Martwi za życia

 

Minął weekend zaduszny. Czas zadumy i wspomnień tych, którzy odeszli.

I z jednej strony dobrze, że jest taki dzień, który tym wszystkim mającym za małe serca, by pomieściły miłość i pamięć o zmarłych bliskich na co dzień, przypomina o nich straganami z tandetnymi świeczkami i akcją „Znicz”. Dobrze, że choć w ten jeden dzień poczują się lepsi i bardziej ludzcy. Pójdą, odbębnią tradycyjny obowiązek, postoją nad grobem, wyjmą zapałki i podpalą knot za dwa złote. Może nawet dokupią kwiatki. Z drugiej strony to smutne, że niektórzy potrzebują właśnie tylko tego jednego dnia, by uczcić pamięć zmarłych. Pozostałe 364 dni mają zmarłych w poważaniu. Takich ludzi nie brakuje. Nie brakuje także tych, którzy każdego dnia pielęgnują obraz bliskich, będących już po tamtej stronie. I to jest najpiękniejsze.

A ja w taki dzień jak Święto Zmarłych myślę o tych żywych. Myślę o sobie. Może to egoistyczne, ale położenie zmarłego dziadka, czy babci już się raczej nie zmieni. Z największym z możliwych szacunkiem dla nich – ich już nie ma, nie wrócą, nie zmartwychwstaną. Bo oprócz powszechnej w Polsce wiary w jednego faceta, jeszcze nikomu się to nie udało, a przynajmniej nikt nie zrobił takiej furory jak Jezus.

[Od razu wyjaśniam oburzonym: dla mnie Jezus, jak i Bóg to fajni faceci, z którymi można na luzie pogadać wieczorem na kanapie, jak i na ławce w parku. Zrozumiałam to dzięki pewnym zakonnikom, którzy traktują wiarę na luzie i z humorem, bez spinania pośladów. I taki obraz Boga, który stworzył człowieka na swoje podobieństwo, bardzo mi odpowiada. Ja też jestem wyluzowana i wierzę, że Bóg ma ogromne poczucie humoru i wielką tolerancję dla debili.]

Wracając do zmarłych. Im nic już tchu nie wróci. Ale co z tymi martwymi za życia? Ilu z nas żyje tak, jak naprawdę by chciało? Ilu z nas żyje pełnią życia i w dniu ostatecznym będzie w stanie powiedzieć, że przeżyło je naprawdę, a nie jedynie wegetowało?

W taki dzień jak 1 listopada powinniśmy wyjątkowo myśleć o sobie! O tym, czy robimy wszystko, by nie wpędzić się do tego grobu, który odwiedzamy w piękne sobotnie popołudnie. O tym, czy jesteśmy wystarczająco dobrzy dla ludzi, by – kiedy nas zabraknie – zapalili nam świeczkę, choćby taką wyimaginowaną – w sercu.

W ten weekend, odwiedzając groby: babci, którą znałam, która nie doczekała dnia, by poznać swoją wnuczkę i brata Lucka, którego nigdy nie widziałam na oczy, a czuję, jakby cały czas był z nami (dziwne, nie?), myślałam o sobie. O swoim życiu, o życiu swojej córki i wszystkich mi bliskich. Myślałam, jak to wspaniale mieć rodzinę. Spotkać się, pośmiać, ponarzekać, pokłócić. Jak to wspaniale, że mamy taką możliwość! Pokłócić się – tak właśnie!

Myślałam o przyjaciołach, tych co są i tych co byli, ale nasze drogi się rozeszły. A może jeszcze kiedyś się zejdą – nie wiadomo, póki żyjemy wszystko jest możliwe.

