Podaj dalej!

 

Koleżanka mi mówi, że ogród na wsi obsadzać będzie. Jarmużem i rokitnikiem na zmianę. Że ogórki kisi i różne dziwności robi. I że podobno ludzie tak na starość mają, ale co ja mogę o tym wiedzieć. A ja wiem tyle, że ten jarmuż przez internet zamawiam, bo nigdzie go dostać nie można. A domu z ogrodem nie mam i nie wiem, czy mieć będę. Bo nie wiem, czy chcę. W ogóle nie wiem, czego chcę. Stoję w miejscu. Stoję, choć wydaje mi się, że sens życia znalazłam, a i cel mam na ten rok postawiony. Ale właśnie dzisiaj nie wiem, czy ten cel jest słuszny. Za dużo myślę, za dużo analizuję. Jak zwykle… Znowu nic nie wiem i znów chmury burzowe kłębią się nad głową.

Wczoraj wieczorem pewna osoba posypała moje niewidzialne skrzydła magicznym pyłkiem. Myślałam, że mogę latać. Dzisiaj rano ta burza złamała mi skrzydła. Złamała mnie.

Pisze dziś do mnie pani Maria wychowująca córkę z dziecięcym porażeniem mózgowym. Nie ona pierwsza zresztą, bo jest jeszcze ta z synkiem, który biegać nigdy nie będzie. I ta, której matka alkoholiczka tydzień w swoich fekaliach umierała. I jeszcze jedna, której mąż odejść nie pozwoli, piekło w domu robi, a ona nie ma niczego, prócz dwójki małych dzieci i swojego smutku. Jest jeszcze taka z rakiem piersi. One wszystkie są moimi mistrzami. Pięknymi wojowniczkami…

I czytam te historie przez życie pisane i czuję, że grzeszę. Myślą i mową. Bo jakże mogę się załamywać? Jak mogę mieć chwile zwątpienia i smutku? Spójrz! – myślę. Są tacy, którzy mają gorzej. Piszą do Ciebie. Masz namacalny dowód ludzkich tragedii, które rozgrywają się tu i teraz, niemalże na Twoich oczach. Jak możesz?!

A mogę.
Właśnie, że mogę!
Też jestem człowiekiem.
Ze swoimi problemami.
Ze swoimi przemyśleniami…

Najbardziej nie znoszę, gdy ktoś mi mówi: „Za dobrze masz w życiu.” No i? Mam przepraszać, że nie mam źle? Że nie mam chorego dziecka, patologicznej rodziny, nie muszę żebrać pod kościołem, ani pracować w Biedronce? Przepraszać, że życie nie doświadczyło mnie tak, jak innych… Co za bzdura!

Przypominam sobie Lekcję 10. z „Bóg nigdy nie mruga” Reginy Brett: „Wujek Paul nigdy nie narzekał na los, który przypadł mu w udziale. Z pewnością podpisałby się pod zdaniem, że Bóg nigdy nie daje nam więcej, niż potrafimy udźwignąć. Niektórzy z nas potrafią znieść więcej, inni mniej. Nawet jeśli dostaniemy do dźwigania część nieba, nie będzie to ciężar. Będzie to dar”.

Nie wiem, na ile ludzie poszkodowani w życiu upatrują swojego nieszczęścia w darze od Boga, na ile w jego czystej złośliwości, a na ile w ogóle w tym, że zesłał je Bóg. Ale coś w tym jest, że jedni mogą znosić wiele z uśmiechem na twarzy, inni załamują się małymi sprawami.

Ale tacy już jesteśmy. Wszyscy różni, a jednak podobni, bo wszyscy ze swoimi prywatnymi nieszczęściami. I każdy z nas ma prawo do smutku. Do przeżywania swoich własnych tragedii na swój sposób.

Chodzi tylko o to, żeby te przeżycia szanować i wzajemnie się wspierać. Nie umniejszać czyichś problemów tylko dlatego, że nasze są tymi z górnej półki. Dla nas, w naszym mniemaniu. Zrozumiałam to już dawno temu dzięki mojej przyjaciółce, ale dopiero dzisiaj odniosłam do siebie. Dałam sobie przyzwolenie na bycie smutną. Z tymi moimi „małymi” problemami. Dałam sobie czas na oswojenie posępnych myśli.

Nie chcę mówić, że inni mają gorzej. Może inni mogą znieść więcej? To tak, jak z progiem bólu. Tylko ten mój nie jest fizyczny…

Bo to jest tak, że jedni mają chore ciało, a inni chorą duszę. I wszyscy muszą stawić temu czoła. Nie poddawać się. Walczyć. Bo „życie jest niesprawiedliwe, ale i tak jest dobre. Podaj dalej!” (Lekcja 1., Brett).

