylismy z mezem o wlasne dziecko (3 lata) dzieci z przedszkola byly moim lekiem i motywacją. kochalam je. angazowalam się bardzo. zaprzyjazniłam si e z rodzicami i wspominam ta prace wspaniale. teraz sama jestem mamą i wiem jak wazne jest zaufanie do pań z przedszkola. bo powierza sie im swoj najwiekszy skarb- DZIECKO

  • Moje dziecko chodziło 3 lata do przedszkola. Wybraliśmy podobno najlepsze w naszym mieście ale tylko dlatego, że było najbliżej. Aż strach pomyśleć jak było w tych innych. Większość pań pracujących z dziećmi miałam wrażenie, że pracowała tam za karę. Wiecznie były znudzone i zmęczone. Nie podobało mi się tam bardzo dużo rzeczy.Ciągłe pokrzykiwanie, pośpieszanie, częsta obojętność. Panie rysowały, wyklejały, wycinały za dzieci bo tak miało być szybciej. Przez prawie trzy lata miałam ciągły dylemat. Zakończyło się kiedy mój 5-latek wrócił sam do domu twierdząc, że Panie zostawiły go na spacerze. Nie wiem jak on trafił, strach pomyśleć co czuł i przeżywał po drodze. I o dziwo bardziej uwierzyłam 5 latkowi niż paniom, które tego dnia opiekowały się dziećmi. Dobrze, że to było bardzo blisko i znał doskonale okolicę. Po tej ”przygodzie” rozstaliśmy się z przedszkolem.

    • Kochana dobrze. Dziękuję! Ale nie wiem co robić. No nie wiem. Czy to blogowanie jest fair w stosunku do Tosi? Czy to nie jest jakimś nadużyciem? Czy to w ogóle jest potrzebne? Nie wiem, myślę, zastanawiam się… Poza tym dużo się u mnie dzieje i tak nie po drodze mi tutaj. Choć wiem, że kto chce – szuka sposobu, kto nie chce – szuka wymówek… Może potrzebuję czasu. Zobaczymy. Również ściskam! :*

  • Ja też zaglądam regularnie, żeby sprawdzić czy nowy post się pojawił. Nie udzielam się często, ale czytam zawsze. Pozdrawiam i mam nadzieję, że jednak postanowisz wrócić, choć rozumiem Twoje rozterki :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.