Perfekcyjna Pani Domu

 

Obejrzałam wczoraj przypadkiem Perfekcyjną Panią Domu.

Jedna z uczestniczek była fatalną brudaską. Nie wiem dokładnie, jaki miała ze sobą problem (miała na bank, telewizor lubi problemy), ponieważ oglądałam program jednym okiem, ale była w totalnej rozsypce. Nie wierzyła w siebie, jej dom tonął w syfie. I nie chodzi o porozrzucane ubrania, czy niezmyte naczynia. Chodzi o prawdziwy brud, tłuste ściany, zarzygane dywany, jednym słowem koszmar!

Kobieta programu nie wygrała, nie szło jej zbyt dobrze robienie perfekcyjnego porządku, ale test białej rękawiczki trzymał mnie w napięciu! I to on przyczynił się do pewnych moich refleksji. Na etapie meblościanki i sztukaterii ją zdobiących, uczestniczka wypadła nieźle. Pogrążyły ją dopiero okna. Szyby i ramy pozostawiły na rękawiczce czarne ślady. Kobieta skrzywiła się, przyznała, że zapomniała o oknach i pewnie o wielu innych miejscach. Mimo tego, Pani Perfekcyjna powiedziała mniej więcej tak: „Te okna są bardzo brudne, ale i tak jestem z Ciebie bardzo zadowolona. To dopiero początek Twojej drogi, ale wierzę, że dasz radę”.

Słowa: „Jestem z Ciebie zadowolona, dasz radę”, szczery uśmiech zawodniczki w odpowiedzi na nie oraz widoczna na jej twarzy motywacja, na długo jeszcze pozostały w mojej głowie. I nieważne, czy reżyserowane, odgrywane, czy naturalnie prawdziwe, głupie, żenujące, do dupy. Chodzi o przesłanie!

Pomyślałam wtedy, jak takie pozytywne słowa kierowane do ludzi są ważne w naszym życiu. Jak istotne są pozytywne wzmocnienia w postaci pochwały, podbudowywanie kogoś w tych momentach właśnie, w których coś mu poszło nie tak. Nie po to, by fałszywie go pocieszyć, lecz aby dodać mu skrzydeł, zmotywować do pokonywania trudności, podbudować jego wartość. Bo przecież się starał! A że mu nie wyszło? Cóż, zdarza się!

Porażki są wpisane w nasze sukcesy!

I kiedy tak myślałam te swoje myśli, do głowy przyszły mi trzy kwestie. Jak traktujemy siebie nawzajem, jak rodzice traktują swoje dzieci i jak robią to nauczyciele w szkołach.

Od razu przypomniał mi się obrazek, który widziałam niedawno w internecie, przedstawiający ćwiczenie pisania ucznia z klasy pierwszej.

 

po sladzie

 

 

„Staranniej po śladzie! Musisz ciągle ćwiczyć! Nie spieszyć się! Temperować ołówek!”. I źle napisane litery ucznia zakreślone na czerwono. To cała informacja, jaką dziecko otrzymało od nauczyciela. W Japonii taki uczeń już by się wieszał w szkolnej toalecie. Dla pierwszoklasisty ten komentarz jest tak negatywny, że odechciewa się wszystkiego. Uczyć, pisać, żyć.

I tutaj dochodzę do wniosku, że ten nauczyciel powinien oglądać program Małgorzaty Rozenek (kto by pomyślał?) i wyciągać wnioski z jej zachowania i traktowania drugiego człowieka! Wiedziałby wtedy, że dziecko, ucząc się (czegokolwiek!), potrzebuje pozytywnej informacji (tego wzmocnienia) o swoich osiągnięciach, a nie tylko negatywnej krytyki.

Pamiętam swoją szkołę. I to, jak słabe oceny, na przykład za błędy ortograficzne, demotywowały mnie całkowicie. Bo i po co dobrze pisać, skoro i tak dostanę tróję, ponieważ robię byki!? Nie byłam w stanie tych błędów nie robić, ponieważ zbytnio skupiałam się na akcie tworzenia i przyjemności pisania. Nie widziałam błędów we własnych tekstach, a nie zawsze mama mogła mi sprawdzić wypracowanie. Nauczyciele skupiają się tylko na tym „jak ma być”. Nieważny człowiek, dziecko, jego chęci, zaangażowanie, może nawet talent! Ważny jest błąd. Błąd, który przecież zawsze można poprawić, nauczyć się…

