Szkoło, rodzicu! Obudźcie się!

Czy wiecie, że każdy człowiek rodzi się geniuszem?

WSZYSTKIE DZIECI SĄ ZDOLNE

Wieloletnie badania nad mózgiem dowiodły, że inteligencja nie jest dziedziczona genetycznie. Geny to ciało. Mózg to neurony. To, co robimy, jak działamy tworzy w naszym mózgu połączenia nerwowe odpowiedzialne za inteligencję. Dowód? Ludzie z zespołem Downa do niedawna uważani byli za „idiotów”. Dzisiaj kończą studia.

Dopiero ogromna nieświadomość rodziców i popełniane przez nich błędy, a później szkoła zabijają w dzieciach kreatywność i wyobraźnię, ucząc szablonowego sposobu myślenia. Nie ma dzieci pozbawionych talentów. Największy „problem leży w dorosłych i w obecnym systemie edukacyjnym, który premiuje nie uczniów z największym potencjałem, ale tych, którzy najlepiej potrafią się dostosować do systemu opartego na rywalizacji” – pisze Marzena Żylińska we wstępie do książki słynnego neurobiologa Geralda Hüthera Wszystkie dzieci są zdolne.

ALBERT EINSTEIN

Zaczął mówić dopiero w wieku czterech lat. Bez końca rozmyślał nad postawionymi pytaniami. Niczego nie potrafił nauczyć się na pamięć. Dzisiaj rodzice panikują, bo ich dwulatki nie mówią pełnymi zdaniami. Logopedzi grzmią, bo przecież wszystkich trzeba postawić pod kreską, a dwa lata to najwyższy czas na znajomość kilkuset słów! Dzieci muszą rozwiązywać testy pod presją czasu, bo jakże można rozmyślać nad czymś w nieskończoność? A mały Albert budował całymi godzinami domki z kart. Miał marzenia. Nikt go ich nie pozbawiał, nikt mu niczego nie zabraniał, nikt mu w niczym nie przeszkadzał.

Czy tak działa dzisiejsza szkoła? Oczywiście, że nie. Ludzie muszą zrozumieć, że człowiek uczy się sam. Szkoła powinna stworzyć warunki do nauki, a nie uczyć! Najwięksi geniusze tego świata zostali nimi tylko dlatego, że robili rzeczy, które sami uważali za istotne. Nigdy nie robili tego, co kazał im robić ktoś inny.

DO SZEREGU

W dzisiejszej szkole dziecko musi znać swoje miejsce. Siedzieć w ławce, reagować na polecenia, na dzwonek. Nie daj boże, by odezwało się niepytane. Wszystkich sprowadza się do tego samego poziomu, nie zostawiając miejsca dla indywidualności. Ktoś ustalił program nauczania, a rolą nauczyciela jest egzekwowanie jego wymogów. Następnie ocenianie i porównywanie osiągnięć ucznia z osiągnięciami innych dzieci. Masz piątkę – jest dobrze. Jesteś mierny – „nic z ciebie nie będzie”. A historia ludzkości pokazuje, że to właśnie ci najgorsi uczniowie z problemami w szkole z reguły osiągają w życiu największe sukcesy. A orły z szóstkami na świadectwie często nie radzą sobie w życiu.

Bo czego nauczyła ich szkoła? Czego Was nauczyła szkoła? Moli, pierwiastków, budowy pantofelka i serca krokodyla?

„Nowoczesny świat nie potrzebuje ludzi z wiedzą. Nowoczesny świat potrzebuje ludzi z umiejętnościami” (cyt. Hüther). Dziś wiedzy mamy pod dostatkiem. Wiedza jest na wyciągnięcie ręki – praktycznie wszyscy mamy szeroki dostęp do internetu, wszelkiej literatury, szkół, bibliotek. Możemy się uczyć kiedy chcemy i gdzie chcemy. Ale co z umiejętnościami miękkimi? Co z empatią, planowaniem działań, oceną skutków, kontrolowaniem impulsów, radzeniem sobie ze stresem i emocjami? Tego nie da się nauczyć z książek.

„Jeśli uda się wypuścić ze szkół ludzi, którym chce się współpracować, uczestniczyć w życiu razem z innymi – uda się rozwiązać problemy współczesnego świata!” (cyt. Hüther). Nie zrobimy tego w pojedynkę. Potrzebny jest zespół, umiejętność pracy w grupie. Dzisiejsza szkoła tego nie uczy. Za naszych czasów też nie uczyła. Skostniały system prowadzi donikąd. Szkole potrzebna jest zmiana. Szkoła MUSI się zmienić.

NUDA

O ile jest bardzo przydatna w zabawie, ponieważ wyzwala w dziecku ogromne pokłady kreatywności i pomysłowości, o tyle w szkole nuda jest największym wrogiem ucznia. Chodzi konkretnie o nudne lekcje, podawanie uczniom gotowej wiedzy i robienie nudnych ćwiczeń i testów. Działanie bez emocji (np. siedzenie w ławkach i przepisywanie książki do zeszytu, bądź bierne słuchanie wykładu) nie pozostawia w mózgu najmniejszych śladów. Mózg się nie rozwija. „Neurony umierają z nudów” (cyt. Żylińska).