„I’ll just have to face the dark inside my head
’Cause there is nothing else to do, yeah
But it will never be the same again
After I’ll say fyah fyah…”
Sellah Sue

 

DSC_5201DSC_5256Untitled-4DSC_5263DSC_5241Untitled-6DSC_5216DSC_5218Untitled-7DSC_5197Untitled-3DSC_5194Untitled-2DSC_5203Untitled-1DSC_5288DSC_5286DSC_5148-2Untitled-5DSC_5145DSC_5190DSC_5217

 

20
33 Komentarzy w
“Podaj dalej!”
  • Przepiękne zdjęcia ! (zauroczyły mnie już na Insta , choć w tej większej formie jeszcze bardziej …) i piękne myśli ubrane w zgrabne słowa ! Cieszę się że do Was trafiłam – nie wiele znam blogów które czytam z takim zafascynowaniem … Ciepło pozdrawiam !

    • A ja się cieszę, że tu zbłądziłaś Martuś! I jeszcze zbłądziłaś z zafascynowaniem! ;) Miłej środy! :*

  • Ja Ciebie rozumiem. Sama mam skończone technikum, studia, a dalej nie wiem co ze sobą zrobić. Zbliża się wrzesień. Tak zbliża się :P dla mnie. Iga ( córka ) do przedszkola idzie. Ja nie wiem, czy iść na tzw. tymczasówkę byle gdzie, czy szukać do upadłego swojego powołania. Czy w zasadzie jest to powołanie do zawodu konieczne ? Czy trzeba wykonywać byle jaką robotę, by przeżyć. Czy nie można robić czegoś, co sprawia przyjemność ? Ale ja nawet nie wiem jaki zawód sprawiałby mi przyjemność.. Bo szkoła nie przygotowuje i nie nakierowuje de facto na to, co może być jednocześnie pracą i hobby.

    Sorki za rozpisanie, ale musiałam się wyżalić… :)

    P.S. Czego Malutka się przestraszyła ? :( Taką ma minkę przestraszoną :).

    • Oj możesz się żalić. W końcu musimy dawać sobie prawo do smutku i zwątpienia! :)
      Ja po studiach wiedziałam, co chcę robić. Akurat wtedy wiedziałam (i oczywiście nie było to związane z moimi studiami). Na bardzo krótko. Szybko mi się wszystko przewartościowało, zmieniło. Dzisiaj teoretycznie też wiem, co chciałabym robić, mam nawet wiele pomysłów, ale im więcej, tym gorzej, bo każdego jednego boję się bardziej! Ja, która zawsze pisała, że trzeba ryzykować, trzeba działać, bo to określa naszą wartość. Ja, która zawsze szła przez życie, jak przecinak. Stanęłam w miejscu i nie mogę ruszyć. Może to wiek, może dziecko, może się całkiem zmieniłam… A co do Ciebie, to rozumiem Cię dobrze. Uważam, że szkoła jest człowiekowi zbędna. Więcej by się nauczył w pracy, niż na uczelni. A nie każdy może studiować i pracować w jakiejś fajnej pracy, większość studentów zwyczajnie sobie dorabia, więc ma się to nijak do ich kariery… Ciężki klimat, ale Ty musisz sobie pomóc sama. Nikt Ci życia nie wymyśli, nikt nie powie, co masz robić. A szkoda – też bym chciała zrzucić na kogoś tę odpowiedzialność! ;) Trzymaj się i daj znać, gdy sobie wszystko poukładasz. A w ogóle to co lubisz robić, jakie masz hobby? Buziaki!

    • Hej, właśnie o to chodzi, że nie mam jakiegoś konkretnego hobby. Lubię robić zdjęcia, myślę, że nawet mi się udaje czasem zrobić ładne ujęcie. Z tym jednak wiążą się pewnego rodzaju koszty, z resztą sama dobrze o tym wiesz. Nie stać mnie na razie, żeby w to inwestować, ponieważ nie mam żadnych dochodów. Kiedyś hobby to była siatkówka, moja ukochana. Dalej mam sentyment do tego sportu, bo przetrenowałam większą część życia :). Jednak wtedy czułam, że to nie jest do końca moja droga, a teraz nie wiem w ogóle, dokąd chcę zmierzać, jaki plan ułożyć. Każdy mój pomysł wiąże się z wydatkami, na które nie mam kapitału.. :) I tak krąg się zamyka :)