Poza tym błędy popełniamy wszyscy na każdym kroku. I gdybyśmy mieli je tak sobie wytykać, to nie robilibyśmy w życiu niczego innego! Za mało skupiamy się na pozytywach i mówieniu dobrych rzeczy innym. Znajomym, obcym, po prostu ludziom. I tyczy się to właśnie relacji międzyludzkich, tyczy się też rodziców. Tych, którzy na przykład wymagają od dzieci samych szóstek (znowu te przebrzydłe oceny!), karcą za tróje, a nie potrafią pochwalić, bo ich zdaniem dziecko odnosi zbyt małe sukcesy. Nie rozumieją, że nawet mały sukces, to wielki sukces!

Jednak przede wszystkim tyczy się to nauczycieli. Ci ostatni mają nie tyle uczyć, co motywować do nauki. Albert Einstein mawiał: „Nigdy niczego nie nauczyłem swoich studentów. Stworzyłem im jedynie warunki, w których mogli się uczyć”.

I gdyby ponownie jakiś nauczyciel chciał mi napisać w komentarzu, że nie można inaczej, bo takie przepisy, bo to z „góry” idzie, bo wymagają, sprawdzają i rozliczają, to ja mu od razu tutaj, a nie na dole, by czasu i nerwów nie tracić, odpowiem słowami Marii Dąbrowskiej:

„Warunki są tylko warunkami, a człowiek jest aż człowiekiem”.

 

 

33
32 Komentarzy w
“Perfekcyjna Pani Domu”
  • Masz rację, że motywacja i pozytywne słowa są w życiu bardzo ważne. Tę kartkę widziałam i uważam, że nie jest to aż tka jednoznaczne. Chciałabym zobaczyć cały zeszyt albo jeszcze lepiej posłuchać tej nauczycielki podczas lekcji. Wtedy bym oceniła. Mogła napisać tak (tekst raczej skierowany do rodzica, bo dziecko sześcioletnie nie musi jeszcze umieć czytać), a podczas rozmowy zaznaczyć, że są pozytywy. Tego nie wiemy. Sama przeżywam to na co dzień i dopuszczam do siebie myśl, że poprawianie błędów i pewien rodzaj krytyki też jest mojemu dziecku potrzebny. Powiem szczerze, że sama nie chciałabym być ciągle chwalona, bo dla mnie często krytyka jest też dobrą motywacją, kopniakiem, ale takim, z którego można wyciągnąć pozytywy. Podobnie z dzieckiem: nawet jeśli ta nauczycielka jest tak fatalna jak pokazuje ta kartka, to my rodzice mamy za zadanie pokazać dziecku jego dobre strony, a krytykę pomóc przekuć w coś dobrego. Tak mi się wydaje. Ufff, rozpisałam się. W każdym razie mówmy sobie dużo dobrego, ale nie bójmy się też tej krytyki, bo gdyby perfekcyjna na początku tej delikwentki nie skrytykowała, potem nie byłoby tych pozytywnych słów…

    • Ola mylisz krytykę z dołowaniem. Poza tym nie ma tutaj żadnego pozytywnego wzmocnienia, jak chociażby uśmiechniętej buźki dla dziecka. I fakt, nie ma głębszego kontekstu, ale wydaje mi się zwyczajnie, że go nie było.

  • No właśnie wydaje się… Bo może nam się tylko wydawać, gdyż to jest tylko 1 kartka. Oczywiście nie bronię nauczycielki. Może faktycznie jest jędzą. Takich nie brakuje :P.

    • Ola, co Ty piszesz? Jaką jędzą? Ja nie zakładam złych intencji człowieka! Ja myślę, że oni wszyscy są wykształceni w starym systemie! Jeszcze linijką po łapach można dawać, bo na jedno wychodzi…

      Moja siostra miała teraz praktyki w szkole w pierwszej klasie. Wymyśliła genialny scenariusz do wprowadzenia literki „J”. A nauczycielka, w której klasie prowadziła zajęcia nie zgodziła się na jej pomysły, bo to „fanaberie”, a dzieci mają się uczyć literek i pisania z podręcznika i zeszytu ćwiczeń. Babka nie kumała, jak można nauczyć dziecko literki poprzez zainscenizowanie targu, na którym sprzedaje się jaja! Książka, książka i ćwiczenia! Dramat! A później PISZ WYRAŹNIEJ, ĆWICZ i tak dalej. A niech każde dziecko popełnia te błędy, niech się uczy, niech ćwiczy w szkole, a nie w domu, gdzie powinno rozwijać swoje hobby! Kurde, temat rzeka, polska szkoła jest smutna i tyle.