Jakie to smutne, że nauczyciele nie rozumieją, że wraz z ciekawością dziecka rośnie jego motywacja. Jak dziecko ma chcieć się uczyć, kiedy dosłownie usypia na zajęciach?

DOŚWIADCZANIE

Zarówno nauczyciele, jak i rodzice powinni zrozumieć, że to, czego dziecko nie doświadcza i nie przeżywa nie zostanie przez nie zapamiętane.

Powiedz dziecku, że pokrzywa parzy. Nie zrozumie, nie uwierzy. Ono być może wie, że parzy ogień, czy gorąca woda, ale pokrzywa? Parzy? Pozwól mu się poparzyć pokrzywą – dziecko doświadczy i zapamięta. Mózg sam utworzy sobie regułę. Dziecko nauczy się samo.

Dlatego pozwólmy dzieciom doświadczać! Nie każmy uczyć się im z książek. Nie mówmy, co i jak mają robić. Niech zrobią to same. Nie podawajmy im reguł i regułek. Nie każmy im uczyć się ich na pamięć. I tak zapomną.

Nie uczmy dzieci z podręczników. Uczmy dzieci życia. Podręczniki są nudne, mają nudne teksty i tak naprawdę zniechęcają do czytania książek w przyszłości. Oferujmy dzieciom teksty nasycone emocjami. Wybierajmy książki mądre i ciekawe.

Niestety zauważyłam, że coraz więcej współczesnych książek dla dzieci jest nudnych jak flaki z olejem. O psie, który szukał zapachu. O kurce, która dziobała ziarno. O wizycie w sklepie i staniu w kolejce. Gdzie tu emocje? Gdzie ciekawa historia budząca w dziecku wyobraźnię? Jeśli chcę wyjaśnić mojej Tośce, że pies ma węch – bawimy się z psem. Jeśli chcę pokazać jej kurę, która dziobie ziarno – zabieram ją na wieś. Jeśli chcę, by wiedziała, co to jest kolejka w sklepie – idę z nią do sklepu! Umieram, po prostu usycham, gdy rodzicie próbują uczyć dzieci życia za pomocą książek. A później to samo robią nauczyciele.

Dziecko chłonie świat wszystkimi zmysłami. Zamiast czytać mu książeczki o pieczeniu chleba, zabierzmy je do piekarni. Zamiast wpajać z książki rodzaje drzew, wyjdźmy do lasu. Czy mówienia i chodzenia również nauczyliśmy się z książek? Czy z książek nauczyliśmy się kochać? Nawet czytać i pisać lepiej uczyć się, doświadczając. A nie z elementarza!

RODZICE

To od Was zależy najwięcej. To najpierw Wy zabijacie lub pobudzacie kreatywność dzieci. To Wy wybieracie im przedszkola i szkoły. To Wy możecie tę szkołę zmieniać! Musicie walczyć, wymagać. Ale nie dobrych ocen od dzieci. Te naprawdę się nie liczą. Wymagać od nauczycieli, żeby nie byli nudnymi zgredami. Wymagać od nich kreatywności i nowoczesności. Wymagać ciekawych lekcji i wycieczek edukacyjnych. Wymagać pracy w grupie i niesiedzenia w ławkach. Wymagać indywidualnego podejścia do każdego dziecka. Wymagać nieoceniania. Oceny nie stanowią o wartości intelektualnej dzieci, a jedynie je kategoryzują, dołują, zmuszają do rywalizacji.

Jeśli widzicie, że nauczyciel robi z dziećmi coś innowacyjnego – nie pytajcie kiedy wreszcie zaczną się uczyć. One właśnie to robią! Nie domagajcie się wypełniania luk, rozwiązywania testów, wkuwania na pamięć, siedzenia w ławkach, zadawania prac domowych i stawiania ocen. Walczcie z tym.

Pozwólcie dzieciom popełniać błędy i na nich się uczyć, doświadczać.

Szkoło, rodzicu! Obudźcie się! Nasz świat jest w Waszych rękach!

I pamiętajcie: „W każdej chwili życia można się zmienić. Chyba, że nie chce się chcieć.” (cyt. Hüther)

Na koniec chciałam polecić Wam film „Alfabet” Erwina Wagenhofera, który właśnie wszedł do kin studyjnych w całym kraju.

 

 

28
112 Komentarzy w
“Szkoło, rodzicu! Obudźcie się!”
  • Nie zgodzę się apropos Einsteina, mówił. Ale miał wymagające środowisko.
    1. Einstein o sobie w 1954 r. pisał: „Moi rodzice martwili się, ponieważ ZACZĄŁEM MÓWIĆ ZA PÓŹNO i zwrócili się z prośbą o pomoc do lekarza z tego powodu. Nie potrafię powiedzieć, ile wtedy MIAŁEM LAT, ale na pewno NIE MNIEJ NIŻ TRZY”
    2. Lekarz ten też potem pisał o Albercie: „Kiedy był w wieku od dwóch do trzech lat, miał ambicję by mówić całymi zdaniami.”
    3. Babcia Einsteina o zaledwie 2;3letnim wnuczku: „…Był on taki kochany i dobry, i wciąż rozmawialiśmy o jego dziwacznych pomysłach” (dziwaczne pomysły można tylko werbalizować :P)
    4. Jego siostra pisze: „Kiedy 2,5 letniemu dziecku powiedziano o przybyciu siostrzyczki, z którą on mógłby się bawić, on wyobrażał sobie jakąś zabawkę, o którą prosił, a gdy znalazła się w zasięgu wzroku, z wielkim rozczarowaniem rzekł: „Tak, ale gdzie ona ma koła?”.- powyższe zaczerpnięte z centrumgloska.