    • Rozumiem Cię doskonale, bo moje plany też wiążą się z ogromnymi wydatkami i to, co pisałam, że nie wiem, czy chcę dom to kwestia wyboru właśnie. Czy się budować (oczywiście na kredyt – boję się!), czy zaoszczędzone pieniądze zainwestować w biznes, który przecież może nie wypalić – boję się! Wiecznie dylematy, ale jeśli nie spróbuję, to się nie dowiem… Ty masz trudniej, skoro nie masz kapitału w ogóle. Z tym, że do robienia zdjęć nie potrzebujesz na początek świetnego sprzętu, naprawdę! Ja dopiero niedawno kupiłam sobie sprzęt z pieniędzy unijnych (wzięłam dotację dla bezrobotnych), a tak uczyłam się na podstawowym, na jaki było mnie stać… A i powiem Ci, że niektóre dobre (myślę) zdjęcia robię obiektywem, który kupiłam za własną kasę i nie kosztował majątku. Do dzisiaj bardzo go lubię i używam. Podobno świetne zdjęcie można zrobić nawet telefonem, nawet są takie kategorie na prestiżowych konkursach foto! Może także powinnaś pomyśleć o jakiejś dotacji, dofinansowaniu? Ja zaryzykowałam, chociaż do dzisiaj walczę z rozliczeniem wniosku, ale dzięki temu mam sprzęt, którego prędko nie kupiłabym sobie za własne pieniądze. Ale przede wszystkim musisz się zastanowić, co chcesz robić (o matko, to najtrudniejsze, ciągle się nad tym zastanawiam, czy droga, którą chce obrać jest słuszna) i wtedy myśleć, co dalej. Mimo wszystko, to jest właśnie kluczem mojego tekstu. Każdy ma problemy, rozterki i dla jednych to pierdoły, a dla nas to masakra! I ja to doskonale rozumiem!!!

    • Wiedziałam o tych dotacjach, ale nie wnikałam w temat za mocno. Muszę się rozejrzeć ! Aparat jako taki mamy, więc z tym to nie problem. Improwizuję, działam intuicyjnie, zmieniam ustawienia też intuicyjnie. Co chwilę, gdy zrobię jakieś fajne zdjęcie, mąż pyta, jakie ustawienia zrobiłam, to odpowiadam, że nie wiem, bo zmieniam to, co wydaje mi się, że trzeba. :) Co do tego, że dla jednych to błahostka, dla innych koniec świata – święta racja ! I nikomu to oceniać. Fajnie, że jest ktoś, kto rozumie moje rozterki, problemy :). Dobrze, że skomentowałam :) Buziaki, dziękuję, pisz dalej ! :)

      P.S. Jak masz ochotę, możesz zajrzeć do mnie :).

  • Czytam trzeci raz. Tak ładnie napisane. Mądrze. Jak ja szukam takich treści. Tutaj zawsze znajduję.
    Chodzi o to aby wzajemnie się wspierać. To najważniejsze zdanie. Bo każdy z nas ma swoje historie. I mamy prawo do przeżywania ich w sposób, który nam odpowiada. Do swojego smutku i do swoich radości.
    Pięknie Mira piszesz. Zdjęcia bezcenne.

    • Tak, moja droga. Wspierać się. To słowo kluczowe. Kiedy Tosia była malutka, na podłogę spadł jej lód. Pierwszy, który jadła w życiu. Histeria z tego powodu była nie do opisania! To była dla niej taka tragedia, jakby komuś na oczach dziecko zamordowali, naprawdę! Nie mogłam jej uspokoić, takie emocje… To był dobitny przykład na to, że każdy przeżywa swoje smutki i tragedie na swój własny sposób i dla każdego tragedią jest coś innego. I naprawdę trzeba to uszanować i zrozumieć. Takie proste, a takim trudnym się wydaje… :*

  • No właśnie o podobnych rzeczach ostatnio myślałam. Żyjemy w zadaniowym świecie, gdzie efektywność, wynik i multitasking są wartością nadrzędną. Ci, którzy są melancholijni, potrąceni trochę głębszym widzeniem i urodzeni pod ciemniejszym słońcem, są po prostu nazywani nieprzystosowanymi, niepraktycznymi, niewykorzystującymi swojego potencjału. Bo ten trzeba wyciskać jak cytrynkę 24/7, innej drogi nie ma. Pozwól sobie na słabość, na smutek, na gorszą chwilę, na to żeby na przykład w niedzielę nie pić kawy i po prostu poczuć jak ciało męczy się naturalnie i dać mu odpoczynek w momencie gdy go potrzebuje. Nakręcenie powoduje przekręcenie, jak czasem sobie mówię pod nosem. ;) Ściskam cyfrowo !