Myślałam o tym, jak tracimy nasze życie na pierdoły. Na zbędną konsumpcję i siedzenie w necie. Swoją drogą ciekawe, czy Bóg ma Facebooka…

Myślałam, jak kruche jest życie i jak prosta jest droga, by trafić tam, gdzie chodzimy palić znicze tym, którzy nie zobaczą już słońca. Nie poczują słodkiego całusa od ukochanej osoby na dzień dobry. Nie zjedzą czekolady, nie wypiją wina. Nie będą tańczyć w deszczu i biegać boso we mgle. Nie zobaczą, jak dorastają ich dzieci, czy wnuki. Nie będą już mieli okazji pokłócić się z panią w urzędzie, zakląć na mandat i pięć punktów, wyzwać szefa od najgorszych, trzasnąć drzwiami matce przed nosem, zerwać z chłopakiem i obżerać się lodami pod kocem w dizajnerskie romby.

To wszystko zarezerwowane jest dla żywych. Dla nas. Wszystkie rzeczy, dobre i złe, które nas spotykają, to nasze życie. Warto zastanowić się, czy naprawdę jest ono takie straszne, że tak często je przeklinamy? Czy naprawdę mamy czas, by kłócić się z bliskimi? Czy mamy czas, by odwlekać mówienie im, jak bardzo ich kochamy?

Przecież jutro może ich nie być. Nas może nie być. Każdy dzień powinien być piękny i my powinniśmy o to zadbać. Otaczać się ludźmi dobrymi, którzy chcą naszego szczęścia. Sami sobie to szczęście dostarczać. Uczyć siebie i swoje dzieci nie tylko jak żyć, ale jak żyć szczęśliwie! To największa sztuka! Większa od zdobycia czerwonego paska na świadectwie, kolejnego awansu, czy podpisania kredytu na nowe mieszkanie.

Sztuką jest w dzisiejszym świecie znaleźć czas dla siebie, dla bliskich…

A kiedy już się go znajdzie, warto wykorzystać na tyle dobrze, by zapalając kiedyś świeczkę na rodzinnym grobie, bądź leżąc na łożu śmierci, nie płakać z żalu, że się czegoś nie zrobiło. Lecz płakać dlatego, że już się więcej tego nie zrobi.

Tak, święto zmarłych jest bardzo potrzebne. Najbardziej tym żywym.

 

 

23
32 Komentarzy w
“Martwi za życia”
  • W takie dni jak Zaduszki też mam skłonności do autorefleksji oraz rozmyślaniu o Bogu, a o nim mam zupełnie identyczne zdanie jak Ty. Pozdrawiam :)

  • Sporo prawdy w tym co piszesz. Choć pewnie dla wielu bardzo wywrotowo.
    Raz w roku cała Polska nadyma się i bardzo poważnie podchodzi do sprawy. Dlatego lubię zrobić wtedy tę głupią dynię, zrobić coś w domu razem, postawić dla odmiany na życie.

    • Bo często ciężko ludziom przyjąć coś na luzie, bez spięcia pośladów. Nad wszystkim trzeba się modlić właśnie, a nikt nie rozumie, że w tym wszystkim chodzi o jedno – być dobrym człowiekiem.

  • My Święto Zmarłych spędziliśmy bardzo przyjemnie. Leniuchowaliśmy – ja mąż i córka. To był dla nas dzień odpoczynku po całym tygodniu, dzień który mogliśmy spędzić tylko ze sobą.

    Jeśli miałabym wybrać się na cmentarz, tak żeby tradycji stało się zadość, poszłabym dzisiaj. Jest piękny dzień, nie będzie tłumów, właściwie to przypuszczam, że będzie całkiem pusto. Ale chyba nie pójdę, wybieram się z córką do parku, póki wszystkie liście nie spadły z drzew.

    Bardzo dobry tekst, zazwyczaj mogę liczyć, że u Ciebie przeczytam coś mądrego i prawdziwego. No i przeczytałam :)

    PS: Twin Peaks to jeden z moich ulubionych seriali :)

    • Och, Kochana, chyba nie zawsze… Nie da się zawsze mądrze, choć da się zawsze prawdziwie, bez udawania. Bo i po co udawać, skoro wszyscy jesteśmy z tej samej gliny i mamy podobne problemy. Nie mam zamiaru niczego kreować, nie mam na to czasu, ani chęci. Zamiast tego wolę włączyć sobie Twin Peaks właśnie!!! Kocham miłością dozgonną i co lepsze, będzie reaktywacja! Nie mogę się doczekać!