    • Tak, tak. Wszystko poza zdaniem o tym, że zaczął mówić w wieku 4 lat. Bo to taka legenda, która powtarzają sobie rodzice, którzy uważają, że jeszcze nie czas na logopedę.
      Z całą resztą tekstu się zgadzam i podpisuję rękami i nogami.
      Pozdrawiam.

    • Ewo, jego rodzice zwrócili się o pomoc do lekarza, gdy miał nie mniej niż trzy lata. To myślisz, że nauczył się mówić w miesiąc? :) Miał cztery lata właśnie, gdy zaczął mówić. Oczywiście, że trzeba reagować na rozwój/niedorozwój swojego dziecka. Ale dzisiaj lekarze i rodzice przeginają. Wymaga się od dzieci perfekcyjności od urodzenia! W ogóle nie pozwala się im popełniać błędów, być gorszymi. Nasze kompleksy wychodzą przy okazji naszych własnych dzieci. A kto na tym cierpi? One!

    • Chciałam tylko dodać, że głupimi ludźmi łatwiej manipulować. Takimi, którzy nie umieją współpracować, samodzielnie myśleć, dyskutować, asertywnymi, z rozwinięta inteligencją emocjonalną. To czego i jak suczy szkoła kojarzy mi się z masową produkcją bezmyślnego stada owiec. Albo przypomina scenę z „The Wall” – tę z maszynka do mielenia mięsa.

  • Generalizacja…Szkoła to, szkoła tamto…w kółko generalizacja. To jest nudne.
    Pierwsza rzecz o której trzeba pamiętać jest taka, że szkołę tworzą dzieci, kadra nauczająca i rodzice. Wszyscy mają wpływ na zmiany. Druga rzecz to rozróżnienie na nauczane przedmioty. Wiele z nich można prowadzić kreatywnie, inaczej. Trudno by było np. na takiej matematyce na każdej lekcji wychodzić z ławek i …no właśnie co dalej? A nie znam osoby, która by stwierdziła: nie, z matematyki nie będę korzystać, dziękuje. No i trzecia sprawa: smutno mi gdy czytam takie słowa, gdyż wiele moich koleżanek walczy, szarpie się by urozmaicić lekcje ale często może prawie nic bo ograniczenia idą z góry np. nie iść na dwór bo za zimno i rodzice będą mieć pretensje, brak funduszy na materiały (np. wieczne proszenie o papier na xero). Najtrudniejsze jest to, że gdy postanawiasz przeprowadzić lekcję interaktywną to uczniowie od razu wyczują nieco luzu i przestają przestrzegać jakichkolwiek reguł, mimo ciekawego tematu. Potrzebna by była większa kadra (podejście indywidualne) na co nie ma pieniędzy.
    Na koniec podziele się moim przemyśleniem. Szkoła potrzebuje pasjonatów swoich przedmiotów, uśmiechu i czasu na słuchanie uczniów. Gdyby polska szkoła zadbała o nauczycieli (np. psycholog do ich dyspozycji, dobre warunki w pokoju nauczycielskim, zauważenie przez rodzica, że robi coś dobrego daje więcej mobilizacji niż pieniądze…). Nauczyciele nie chcą być policjantami nauki, są tym zmęczni.
    Coraz bardziej się przekonuje, że nauczyciele z powołania są najważniejsi w każdej placówce. Ale jak właściwie się zachowuje nauczyciel z powołania?

    • Marto, ale czyż ja o tym nie napisałam? Rodzice mają pretensje – właśnie mieć nie powinni. Dokładnie jak piszesz…

  • Powyższy post plus znakomity komentarz Ewy pokazuje jakie efekty pokazuje jakie są efekty podążania za lansowaną przez nieuków teorią, że ” Nowoczesny świat nie potrzebuje ludzi z wiedzą. Nowoczesny świat potrzebuje ludzi z umiejętnościami. „. Płytko, powierzchownie, bez dogłębnego przestudiowania tematu.

    • Droga Rachel. W sensie, że ja nie przestudiowałam tematu?
      Teoria, o której piszesz wyszła od niemieckich neurobiologów. Miło, że nazywasz ich nieukami :)
      Pozdrawiam!

    • Gdybym był prymusem i skończył studia, to pewnie skończyłbym w nudnej pracy (o ile bym ją znalazł) i ledwie wiązał koniec z końcem, zastanawiając się co w życiu zrobiłem nie tak. Na szczęście przejrzałem na oczy, rzuciłem studia i zająłem się tym, co mnie pasjonowało. Dziś jestem programistą, pracuję dla dużych firm i nie narzekam na życie. Na wielu rozmowach o pracę, na których byłem, ani jeden raz nie zapytano mnie o wykształcenie. Zawsze za to weryfikowano umiejętności, nie tylko techniczne.