    • Bardzo, ale to bardzo mi się podoba określenie: „potrąceni trochę głębszym widzeniem”. Tak, to ja! Potrącona i nieprzystosowana. Melancholijna do bólu… Nakręcam się swoją nostalgią. Taka dwubiegunowość we mnie, bo latem mi dobrze, błogo, słonecznie…

      PS. W niedzielę kawa to mus. Tośka dziwnie budzi się wcześniej, niż zazwyczaj ;)
      Całuję księżycowo! :*

  • Kilka dni temu oglądałam program o dziecku, które urodziło się z wodogłowiem. Jego głowa jest 3 razy większa niż reszta ciała. Lekarze nie dają mu żadnych szans. Czekają aż umrze. Ja poryczana, chociaż wiem, że wyłączę telewizor i wrócę do swojego życia, a matka tego dziecka spokojnym, łagodnym głosem mówi, że ona i mąż są z tym pogodzeni, bo Bóg największe nieszczęścia zsyła na tych, których najbardziej kocha. Zatkało mnie. Ja bym wyła z rozpaczy i szukała po całym świecie cudu.
    Każdy ma prawo przeżywać problemy po swojemu. Mniejsze, większe, ale własne.

    • Z tym Bogiem, to takie tłumaczenie, żeby nie zwątpić, nie odwrócić się. Nie wierzę w tę teorię ani trochę. Nic, a nic. Zazdroszczę ludziom, którzy mają w sobie tyle optymizmu, że potrafią to wszystko sobie wytłumaczyć. Tak, nie inaczej. Zazdroszczę i podziwiam…

  • Te skrzydła niewidzialne mają na szczęście to do siebie, że załatać je można – nadzieją, dobrym słowem lub czasem po prostu. Przesyłam Ci więc garść dobrego słowa i trzymam kciuki, żeby te problemy z biegiem czasu już tak bolesne nie były. Po prostu…

  • No właśnie, właśnie. Każdy ma prawo do swojego smutku, bo każdy człowiek jest światem. Niestety od najmłodszych lat tak czy inaczej jesteśmy zakodowni do porównywania, a porównywanie prowadzi koniec końców w dwóch jedynie kierunkach – albo do pychy, albo do frustracji. Żyjemy w świecie, w którym złe nastroje kiepsko się noszą. Dobrze nosi się pseudoamerykański keep smiling i sukces. A ja na przekór wszystkiemu też od czasu do czasu po prostu muszę popatrzeć do środka i powiedzieć sobie samej czule „witaj smutku”.

    • Ja się witam ze smutkiem zbyt często. Ale może naprawdę taka ta moja natura… Czekam na słońce, na letnie burze, na zapach asfaltu po tej burzy i śniadania na trawie. Zimę powinno się przesypiać. Choć wtedy nie spojrzałabym do środka, nie miałabym chwili na rozmyślania i nostalgie… Może ten czas to przekleństwo, a może błogosławieństwo…?

    • W mojej nie ma :)

      Od smutku w tym tekście ważniejsza jest świadomość, że można sobie na ten smutek pozwolić. O to mi chodziło. Nie pozwalamy sobie popełniać błędów, wstydzimy się ich. Wstydzimy się płakać, bo od razu myślimy, że przecież nie mamy prawa wylewać łez i się smucić, bo inni mają gorzej. A czy inni powinni nas obchodzić bezpośrednio? Czy powinniśmy budować swoje szczęście na czyimś nieszczęściu? Szczęścia i radości powinniśmy szukać w sobie, nie w czynnikach zewnętrznych. I powinniśmy pozwolić sobie na smutek, na oczyszczenie…

      Buziaki!

  • „Za dużo myślę, za dużo analizuję. Jak zwykle… ”
    I to jest kolejny ‚puzzelek’ do odpowiedzi na pytanie: dlaczego lubię do Ciebie zaglądać.

    Tak, chyba każdy ma swój plecak, swoją torbę, torebkę pełną kamieni. I musi je nieść, jakoś. Nawet jak na zewnątrz wygląda to inaczej, być może lżej.

    „… i tak jest dobre. Podaj dalej.” :)
    No to próbuję(my) podawać, w pierwszej kolejności do swojej ukochanej osoby, potem do naszych dzieci …. i dalej :)

  • I ja się smucę gdy mam taką potrzebę. To moje własne życie, moje własne problemy i moje własne smutki. Więc Cię rozumiem.