  • Od jakiegoś czasu staram się celebrować każdy dzień, każdą chwilę z Maksem. Choć to wcale nie jest takie proste, zwłaszcza gdy plany zmieniają się z minuty na minutę. Ale uczę się tego, bo ostatnio życie trochę na zbyt dużych obrotach, więc uczę się – usiąść, odetchnąć, zapatrzyć się w ten uśmiech. Znaleźć chwilę w tym całym naszym niedoczasie.

  • ” I z jednej strony dobrze, że jest taki dzień, który tym wszystkim mającym za małe serca, by pomieściły miłość i pamięć o zmarłych bliskich na co dzień, przypomina o nich straganami z tandetnymi świeczkami i akcją „Znicz”.

    Przepiękne to zdanie. I trafione w dziesiątkę Kochana .
    Ilekroć mam ciężki okres idę na cmentarz do babci i dziadka. I chociaż dziadek chodząca dobroć – ja Jego ukochany „Piniulek ” , to stojąc nad ich wspólnym grobem, swoje smutki częściej kieruję do babci. Myślę, co by zrobiła, co powiedziała. I chociaż za życia różnie między nami bywało, bo charakterna kobitka z niej była, to co raz częściej myślę o tym ile siły i chęci walki o lepsze jutro , swoją postawą i nastawieniem do świata , właśnie ona mi przekazała. I choć nie wszystko chciałam wtedy przyswoić i przyjąć do wiadomości, ba odrzucałam wiele poglądów i czasem kłóciłam się z nią zaciekle, broniąc swych racji, myślę o tym jak bardzo mi Jej brakuje. Jej siły, Jej wiary, w to, że musi się udać, że mogę wszystko, jeśli tylko bardzo tego pragnę. Wraca to do mnie ilekroć idę na cmentarz. Bo właśnie ona jak nikt inny pokazała mi, że w życiu zawsze warto walczyć o swoje. Że czasem nie pozostaje miejsca na nic prócz egoizmu…
    Właśnie dlatego stojąc nad Jej grobem niezmiennie popadam w zadumę, w zadumę nad życiem , nie śmiercią, bo tak jak napisałaś, bliskim , którzy odeszli już nic nie pomoże, a najlepsze co możemy zrobić my, Ci co zostali to……. żyć .
    W tym roku, pierwszy raz , stojąc nad kolejnym już grobem ogarnął mnie bezgraniczny smutek i pomyślałam jakie to straszne , że jeden po drugim odchodzą Ci, którzy pamiętają Cię jako małą dziewczynkę …. A zaraz potem ten przebłysk nadziei, że jednak życie jest warte tego, żeby je przeżyć ciekawie, że jest nieprzewidywalne , to prawda a jednocześnie piękne w swej prostocie…. I pomyślałam, że jednak jestem szczęściarą, bo… bywam szczęśliwa.
    Może nie zawsze i nie z każdym, ale jednak, a to wydaje mi się więcej niż mogłabym pragnąć. Czy to źle, że cieszy mnie każdy bezinteresowny przejaw sympatii, uśmiech mojego męża, małe rączki na mojej szyi i to, że jeszcze nie zima ale już zaraz…
    I lubię życie na prawdę, chociaż czasem porządnie daje mi w kość…
    Jak to mówią liczy się tylko tu i teraz, ale czasem w dzień taki jak ten, warto obejrzeć się za siebie, choćby na chwilkę, aby sprawdzić, czy w natłoku zajęć i obowiązków, nie zgubiliśmy, nie zostawiliśmy za sobą czegoś bardzo fajnego, a czasem po to ażeby przypomnieć sobie, jacy kiedyś byliśmy…. dla tych co odeszli , dla tych co zostali, a przede wszystkim , jak napisałaś, jacy kiedyś byliśmy dla siebie….
    I chciała bym jak Szymborska , zawsze myśleć o życiu w ten sposób :
    „Życie – jedyny sposób, żeby obrastać liśćmi, łapać oddech na piasku, wzlatywać na skrzydłach, być psem, albo pogłaskać go po ciepłej sierści, odróżniać ból od wszystkiego, co nim nie jest, mieścić się w wydarzeniach, podziewać w widokach, poszukiwać najmniejszej między omyłkami. Wyjątkowa okazja, żeby przez chwilę pamiętać, o czym się rozmawiało przy zgaszonej lampie, i żeby raz przynajmniej potknąć się o kamień, zmoknąć na którymś deszczu, zgubić klucze w trawie, i wodzić wzrokiem za iskrą na wietrze, i bez ustanku czegoś ważnego nie wiedzieć.”