  • Idealnie! Pięknie i mądrze… Dobrze, że okres „oceny i szkoła najważniejsze” powoli się kończy. Dobrze, że rodzice zaczynają stawiać na rozwijanie indywidualnych zdolności i pasji… Więcej takich rodziców na świecie!

    • Kochana u Ciebie w Irlandii jest o wiele lepszy system, prawda? U nas tak się starzy oburzają, że 6-latki do szkoły, a w Irlandii już 4-latki się uczą w szkołach. Ale jak się uczą? POPRZEZ ZABAWĘ! U nas rodzice robią wszystko, by opóźnić pójście dziecka do szkoły, bo zabiera mu to dzieciństwo – chore, stare myślenie. Ale to trzeba zgłębić trochę wiedzę, badania, ruszyć mózgiem (choć wielu chyba ma jego zanik) i działać. Cieszę się, że jesteś tym MĄDRYM rodzicem! :*

    • Mira, tu masz rację. W UK lekcje biologii, chemii to nauka przez doświadczenie a nie z podręcznika tylko i wyłącznie. Doskonale pamiętam jak te zajęcia wyglądały w szkole.

  • Jakbyś czytała mi w myślach <3 Nauczanie przez zainteresowanie ucznia tematem to jedno, ale mnie w dzisiejszym szkolnictwie boli też kompletne nieprzystosowanie do samodzielnego funkcjonowania w społeczeństwie – nie ma czegoś takiego jak dyskusja i prawo do wyrażania swoich argumentów (dobry tekst był ostatnio u Marleny o tym), nie ma też jakiejkolwiek wiedzy, którą można wykorzystać w praktyce na temat pieniędzy, zarządzania swoim czasem, ćwiczeń umiejętności skupienia się na jednej rzeczy. Nie ma też praktycznie jakiś sensownych fakultetów – moim zdaniem, gdy dziecko nauczy się liczyć, czytać i pisać + posiądzie podstawową wiedzę z innych dziedzin, powinno móc wybrać te przedmioty których chce się dalej uczyć. Nie każdy lubi matematykę czy polski, nie każdy musi umieć pisać eseje czy ogarniać skomplikowane zadania z matematyki. Świetnie byłoby uczyć tego, do czego dziecko ma predyspozycje, rozbudzając w nim jeszcze większą ciekawość tematu a nie zmuszając do uczestniczenia w zajęciach, które kompletnie je ograniczają, nudzą i męczą.

    • nieprzystosowanie społeczne oznacza już demoralizację ;) po prostu dziecko ma swój rytm.

  • Mam takie małe marzenie….aby któregoś pięknego i słonecznego dnia, wszyscy Twoi czytelnicy zrozumieli o czym TY PISZESZ KOBIETO. Aby czytali ze zrozumieniem ;)
    Myślisz, że to realne?

    Tak poza tym wiesz, że ja wiem, że tekst jest genialny!

  • Przeczytałam i chwyciło mnie za serce – bo tak bliskie moim przekonaniom. Ale po pierwszych komentarzach poraziło – „nieuctwo”, które dotyczy bardziej komentujących niż największego dziecięcego leniucha! Szerokie horyzonty nie wszystkim pisane, wiem, ale pali mocno żywym ogniem, jak ludzie nie ogarniają i jeszcze się tym chwalą. Anyway – pięknie ujęłaś w słowa, to o czym mówi się już od jakiegoś czasu (http://jarekzylinski.blox.pl/2014/03/Co-slychac-w-MEN.html)… Odrzuciłam szansę pracy w szkole kilka lat temu – nie ze względu na te „głupie i wredne dzieciaki” (cytat z pokoju naucz.) ale z uwagi na fakt, że w pojedynkę ciężko coś zmienić. Dziś nauczyciel stojący po stronie ucznia (bo tak – w szkole są dwie strony barykady, nadal) jest skazany na ostracyzm.
    Takie teksty świadczą o tym, że powoli wszystko idzie w dobrą stronę. Szkoda tylko, że nasze dzieci jeszcze tego nie doświadczą.

    • Witaj Dominiko!

      Kochana, doświadczą! Są już szkoły, które uczą dzieci nowymi zasadami, likwidują ławki, stawiają na emocje, doznania, poznawanie świata wszystkimi zmysłami. Po to zaproszono do Polski Geralda Hüthera, by ruszyć pełną parą! On to zrobił w Niemczech, teraz my zrobimy to w Polsce. Musimy działać wszystkimi kanałami, by uświadomić ludziom jak powinna wyglądać współczesna szkoła. Trzeba działać dwutorowo: nauczyciele uczą nauczycieli, rodzice – rodziców. Bo to straszny beton, w który uderzamy głową, choć moja mama mówi, że to tylko styropian ;)

      Ona codziennie zmaga się z rodzicami, którzy chcą ją „wykończyć”, „zwalić ze stanowiska”. A wiesz dlaczego? Bo dla nich to chore, że można dzieci uczyć przez zabawę, że można nie zadawać prac domowych. dla nich dziecko ma siedzieć i ryć! I przynosić do domu piątki. Zawsze wtedy myślę, czy to dla dziecka, dla rodzice, dla rodziny, czy sąsiada ;)

      Chore wymagania rodziców, którzy chcą, by dzieci były geniuszami, doprowadzają do tego, że te dzieciaki głupieją. Więc winni są wszyscy. Stary system, który ukształtował rodziców – betonów i nauczycieli betonów. I wszyscy tym betonem się zalewają i nie myślą. Mam wrażenie, że żyjemy w świecie, gdzie wszyscy wzajemnie dają sobie linijką po łapach. Dramat. Ale zmienimy to. Wierzę w to całym sercem! :)

      Pozdrawiam Cię gorąco!
      PS. Czyli nie jesteś już dziś nauczycielem?