  • Oczywiście, że pozytywy są ważne. Chociaż przyznam, że mnie najbardziej „zmieniły” nagany.. Nie ciągłe, nie bezpodstawna krytyka, ale cela uwaga „w punkt” jest moim zdaniem ważna.
    A co do poprawionej strony – oczywiście wygląda to na przesadzoną srogość nauczycielki, ale jak dostaję od studentów (!) listy pdpisane tak, jakby pisali trzymając długopis w stopie, to aż żal, że nikt nie uczy kaligrafii. I nie są to pojedyncze przypadki dysgrafii – wygląda na to, że pół roku ma problemy z odręcznym pisaniem!
    A Perfekcyjnej Pani Domu, mówiąc szczerze, nie cierpię. Szczególnie, że sama ma ponoć opiekunkę do dzieci, sprzątaczkę i panią od gotowania… W takich warunkach łatwo być perfekcyjną :)
    Pozdrowienia!!

    • Ale my mówimy o dziecku z pierwszej klasy szkoły podstawowej. Serio myślisz, że takie dziecko zrozumie celną uwagę w „punkt”? Co innego, gdy mamy do czynienia z uczniem z liceum, czy na studiach, a co innego pierwszaczek! (Choć myślę, że pozytywne wzmocnienia potrzebne są wszystkim, bez względu na wiek). Komentarz nauczycielki był po prostu do dupy. Zero motywacji, totalna demotywacja do nauki pisania. Zero zachęty. A później się dziwić, że studenci pisać nie umieją ;)

      Co do Perfekcyjnej, to tylko program! Beznamiętnie do niego podchodzę. Wczoraj leciał i oglądałam kątem oka, marząc o tym, by nauczyć się tkać i szukając literatury na ten temat hehe. Nie obchodzi mnie, co ta kobieta robi w życiu, czy ma niańki, sprzątaczki, czy kochanki (nie wiem nawet, ale w końcu muszę wejść na Pudla! :D). Akurat test białej rękawiczki przykuł moją uwagę i skłonił do pewnych refleksji – tyle ;)

      Serdeczności i widzę, że zaczęłaś blogować! Mikromy mi się podobają i te okruchy i cząstki elementarne i a million little pieces także!!! :D

  • Jednak weszlam ;)
    I zgadzam sie z Toba, jesli chodzi o pozytywna motywacje. Zauwazylam to na przykladzie wlasnych corek. Staram sie zawsze doceniac male rzeczy i je chwalic, chociaz czasem bywam bardziej ostra. Wszystko zalezy w sumie od sytuacji.

    • Oj wiadomo, że rodzic musi być czasem ostry, bo przecież te bachory by nas wykończyły hahaha! Ale zdecydowanie lepiej na moją Tośkę działają wzmocnienia pozytywne. Zauważyłam, że nie warto wiecznie upominać dziecko, że coś zrobiło źle, lecz gdy zrobi to dobrze – na maksa to zaakcentować. Powiedzieć, że jest się dumnym i tak dalej. To działa! :D

  • Robię tak :( okropne to jest ale tak właśnie robię :( i nie będę pisać o zniecierpliwieniu, o „bo on potrafi lepiej, bo jest leniem”. Nie ma wytłumaczenia… Ale mi teraz źle przez siebie… Idę go potulać. Dziękuję Kochana!!!

    • Mówiąc mu, że jest leniem przyszywasz mu łatkę lenia. Mów mu jaki jest świetny, gdy coś dobrze zrobi, zobaczysz, jak bardzo się ucieszy, jak będzie chciał więcej i więcej. Wyczekaj momentu. Ja tak zrobiłam z Tośką. Motywowałam ją, przypominałam, a gdy sama to zrobiła – wybuchnęłam (właściwie to szczerą) radością! I to były dla niej emocje i ona to zapamięta, bo – pisałam o tym – dziecko najlepiej uczy się w emocjach! Nie ma co zmuszać, lepiej motywować! :)

      A co do zniecierpliwienia – ja też jestem niecierpliwa! Lucek mnie zawsze temperuje. Pracuję nad sobą, właściwie to nie tylko w tej kwestii. Nie ma co, nie jesteśmy idealne, ale pokaż mi idealną matkę. Chyba w snach! :D

  • Moje wnioski po latach w szkole? Za brak pracy domowej dostaniesz „pałę” i uwagę do dzienniczka. Za zgłoszenie się i udzielenie dobrej odpowiedzi: „dobrze, usiądź”.