    Pozdrawiam Cię cieplutko i pisz pisz częściej, bo chłonę wszystkie Twoje teksty jak gąbka …

    • Kochana, za tak piękny komentarz chciałabym Cię uścisnąć! Musiałam usiąść jak czytałam pierwszy raz na telefonie i dostałam gęsiej skórki, bo te mądre słowa, że bywasz szczęśliwa, bo tak właśnie jest, że bywamy szczęśliwi, a nie jesteśmy cały czas! I to, że lubisz życie, choć w kość daje – jakie to wszystko mi bliskie dzisiaj, kiedy po długiej walce odzyskałam spokój ducha i jest mi zwyczajnie dobrze! Dziękuję Ci za te piękne słowa i za Szymborską, którą lubię bardzo! ♥

    • Gdzie mi tam do Ciebie …ale łechcą moją „pisarską ” próżność Twoje słowa oj łechcą hi hi hi. Dziękuję i całusy ślę dla wyjątkowej dziewczynki o wyjątkowym imieniu Antonina …

  • Zgadzam się co do podejścia do życia – przeżywania go w dobry sposób.
    Trochę mnie bawi natomiast powtarzanie określenia „Dzień Zmarłych” – ten termin był narzucany w czasach „słusznie minionych”, byleby nie użyć właściwego terminu – „Dzień Wszystkich Świętych” w myśl zasady, by wyrugować ze świadomości Polaków właściwe nazwy świąt katolickich i zastąpić je nazwami „świeckimi”: Gwiazdka zamiast Bożego Narodzenia, Dzień Zmarłych zamiast Dnia Wszystkich Świętych , etc…
    A gdyby spojrzeć na Dzień Wszystkich Świętych przez pryzmat wiary, to wiedzielibyśmy, że z jednej strony wspominamy szczególnie w tym dniu tych, którzy odeszli, a z drugiej – jest to też przypomnienie sobie o opiece, którą roztaczają nad nami święci, o drodze człowieka ku świętości, jest to chwila na refleksję nad naszym życiem – jak je przeżywamy właśnie.

    • Ania wiesz co, ja kompletnie nie myślałam nad tym, nie pisałaś świadomie Święto Zmarłych, tylko ot tak, po prostu! Więc nie ma tutaj ukrytej niechęci do święta, czy nazewnictwa – nic z tych rzeczy! To chyba tylko moja ignorancja, ale cudownie, że mnie uświadomiłaś! Myślałam, że to jakiś zamiennik – jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Uwielbiam, gdy nie tylko ja mogę czytelnikom coś przekazać, ale także oni mnie. Dziękuję!!!

    • Nie zakładałam ukrytej niechęci z Twojej strony :)
      Cieszę się, że komentarz się „przydał” :)

    • Jest dzien Wszystkich Swietych (1.11.) i Dzien Zaduszny (2.11.). Malo ludzi deklarujacych sie jako wierzacy wie, co to za swieta. Wieksza moc ma tradycja i obowiazkowa obecnosc na cmentarzu 1 listopada.
      I przekonanie, ze WSZYSCY musza do kalendarza swiat religijnych dostosowac sie. Nie musza.
      Chcialabym, by ludzie wierzacy zaczeli szanowac niewierzacych i nie ustalali swoich zasad dla WSZYSTKICH.