    • Pocieszyłaś mnie! :D Mam nadzieję, że to rzeczywiście styropian! Ja nauczycielem nie jestem. Czasem daję prywatne lekcje.
      Rodzice, jak to ludzie, są różni: nie da się dogodzić wszystkim. Ciężko się pracuje nauczycielowi z taką świadomością, tak mi się wydaje. Na razie jestem na etapie rodzica z przedszkola, który póki co nie ma się do czego przyczepić. Ale ja to ja – nie czepiam się pierdół. ;)
      Pozdrawiam Cię równie ciepło! Nie trać wiary – potrzebujemy takich osób! :) :)

  • Minimaliv wiesz w dzisiejszej szkole rodzice mają pretensje o wszystko, dosłownie o wszystko. O łagodne metody, o surowe metody, każdy chce czegoś innego. Mówisz, że mają mieć wymagania a nie mieć pretensji. Ciężko…Mam niewiele lat jak na nauczyciela ale w trakcie mojej nauki nastał przełom. Szkoła teraz jest lokalem usługowym a my nie jesteśmy przygotowani do świadczenia usług…więc jeśli mówisz o przebudzeniu to masz na myśli „górę”?
    I szkoda, że osoby jak Ty Dominiko rezygnujesz ze szkoły. Pewnie, że wiele nie zmienimy ale możemy być z uczniami w naszej lokalności.
    Czuje się osamotniona.

    • Marto, gdzie napisałam, że rodzice mają nie mieć pretensji?

      Odsyłam Cię do książki Geralda Hüthera „Wszystkie dzieci są zdolne”. Odsyłam do obejrzenia filmu. Jeśli jesteś nauczycielem i chcesz mądrze uczyć dzieci – to pozycje obowiązkowe.

      Przebudzić muszą się rodzice i nauczyciele jednocześnie! I zmieniać system od dołu. Powinni współpracować, a niestety rodzice są straszni, a nauczyciele nie wiele lepsi – z całym szacunkiem do tych świetnych! Wyniki PISA mamy zatrważające! Czy je znasz? Dla polskich dzieci tworzyli podkategorie, bo w testach zamkniętych byliśmy świetni, a w testach, które sprawdzały umiejętności rozwiązywania problemów, coś, czego nie nauczysz się z książki, czy na lekcji w ławce – byliśmy poza skalą.

      Moja mama walczy każdego dnia. Zmieniła swoją szkołę nie do poznania. Nawet ławki zlikwidowała te standardowe, a dzieci uczą się na dywanie, lub w ławkach GRUPOWYCH. Da się Marto, tylko potrzeba siły. A ta siła jest w grupie. Tylko właśnie nauczyciele nie potrafią w grupie pracować (tak, generalizuję, mówię o ogóle, bo wyniki też są ogólne!). Są wredni dla siebie, dla dzieci. I obrzydliwie nie podoba mi się to, co piszesz, że wiele nie zmienicie. To świadczy o braku wiary w siebie i w swoje możliwości. Udało się w Niemczech, dlaczego nie miałoby się udać u nas? Nie po to prowadzi się badania, nie po to są kongresy mądrych ludzi i już zaczęło się dziać, żeby mówić, że nic się nie da zrobić! Mówisz teraz jak ci nauczyciele, którzy nie wierzą w mało zdolne dzieci i kładą na nich przysłowiową lachę.

      Nauczyciele powinni być pełni pasji i uczyć nowocześnie. Nie każąc siedzieć w ławkach, bo mózg w ten sposób się nie uczy! Ale to trzeba mieć trochę wiedzy o neurobiologii, żeby zrozumieć o czym piszę, dlatego błagam, przeczytaj tę książkę. Zobaczysz, że można wiele. Można zacząć od siebie, od swojej klasy, swoich uczniów. Ja wierzę, że Ci się uda. Porozmawiaj z dyrektorem, pojedź na szkolenie – zrozumiesz jak powinno się dzisiaj uczyć dzieci. Te metody działają. Tylko trzeba chcieć. Chcieć się rozwijać. Zawód nauczyciela jest jak każdy inny, wymaga ciągłego rozwoju, a nie odbębnienia godzin i sprawdzenia klasówek.

    • Nie wiem oczywiście jak to wygląda od strony nauczycieli, ale ostatnio dużo rozmawiam z paniami, które uczą mojego najstarszego syna i widzę dużą zmianę w ich podejściu do mnie jako do rodzica. Mam wrażenie, że po niespełna dwóch miesiącach opada niewidzialny mur, a to co mówię, o co proszę, o co walczę dla mojego dziecka jest możliwe do zrealizowania także w polskiej szkole, choć wiem, że w wielu kwestiach mój syn vędzie niestety osamotniony wśród swoich rówieśników. Ale cieszy mnie, że trafiliśmy na nauczycielki, którym się chce, które potrafią podejść do dziecka indywidualnie i którym da się wytłumaczyć, że oceny dla nas nie istnieją, a praca domowa będzie (lub nie będzie) odrabiana samodzielnie przez dziecko w zależności od tego, czy Ono uzna, że jej wykonanie jest dla Niego ważniejsze niż np. poczytanie książki. Wierzę, że spotkamy na swojej drodze nauczycieli z pasją albo chociaż takich, którzy nie stłamszą pasji tkwiącej w moich dzieciach.