  • Zgadzam się z Tobą w każdym zdaniu a przykład z nauczycielką idealny, ze względu na studia też miałam kontakt z uczniem i powiem szczerze rutyna i nuda systemu dobijała mnie a co dopiero ich….zero motywacji, zero wspierania, schematy, tabele, wytyczne… sama matura z języka polskiego w dniu dzisiejszym jest kpiną a super oddaje system myślenia naszego społeczeństwa chyba w większości myśl jak inni chcę żebyś myślał a będzie okey….

    • System jest może i nudny, ale jeszcze nudniejsi muszą być w takim razie nauczyciele. Skoro uczą w ten sposób! Że im się nie chce! Wolą usiąść i czytać podręcznik, zamiast zrobić coś fajnego, żeby mieć sukcesy, satysfakcję, żeby nawet szybciej czas zleciał, niesamowite!

      PS. Ja miałam to szczęście, że nie zdawałam nowej matury, aczkolwiek mój rocznik był nią „zagrożony”. Wiesz, że z każdego tekstu dostawałam 1 albo 2? :( Nie umiałam odpowiadać kluczem – kompletnie! Na całe szczęście okazało się, że jeszcze nie wprowadzą nowej. Stało się to dopeiro rok później. Lucky me!!! :D

  • Też jestem nauczycielem. Mam o tyle łatwiej, że prowadzę zajęcia indywidualne z dzieckiem. I oczywiście zgadzam się z Tobą w 100%. Pozytywne wzmocnienia dają dziecku siłę! Uczę gry na oboju, instrument jest piekielnie trudny, na dodatek przez kilka pierwszych miesięcy dzieci wydobywają pierdzące dźwięki z samego stroika. Potem wsadzając go w końcu do oboju gra się naprawdę ciężko. Moim zadaniem jest sprawienie, żeby to była przyjemność. Gdybym nie cieszyła się z nimi z każdego najmniejszego sukcesu po pół roku takiego pierdzenia w instrument mieliby wszystkiego dosyć i zrezygnowaliby ze szkoły muzycznej!!!

    • Ela, ale te dzieci same z siebie chcą grać na tym trudnym instrumencie? Niesamowite!
      Pograłabym, a przynajmniej bym spróbowała ;)

    • Różnie bywa. Zazwyczaj tak bardzo chcą chodzić do szkoły muzycznej, że jest im obojętne. Ja sama byłam właśnie takim dzieckiem. Nawet nie wiedziałam jak obój wygląda. Rzadko świadomie wybierają.
      Zapraszam do Częstochowy na lekcje :*

  • witaj Mira :)
    komentuje po raz pierwszy, chociaż czytam od dawna :) musze „wsadzić” tutaj pozytywne ziarenko pisząc, iż będzie się zmieniało na lepsze, czego dowodem je powstanie fundacji „Wychowanie do szczęścia” :) zapraszam Cię na jej stronę http://www.wychowaniedoszczescia.pl/ i gorąco pozdrawiam :)

    p.s. piękne zdjęcia robisz :) podziwiam :)

    • Dowodem zmian (namacalnym) jest też to, że niebawem powstaną budzące się szkoły. Niestety będą to tylko jednostkowe placówki pilotażowe. Ale miejmy nadzieję, że za kilka lat program obejmie więcej szkół.

      Cieszę się, że skomentowałaś pierwszy raz, Danuta. Komentuj więcej! :)
      Dziękuję i pozdrawiam! :*

  • Mój sześcioletni siostrzeniec po paru dniach w pierwszej klasie otrzymał czarną kropkę. Czarne kropy, tablica na której są wklejane. Strach w jego oczach, płacz, że nie chce wracać do szkoły. I choć moja siostra jest nauczycielem to często mówimy o tym. O braku motywacji, o niepotrzebnych przepisach. O tym, że to zawód dla wybranych, dla ludzi z pasją. Pozdrawiam Cię i czekam na kolejne wpisy.