      Mira, piekne przeslanie tekstu …

    • Dla mnie nie ma znaczenia, jak się nazywa to święto, ale jeśli nazwa jest Wszystkich Świętych, to mogę takiej nazwy używać, ale w sumie się z Tobą Marielle zgodzę, że dlaczego niewierzący muszą używać nazw religijnych? Niech każdy sobie mówi jak chce! (Ale takie przygody to chyba nie w Polsce).

    • Mira, takie „przygody” moga sie odbyc, jesli zacznie sie … od siebie. Miejsce zamieszkania nie bedzie mialo juz wtedy wiekszego znaczenia.
      Pierwszy raz „zwolnilam sie” z obowiazku bycia na cmentarzu 1 listopada ( nie licze, ze nie moglam, bo powinnosc w glowie byla). Przez lata nie przymuszaly mnie polskie tlumy i rodzina. Mialam „przymus tradycji”.
      Przymus nauczenia Dziecka tradycji.
      Nie uswiadamiamy sobie, jak wielka jest to dominacja. Nawet, gdy zapadly decyzje zycia bez bogow i religii.
      Mialas przymus, czy potrzebe pisania o przemijaniu na poczatku listopada?
      Wpis „ksiezniczki w kaloszach” jest mi najblizszy.

    • Poczekaj, bo nie rozumiem. Będąc na cmentarzu w niedzielę, zaczęłam zastanawiać się nad swoim życiem. O tym jest post. Nie miałam żadnego przymusu. Raczej nikt mnie do niczego tutaj przymusić nie może. Spisałam swoje przemyślenia o tym, że odwiedzamy groby zmarłych, a sami jesteśmy często martwi za życia. Więc tak, chyba nie rozumiem co piszesz, wyjaśnij proszę kochana!

      Co mam zaczynać od siebie? Jeśli chcę, to idę na cmentarz, ubieram choinkę (uwielbiam to!), piję kawę rano (to też moja tradycja ;)), jeśli nie to nie. Tu nie ma co zaczynać od siebie i się od tradycji odcinać. Tu chodzi o tolerancję, a nie tradycję…

      PS. Ja lubię tradycje i sama żałuję, że nie potrafię często ich celebrować, że tego nie robię i nie uczę mojego dziecka. Ale to właśnie przez to, że tradycja jest kolejnym krokiem do zniewolenia, a ja w miarę możliwości chcę czuć się wolna (to nie jest nigdy możliwe, dopóki nie zrobię sobie Into The Wild). Co nie zmienia faktu, że uważam, iż tradycje dają w życiu sporo funu.

    • To kontynuacja watku zaczetego przez Anie. Rozmowa, nie jedna zamknieta wypowiedz.
      W tradycji dla mnie jest wiecej zniewolenia, niz przyjemnosci, wiec pilnuje, by nie zyc z religijnym rozkladem jazdy.
      Dla zasady, DLA SIEBIE.
      Nie moze byc tolerancji, jesli nie zaczne od siebie. Co chce, co jest tylko moje, a co razem z innymi, a co na pewno nie.
      O swiadome zycie chodzi, czego tradycja nie ulatwia.