    • Ech… też czułam się osamotniona. Dziś lubię pracować z uczniami… sam na sam. Mąż się ze mnie śmieje, że tracę czas – ale ja to lubię :) Tak więc spełniam się w wąskim gronie uzupełniając luki w wiedzy…. Swoją drogą – niedawno czytałam „Historię dzieciństwa” Aries’a, gdzie ciekawie jest opisane podejście do wynalazku szkoły. Szkoła była traktowana przez pewien czas przez filozofów i humanistów jako zło konieczne przeznaczone dla najniższych warstw społecznych, aby je wtłoczyć w ramy religijnej moralności, bogatszych stać było na luksus prywatnych nauczycieli domowych. Dziś wielu uczniów ciągnie dwie szkoły: jedną państwową, popołudniami drugą: prywatną. Coś z tym systemem jest serio nie tak!

  • A wiesz, że od tygodnia zabieram się do napisania postu o ocenach i o rodzicach w szkole? Od niespełna dwóch miesięcy jestem takim rodzicem i nieraz oczy przecieram ze zdumienia, kiedy rozmawiam z innymi rodzicami i przestaję się dziwić, kiedy narzekają, że ich dzieci nie chcą się uczyć. Dla nas nauka to zabawa, to odkrywanie świata, dla wielu rodziców nauka to oceny. Moje dziecko garnie się do wiedzy, chodzi za nami i pyta, choć książek szkolnych w domu nie otwieramy, nie pytam Go o zadania domowe, nie pilnuję, żeby przygotowało się do lekcji, nie powtarzam materiału przed sprawdzianami, a nauczycieli proszę, żeby nie informowali Go o ocenach i tłumaczę, że trzy strony mechanicznie przepisanych szlaczków nie są moim priorytetem. Nieraz śmiejemy się z „kotek ma motek”, który moje dziecko zamieniło sobie na „młotek” i jeszcze dodało: „a pies gwoździe” ;) Nie każę Mu niczego mazać, przepisywać, mam gdzieś, co pomyśli sobie nauczycielka, bo jeśli jest mądra, to się roześmieje i będzie miała lepszy humor przez resztę dnia. A jednak
    moje dziecko chce, jednak odkrywa, czyta, pyta, eksperymentuje, jednak nie potrzebuje motywacji zewnętrznej do tego, żeby policzyć albo skleić, albo przeczytać, a może właśnie dzięki temu, że jej nie ma, tak silnie działa motywacja wewnętrzna?

    • Jesteś cudnym rodzicem, Magda! Tacy rodzice jak Ty powinni zmieniać ten system. Jest nas więcej, jest nadzieja ;)

  • Chciałam Ci podziękować za ten post… miałam dzis ciężki dzień…dziękuję, ze mnie zatrzymałaś… muszę przeprosić moją córkę Ritę…

  • Ze strony nauczyciela ( co prawda przedszkola, a nie szkoły) muszę napisać tylko, że obecnie zaszły już w szkołach/ przedszkolach duże zmiany. Zaczynamy coraz bardziej skupiać się na dziecku i jego indywidualnych preferencjach i zainteresowaniach. Jednak już na etapie przedszkola widzę, że nie jest to takie proste, ponieważ musimy realizować programy, pisać scenariusze zajęć i czasami wpleść w swoje zajęcia treści, które dla dzieci nie są zbytnio interesujące. Z doświadczenia widzę także, że często to,co mi osobie dorosłej wydaje się świetnym sposobem na naukę przez zabawę nie zawsze jest nim dla dzieci, ponieważ zaczynają się kłócić, nudzić, przeszkadzać. Łatwe jest stwierdzenie, że szkoły wymagają dyscypliny i dostosowywania się, ale proszę sobie wyobrazić jak wyglądała by „nauka” w 24-osobowej grupie przedszkolnej, jeśli nauczyciel by nie wymagał dyscypliny na 20-minutowych zajęciach. Pragnę podkreślić, że jestem nauczycielem młodym, obecnie na stażu zawodowym i mimo, iż pragnę wprowadzać innowacje i ciekawe tematy to często ograniczają mnie bardzo: czas (ramowy rozkład dnia), plany zajęć pisane przez nauczyciel prowadzącą, możliwości finansowe wiejskiego przedszkola, brak wielu potrzebnych pomocy do kreatywnych zajęć. Bardzo bym chciała, żeby zmieniło się to, tak jak Pani pisze, jednak potrzebna by była całkowitą reforma wszystkiego- żeby programy nie były tak przeładowane, aby nie trzeba było rozliczać się ze wszystkich osiągnięć edukacyjnych uczniów, aby najważniejsze były wrażenia dzieci i ich faktyczna wiedza a nie zapełnienie wszystkich linijek w dzienniku i wiele innych spraw.