    • To jest dramat! Rozumiem, że Twoja siostra poszła i zrobiła aferę w szkole!?! Ja bym nie darowała…
      Również pozdrawiam i ściskam! :*

  • I jeszcze coś. Mam wrażenie, że teraz każdy może być nauczycielem. Kiedyś na studia szła elita prymusów, ludzie z powołania. Teraz namnożyło się szkół, studiów itd. Kogo nie zapytam to po pedagogice, jakiejś. Kiedyś nauczyciel był najważniejszy, był wielkim autorytetem. Kilka jednostek we wsi. Teraz boję się kto będzie uczył mojego syna. Zdaje mi się, że większość z tych młodych dziewczyn w przedszkolach jest z przypadku. Z dyplomem szkoły, o której większość nie słyszała. A do tego zawodu trzeba mieć serce, podejście, pasję. Z resztą tak jak do każdego innego. I pewnie po części z tego wynika takie podejście do ucznia w szkole.

    • Każdy! I każdy może się w szkole zaczepić i w niej siedzieć do usranej śmierci, bo chroni go karta nauczyciela! Ale miejmy nadzieję, że ten system rodem z PRL-u wkrótce się zmieni! :)

  • W pierwszej chwili nie zrozumiałam obrazka. Potrzebowałam drugiego rzutu oka. Moim zdaniem te litery/znaczki są przepiękne. Połowa moich znajomych jak już odklei palce od tej czy innej klawiatury pisze dużo gorzej. I naprawdę można było sobie darować te czerwone kółka – graficzne klapsy za każde minimalne odejście od wzoru. I dlaczego na Boga nikt nie pochwalił autora pracy za to na przykład, że udało mu się skończyć ćwiczenie!Pomimo stępionego ołówka!
    Komentarz na dole uważam za totalnie zabijający tak naturalną dla dzieci radość płynącą z uczenia się. Nie kupuję też argumentu w jednym z postów powyżej, że to notatka dla rodziców, a nie dziecka. Nawet mój trzylatek nie omieszkał by zapytać co tam jest napisane. Sześciolatek sam sobie to przeczyta.
    Ja poszłam do szkoły mając lat 7 i 9 miesięcy. Czytałam już wtedy stustronicowe tomiszcza, bo nauczyłam sie czytać sama w wieku ok 5 lat. Pisać nie umiałalm w ogóle i moje zeszyty wygladały jak sowiecka flaga, a i komentarze były.
    Za to w bibliotece musiałam „zdawać egzamin” z treści każdej książki, którą oddawałam. Bo zdaniem Pani niemożliwe było, żebym tak szybko czytała. A tak czytałam. I nigdy przez lata edukacji nikt mnie za to nie pochwalił.
    Jak widać „stare małpy uczą młode”.
    Smutne to, że zmiany w polskiej szkole jeśli są to bardzo powolne i dotykajace tylko nielicznych „wysp szczęśliwości”
    Piękne jest, że jeszcze nielicznym się chce.

    • Pięknie to napisałaś M.! To, że zero komentarza, iż dziecko skończyło w ogóle zadanie – ten pierwszoklasista! Oni kształcą roboty, nie ludzi. Nie liczy się człowiek, tylko małpie wykonywanie zadania. Ja także uważam, że te literki są piękne i jeśli moja Tośka będzie tak pisać w 1 klasie to będę po prostu bardzo dumna!!!

      Ja Cię chwalę za to czytanie! Dobrze wiesz, że byłam w szoku, gdy w tydzień pochłaniałaś po kilka przepastnych tomów! Nie wiem, jak można tak szybko czytać. Gratulacje! :)

      Chce się niektórym, a ponieważ system będzie się zmieniał (to fakt, niedługo więcej szczegółów) to będzie się chciało większości. I niechże zniosą wreszcie tę kartę nauczyciela, bo ona chroni baranów! Te leniwe „stare małpy” – to nie obraźliwe, to cytat z Ciebie ;) No może „leniwe” jest obraźliwe, ale to sama prawda. Bo ci, którym się chce, nie będą potrzebowali karty nauczyciela. Oni sami się obronią!

      Buziaki!