    • Mirelle, nie za bardzo Cię rozumiem i Twoje zarzuty, szczególnie te o brak szacunku dla niewierzących (naprawdę wyczytalaś to z mojego komentarza?).
      Pierwsza rzecz – pisałam o Dniu Wszystkich Świętych i często używanym terminie Święto Zmarłych, między innymi dlatego, że wiele osób myli te terminy, ale też dlatego, że jak się spojrzy na Dzień Wszystkich Świętych przez pryzmat wiary, to wtedy bliżej mu do refleksji Minimaliv, a już na pewno nijak mu do samego „odbębniania” (bo tak trzeba) wizyty na cmentarzu. O Zaduszkach nie pisałam, ale TAK, wiem, co to za święto.
      Nie wiem więc za bardzo skąd wysnułaś wniosek o „przekonaniu, że WSZYSCY muszą do kalendarza świąt religijnych dostosowywać się”? Serio wynikało to z mojej wypowiedzi?? Nie zmuszam nikogo do dostosowywania się do kalendarza świąt religijnych – czy to będzie Dzień Wszystkich Świętych, czy Boże Narodzenie. Jeśli nie wierzysz i nie chcesz obchodzić – nie obchodź, to Twoja decyzja i Twoja sprawa. Mi nic o tego. Nie wmawiaj mi zatem przekonań, których nie wygłaszam i nie wrzucaj wszystkich do jednego wora. I tak samo – jeśli ktoś chce obchodzić dane święta ze względu na tradycję a nie wiarę – to też jego sprawa i ma do tego pełne prawo. Ja obchodzę, bo wierzę (choć tradycje lubię i podobnie jak Minimaliv lubię je celebrować, ponadto – przyjmuję je świadomie) i to też jest moja sprawa i mój wybór. Ale fakt, że jestem osobą religijną nie musi pociągać za sobą wniosku, że na pewno uważam, że wszyscy powinni się dostosować do kalendarza świąt religijnych i że nie szanuję osób niewierzących (!).
      Podsumowując: pisałam o „nazwach” święta obchodzonego 1 listopada, bo wydaje mi się, że a) jeśli się spojrzy na ten dzień jako Dzień Wszystkich Swiętych, to serio, nie ogranicza się on do gnania na cmentarz „bo tak trzeba”; b) nie każdy wie, kiedy i dlaczego zaczęło być rozpowszechniane sformułowanie „Święto Zmarłych”.
      Ale jeśli Cię tak razi nazwa religijna – nazywaj ten dzień jak i każde inne święto jak chcesz, bo – znów – jest to Twoja decyzja. Ale proszę – daruj sobie uogólnienia i wkładanie ludziom w usta przekonań, których nie mają. Ludzie są różni i w większości całkiem dobrzy. A wierzący to tacy sami ludzie jak wszyscy inni.

    • Aniu, w zadnej ze swojej wypowiedzi nie wymienilam Twojego imienia, ani nie nawiazalam do Twojej wypowiedzi. Dialogowalam z Mira, choc pod Twoim pierwszym wpisem. Wszystko o czym napisalam dotyczy MNIE i MOICH mysli, doswiadczen, decyzji.
      Z Twoja ostatnia wypowiedzia nie zgadzam sie. Zyjemy wedlug kalendarza religii chrzescijanskich, poczynajac od okreslen czasowych (2014 po narodzeniu Jezusa), po kolejne swieta, ktore sa dniami wolnymi od pracy i proby ustalania prawa dla wszystkich, choc dotycza zasad dla ludzi religijnych (in vitro, aborcja, eutanazja).
      Nie ma szacunku i tolerancji po obu stronach ( choc jakby glosniej o nie szanowaniu uczuc religijnych , niz nie szanowaniu racjonalnosci ateistow). Choc sa osoby, ktore zyja swiadomie i szanuja innosc.
      Tradycja nie zacheca do myslenia. Religia zakazuje myslec.
      Ja lubie myslec i zyc swiadomie.

    • Marielle, bo w Polsce nie ma rozłamu państwa od Kościoła. A w sumie mogłoby być jak w Niemczech, gdzie na wszystkich ochrzczonych nałożono obowiązek płacenia podatku na Kościół. Nagle mnóstwo osób z Kościoła się wypisało (tam apostazja jest możliwa), bo nie wierzy, a było zapisanych w księgach. Dlatego myślę, że chrzest powinien być dla ludzi dorosłych, świadomych swojej wiary i przynależności do Kościoła.

    • Mirelle, po pierwsze , to Twoje słowa:”To kontynuacja watku zaczetego przez Anie.”
      Po drugie, znów uogólniasz, nie mam specjalnie sił i ochoty kłócić się o każde słówko, wskazywać, że stosujesz zasadę odpowiedzialności zbiorowej za taki a nie inny stan rzeczy, etc. etc…
      Po trzecie, już nawet się nie oburzę choć obrażasz mnie i moja wiarę mówiąc, że religia zakazuje myśleć – pozostaje tylko się roześmiać. Szkoda czasu na dyskusje prowadzoną w podobny sposób.