    • Danka, ale przecież nikt nie mówi, że kreatywność i doświadczanie wyklucza dyscyplinę. Wiesz, jeszcze w szkole to rozumiem program i te sprawy, ale w przedszkolu? W przedszkolu jest jakaś podstawa, którą można realizować na miliard różnych sposobów! Ale oczywiście argumenty, które przytaczasz są adekwatne do szkoły i tam już jest gorzej. Z tym, że zawsze można próbować robić wszystko po swojemu. Moja siostra właśnie pokazała na praktykach pani nauczycielce – kompletnemu betonowi – że można inaczej i nawet się pani spodobało! Choć moja siostra walczyła z nią tydzień, żeby zrobić coś innego, zaciekawić i zaktywizować dzieci. A mogła pójść na łatwiznę i poprowadzić lekcję tak, jak pani chciała. Ale walczyła i się udało. Mam nadzieję, że Ty tez będziesz miała wystarczająco dużo siły. A program, fakt, jest przeładowany. I miejmy nadzieję, że to się zmieni. Pozdrowienia!

  • Zgadzam się absolutnie ze wszystkim, bardzo pragnę tych zmian i jestem za tym całym sercem, ale wiem też, że jest system i właśnie jego się boję. Martwię się o Rysia, ale nie o to czy on sobie poradzi, bo wiem, że jest mądry, elokwentny, dojrzały emocjonalnie, ale o to czy ten chory system go nie stłamsi. Mamy skostniały system i wiesz o tym, jeden film, czy książka niewiele mogą tu zmienić. Martwię się bo to zaledwie kilka miesięcy, a mogę wcale nie trafić idealnie i tak jakbym chciała. Będę szukać, ale czy mi się uda? Komentarze pod tym wpisem świadczą, że społeczeństwo jest podzielone, ba jest nawet sceptyczne. Skoro my boimy się zmian, to co dopiero nauczyciele?
    Zgadzam się absolutnie z empirycznym poznaniem, dzieci własnie tak powinny zdobywać wiedzę. Nie do końca jednak jest tak z tymi książkami. Jeśli chce opowiedzieć dzieciom o tym, że pies ma węch oczywiście robię to empirycznie, ale czy to znaczy, że nie powinnam im już o tym czytać? Zwłaszcza jeśli wszystko okraszone jest ciekawą ilustracją i pokazuje nam świat właśnie z perspektywy zwierzęcia? Jeśli coś pokazuję to nie mogę już o tym czytać? Czy jeśli nie mogę pokazać ( bo pracuje np. 12 h dziennie)to nie mam czytać? Lubię nowoczesna literaturę, zwłaszcza przez ambitną kreskę i coraz lepszych ilustratorów, może coraz bardziej od tego już odchodzimy, ale przez bardzo długi czas dzieci karmiły się właśnie obrazami.

    • Aga, ja uważam, że warto wybierać mądre książki, a co jest mądrą książką to już niech każdy ocenia samodzielnie. A co do obrazów, to ja wolałam, żeby Tośka sobie je w głowie sama rysowała, niż oglądała ilustracje. Na to przyjdzie czas. Ale to znów – moje wymysły, Ty robiłaś inaczej i też super, Twoje dzieciaki są mądre i radosne, więc żadna różnica ;)

  • Temat szkoły jeszcze mnie nie dotyczy, bo mój Mały ma 2 lata. Ale… według tego, co uczeni ludzie w uczonych książkach piszą, powinnam się załamać, bo nie mówi tyle, ile przewiduje norma. Trudno, widocznie jeszcze nie przyszedł jego czas. Ale patrząc na to, ile zapamiętuje, kojarzy i jak kombinuje, nie mam żadnych wątpliwości co do jego inteligencji.

    Przeczytałam Twojego posta i pomyślałam: WOW, jak dobrze, że ktoś o tym napisał. A zaraz potem zerknęłam na komentarze i szczena i opadła, bo skoro nauczyciele piszą, że się nie da, bo „góra”, bo rodzice, bo to i tamto, to nie wiem, kto ma w tej szkole cokolwiek zmienić.

  • Moj syn w wieku 4lat przystapil do szkoly w Uk i tutaj wprowadzono taki rytual,ze dziecko po wejsciu do klasy podpisuje sie swoim imieniem.4Latek!nie do pomyslenia by to bylo w Pl,a jednak w Uk mozliwe.Dzisiaj np. byli w pizzeri(ma juz 6lat) ,ale nie po to by pizze jesc,tylko by nauczyc sie ja robic.Podoba mi sie to,ze duzo wymaga sie od nich w formie pracy ,a nie formulki.Sama szkolne zajecia uwazalam za nudne i wklepywanie na pamiec formulek bylo nazbyt meczace aby teraz zmuszac do tego syna.Mozna poznac Swiat bez formulek ,ktore pozniej i tak ida w zapomnienie.

    • Coś pięknego Aneta! Właśnie o to chodzi, żeby tak wyglądała polska szkoła! Szkoda, że ludzie zamiast się zmienić, czują się atakowani i chrzanią, że nic się nie da zrobić. A kto zabroni nauczycielowi zrobić fajną lekcję? Kto zabroni wyjść z dziećmi na świat, zamiast uczyć z książek? Tak właśnie powinno być i u nas. Twój synek (Bruno?) jest szczęściarzem. Ja już mam szkołę dla swojej Tośki. To właśnie taka szkoła. Ale gdybym takowej nie znalazła, byłabym gotowa wyjechać z kraju – już to przerobiliśmy ;) A w ogóle, to w jakim mieście mieszkacie w UK?