  • Tekst odzwierciedla w stu procentach moje poglądy na ten temat. Aktualnie jestem w klasie maturalnej i to co widzę i czuję tutaj, w szkole – moim drugim domu to jedno wielkie marudzenie – na nas oczywiście. Tyczy się to zwłaszcza języka polskiego – przedmiotu, który moim zdaniem powinien nazywać się książkoznastwem, bo w sumie gramatyka i zasady systemu językowego ostatnio były w gimnazjum. Uwielbiam pisać, być twórczym – tworzę swoje wpisy, kilkukrotnie pisałem na łamach większych lub mniejszych serwisów, lecz co z tego? Mam w dzienniku same jedynki, które wynikają z tego, że nigdy nie zapamiętuje drobnych szczegółów w lekturach, „no ale Baaartku matura za pasem, jak ty chcesz ją zdać”. Szczerze? Przestałem sie jakkolwiek przejmować ocenami, z tego co pamiętam to one mają być motywacją, tak? Jak na razie żadna jedynka nie spowodowała większego zapału z mojej strony, ba utwierdziłem się w przekonaniu, żeby robić to co mnie rozwija, a nie to co mi narzucają. Pewnie, warto przeczytać Ferdydurke, ale na co mi w życiu znać drzewa genealogiczne bohaterów, to jaki kto miał dywan itd.
    Apogeum tego dziwnego dążenia do perfekcyjności poprzez krytykę było zdanie mojej nauczycielki: „Odwołuję zajęcia filmowe ze względu na to, że musisz mieć czas na naukę do matury, spójrz, masz same jedynki w dzienniku”. Facet specjalnie jeździł 300 km do małej miejscowości, żeby doszkolić nas z tej interesującej zdolności, z którą wiąże przyszłość, ale nauczycielka wiedziała lepiej co potrzebuje. Oceny i matura ważniejsze są od tego kim chce zostać… Wiesz co? Właśnie jestem w autobusie i jadę te 300 km za ostatnie kieszonkowe, nadal będę uparty, jestem człowiekiem, chcę robić to co lubię i sprawia mi przyjemność.

    • Doskonale Cię rozumiem. Liceum zniszczyło w zasadzie wiele z moich dziecinnych pasji. Jedynka za jedynką strasznie demotywowały. Matematyka i fizyka, które uwielbiałem jako dziecko stały się czymś, do czego zacząłem podchodzić z niechęcią i rezerwą. Ostatnio zastanawiałem się nawet, do czego potrzebne były mi te 4 lata w liceum, co z niego wyniosłem? Nie potrafiłem przytoczyć choćby jednej rzeczy. Zrozumiałem to jednak trochę później, dopiero na 3 roku studiów, które rzuciłem i oddałem się swoim pasjom. Była to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Trzymam kciuki!

    • Brawo za dojrzałość i odwagę w bronieniu swoich zainteresowań. Ja osobiście moje liceum wspominam też jako okres, który zabił we mnie kreatywność i odebrał mi pozaszkolne zainteresowania. I w moim przypadku wynikało to z umiejętności podporządkowania się systemowi. Bardzo mocno zakodowałam sobie w głowie zdania niby-motywujące ze strony moich nauczycieli, że trzeba się uczyć i osiągać wyniki na maturze w okolicach 100 %, bo w innym przypadku my młodzi z prowincji przegramy w konkurencji z ludźmi z dużych miast i nie dostaniemy się na wymarzone studia.

      Powodzenia w dążeniu do zrealizowania własnych marzeń, czasem na przekór systemowi

  • Jestem nauczycielką, uczę młodzież, ale bez różnicy, dzieciaki, to dzieciaki. Każdego dnia, ba, nawet po każdej przerwie powtarzam sobie jak zaklęcie, żeby pamiętać o chwaleniu. Naprawdę, dopiero się tego uczę, pewnie jeszcze będę długie lata. Bo ja byłam taka trochę „Ładnie, ale musisz się postarać!” ale całkiem niedawno postanowiłam zmienić sposób, bo był do bani…dzieciaki się nie uczyły, na złość, do czego otwarcie się przyznały (ile ja się od nich uczę!) Zaczęłam chwalić. i efekty mnie zaskoczyły niesamowicie. Tak, jak piszesz, pochwała to najlepsza motywacja! Jak to czasem trudno, kiedy wypracowanie nie na temat i błędów masę i pismo niestaranne i jeszcze na uciapanej kartce. Za co pochwalić? że napisał w ogóle!! Uczę się tego chwalenia, szukam w tych moich dzieciakach ciągle mocnych stron. Są efekty, więc nie przestanę, ale kurczę, ile się czasem trzeba pogłowić za co tego ucznia pochwalić!

  • A wystarczyłoby tylko te ładne litery zakreślić na zielono. I napisać na ich temat pozytywny komunukat. Od razu uczeń wiedziałby na czym ma się wzorować :)

Odpowiedz na „Flow MumAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.