    • Mira, Polska nie jest panstwem katolickim. Konstytucyjnie. Moca tradycji jest. Apostazja jest mozliwa, choc „posrednikiem”jest ksiadz a nie urzednik sadu, jak w Niemczech.
      Chrzest dzieci jest naduzyciem, ale nie chce rozpoczynac kolejnego watku, by nie urazic uczuc religijnych Twoich czytelnikow.
      Aniu, swoimi wypowiedziami potwierdzasz moje doswiadczenia z kontaktu z ludzmi religijnymi.
      No i nie jestem Mirelle.

    • Rzeczywiscie, wybacz zatem pomyłkę w imieniu, nie zauważyłam! Ty natomiast wydajesz sie potwierdzac moje doświadczenia w kontaktach z osobami niewierzącymi,ale najmądrzejszymi oczywiscie w kwestiach religii, wiary, nieprzychylnymi wzgl osób wierzących. Specjalnie piszę „wydajesz się”, bo w przeciwieństwie do Ciebie, ja póki kogoś nie znam i nie porozmawiam z nim na spokojnie, to go nie oceniam ostatecznie i nie szufladkuję. Generalnie, staram się dobrze myśleć o ludziach. Nic o mnie nie wiesz,ale już mnie ocenilas i szufladkujesz. Brawo! Tak dalej!

    • Aniu, jesli to mozliwe przeczytaj (bez emocji) wypowiedzi swoje, Miry i moje. I pomysl.
      Powtorze, nie oceniam CIEBIE, tylko ustosunkowuje sie do tego, co piszesz..
      Nie jestem ignorantka religijna. Mam i wiedze, i doswiadczenie.
      Kazda religia jest irracjonalna, dlatego z racjonalnoscia i mysleniem nie ma nic wspolnego. Opiera sie na wierze
      i dogmatach. Wszystkim, co w czlowieku emocjonalne, nie rozumowe.
      Zarzucasz mi obrazanie Ciebie i religii. Nie mialam takiej intencji, ani moje napisane slowa nie potwierdzaja Twoich
      odczuc. Nie czuje sie odpowiedzialna, ze zamiast pomyslec, caly czas obrazasze sie, ze inaczej mysle i nazywam..
      Jest mi przykro,ze zamiast racjonalnej rozmowy, sa z Twojej strony tylko emocjonalne wybuchy.

    • Hmmm,nie obraziłam się póki co więc chyba zle odbierasz moje wypowiedzi, przykro mi. A juz napewno nie obrazam sie o Twoje poglady, bo sa… Twoje. Mi nic do tego. I nie bylo z mojej strony „wybuchow”(czyli sprowadzilas moj udzial w rozmowie do czysto emocjonalnych zagran?hmm…), ale proba rozmowy i – w koncu-protest na sposob w jaki Ty pisalas do mnie. Ale napewno nie obrazanie sie. Tez mi przykro,ze w odczytywaniu moich wypowiedzi zabraklo Ci chyba dobrej woli i zrozumienia o czym pisze.
      W zwiazku z tym wydaje mi sie, ze dalsza nasza dyskusja nie ma raczej sensu.
      Pozdrawiam

    • Gdy jest przekonanie tylko o swojej dobrej woli i widzi sie brak takowej u rozmowcy. Lepiej dwa monologi zakonczyc.

  • Jak zawsze świetny post, cieszę się że trafiłam na twój blog. Rewelacyjnie opisane, jasno, mądrze, poważnie ale i z cieniem uśmiechu Codziennie więc czekam na twoje posty :). Acha, podobno Pan Bóg ma facebooka :) opowiadała o tym dziewczyna w programie Ewy Drzyzgi, Bóg ma też poczucie humoru i nie jest STRRRRASZNY!!! :) fajnie jest myśleć, że tak właśnie jest :)

  • Ładnie to napisałaś. Nostalgiczne to Święto. Ja zawsze myślę, bedąc na cmentarzu, ze to bardzo demokratyczne miejsce. I staram się życ tak jak piszesz – by nie żałować. Uściski listopadowe już!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.