    • I nie mam już z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Bo to te wyrzuty właśnie powodowały jeszcze większy smutek. Bez sensu, prawda? A gdy sobie człowiek uświadomi, że ma prawo, że może, że przecież to jego życie i mu wolno, to od razu robi się lepiej! :) Ściskam Pati!

    • Nie ma sensu. Warto się oczyścić, bez żadnych wyrzutów sumienia… Ściskam czule Ciebie i Twój smutek. Choć dzisiaj może już lepiej? :)

  • W mojej głowie jest non stop natłok myśli. Próbuję je poukładać, założyć cele, ustalić priorytety, uporządkować marzenia. I codziennie coś nowego zaprząta moją głowę. Chociaż staram się dostrzegać to, że szklanka jest do połowy pełna, to często poddaję się chandrze i daję sobie prawo do narzekania. Mnóstwo we mnie empatii (tak myślę), ale sama też lubię być utulona i ugłaskana.

  • Również nie mogę się zgodzić z twierdzeniem, że „Bóg największe nieszczęścia zsyła na tych, których najbardziej kocha”. Według mnie to naginanie rzeczywistości pod wiarę, komuś może potrzebne by mieć siły na następny dzień, ale zdecydowanie nie dla mnie. Ja przede wszystkim wierzę w nieuchronność ludzkiego losu, przeznaczenie. Nie ma od nich ucieczki, bez względu na dorabiane ideologie. I można jedynie modlić się, żeby – parafrazując – Bóg nie dał nam więcej, niż potrafimy udźwignąć… :)

    Jestem mamą 3,5 letniego Saszy, który urodził się z wrodzoną wadą serca, ciężką i nieuleczalną. Mimo tej wady i dwóch operacji serca, dzięki Bogu, rozwija się normalnie i jest cudownym pogodnym dzieckiem, dumnym przedszkolakiem. Jego przyszłość to oczywiście wielka niewiadoma, ale czyż niewiadoma nie jest nieodłączną częścią każdego życia ? My nauczyliśmy się z nią żyć. Z tą oswojoną niewiadomą, staramy się z nadzieją patrzeć w przyszłość (i na rozwój kardiochirurgii !). Nigdy nie pytałam dlaczego właśnie mi urodziło się „takie” dziecko, nie gdybałam, nie dorabiałam ideologii. Nie robiłam tego również kiedy jesienią ubiegłego roku straciłam trzymiesięczną ciążę… Ktoś tam u góry ewidentnie testuje moją wytrzymałość, a ja mimo swojego twardego podejścia do życia, nie wiem jak długo jeszcze uda mi się nie zadawać pytań, nie gubić w milionach myśli i pokrętnych narracji.

    W ogóle to przepraszam za te dzikie zwierzenia, ale nie mogłam nie napisać. Swoim wpisem po prostu poruszyłaś we mnie jakąś strunę… Tak wpływać na ludzi za pośrednictwem tekstu – to niebywały talent.

    • Ale daj spokój. Nie masz za co przepraszać. To dla mnie ogromna radość, że chcesz się podzielić swoją historią. Każdy ma problemy, a rodzice chorych dzieci mają problemy niewyobrażalne. Ciągłe życie w strachu o dziecko, ciągła walka… Czytam teraz książkę Jodie Picoult „Krucha jak lód”. Przeżywam to ogromnie, razem z bohaterami… Nie wiem, czy Ci polecam, ale jak będziesz miała ochotę to przeczytaj http://lubimyczytac.pl/ksiazka/95894/krucha-jak-lod.

      Również straciłam dziecko, niestety wiem, co czujesz… Najgorsze jest to, że naprawdę boję się starać o kolejne…

      Dziękuję Ci za ten komentarz. Jest dla mnie bardzo ważny. Naprawdę! :*

  • Nieznośna lekkość bytu, co? Niby jest dobrze, dach nad głową, zdrowie, jakieś tam pieniądze, a coś nie gra… Każdy ma prawo do smutku i innych emocji, a to że ktoś ma gorzej nie znaczy, że ja mam skakać pod sufit od rana do wieczora, bo przecież „mam tak dobrze”.
    Zdjęcia… magia.
    Pozdrawiam serdecznie!

    • Och, dokładnie tak. Właśnie to mi w duszy gra. Bo mam jakiś blue month chyba. Cały czas wielka melancholia… Ale wiem, że to minie. Byle do wiosny! Ściskam! :*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.