    • Nie podoba mi sie tylko zbyt mieszane spoleczenstwo w szkole , ale kazdy ma prawo sie zapisac a na prywatna mnie narazie nie stac..Mieszkamy w Enfield gdzie prawdziwego anglika nie spotkasz, za to niby angielskie nastolatki maja kolorowe dzieci I to chyba 80% nastolatek

    • Aneta, ale wiesz, że to jest zupełnie inny problem, z którymi te kraje muszą sobie poradzić i już zastanawiają się, co robić? Multikulturowość nie zdaje egzaminu. Ale w takim wypadku również i Ciebie mogliby nie wpuścić do innego kraju… Masz takie samo prawo tam być i zapisać dziecko do szkoły, jak każdy inny człowiek. Każdy kraj ma swoje problemy. Ja mieszkałam w kilku krajach w Europie i stwierdzam, że Polska nie jest wcale taka zła. Tylko ten system edukacji do wymiany totalnie ;)

    • Dlaczego nie do pomyślenia byłoby to w Polsce? W przedszkolu u mojej czteroletniej córki wszystkie dzieci w grupie samodzielnie podpisywały swoje prace – mniej lub bardziej koślawo (ale co za różnica ;) Wczoraj (a ma już 5 lat) byli na wycieczce w „Wiejskiej chacie”, gdzie oglądali zwierzęta gospodarstwa domowego i wykonywali „dzieła sztuki” z ziemniaków – ludziki. Wróciła z wycieczki uśmiechnięta i zadowolona. Panią w przedszkolu mają wspaniałą, pełną pomysłów (a wbrew pozorom faktycznie jest już program przedszkolny). Więc wszystkie dzieci w grupie lubią chodzić do „zerówki”.
      A tak trochę poza tematem mój młodszy syn – przysposobiony 3 miesiące temu, ma dwa i pół roku, poza „mama” i „autko” nie mówi nic ;) sika w pampersy i nawet nie ma perspektyw, żeby przestał i kompletnie się tym nie przejmuję, że odbiega od normy. Każdego dnia mamy swoje małe sukcesy z których możemy się cieszyć. Więc życzę wszystkim dużo więcej radości i zmieniania przede wszystkim swojego ogródka, dowartościowywania swoich dzieci, żeby potem dwója w szkole nie była tragedią życiową, czy żeby dzieci nie miały kompleksu polaczka, w porównaniu ze światowym życiem innych.
      Tekst bardzo dobry, jednak myślę, że brakuje tu luzu, wysłuchania – bez obrażania się ;) – różnych opinii, konstruktywna dyskusja zawsze lepsza niż tupanie nóżką, że to JA mam rację ;) Pozdrawiam

    • „Dlaczego nie do pomyślenia byłoby to w Polsce?” – nie rozumiem…

      Tupania nóżką? Wybacz Agato, ale brakuje mi luzu, gdy przychodzi troll i mówi, że naukowcy są nieukami, albo rzuca niczym nie poparte tezy – „bo tak!”. Bo on tak uważa. Bo on uważa, że inteligencja jest dziedziczona genetycznie. To uznajesz za konstruktywną dyskusję? Sorry. I gdzie tu się kto na kogo obraża? Chyba czegoś nie doczytałaś…

  • To, że wiele AKTUALNIE nie zmienię wynika z mojej chłodnej oceny rzeczywistości i możliwości. Świat się niebawem zmieni i zajęcia bez ławek nikogo nie będą dziwić. Nie ma to nic wspólnego z moją wiarą we własne siły. Jestem świadoma odpowiedzialności nauczycielskiej i tego jak ważną osobą dla dzieci jest ich pani. To w ogóle nie jest kwestia wiary tylko uczciwego wysiłku, którego się bez przymusu podejmuje.
    Piszesz, że w grupie jest siła i jednocześnie stwierdzasz, że nie ma pracy zespołowej więc wniosek jest prosty. Wiele nie zmienię bo (a) jesteśmy w okresie przejściowym jest chodzi o praktykowane formy nauczania, (b) ludzie z pasją i powołaniem nie chcą pracować (nie są gotowi na wysiłek prawie bez nagrody) w szkole ze względu na warunki także nawet nie ma z kim połączyć sił.
    Jako matematyk nie widzę opcji rezygnacji z klasówek.
    I jedyna rzecz, która mnie trzyma w szkole to wiara w dzieci, nasze relacje, nasze rozmowy.

    • Marto wybacz, ale nie mogę z Tobą polemizować. Bo to tak, jakbym właśnie natknęła się na ten beton, o którym piszę. Nic do Ciebie nie dociera. Szkoda, że zignorowałaś moje słowa o tym, żebyś szła się szkolić, a skupiłaś tylko na swoich fobiach. Dlatego masz rację: TY NIC NIE MOŻESZ. Z takim podejściem niewiele zmienisz. Pozdrawiam ciepło.

    • Jeszcze jedno Ci napiszę Marta. Nikt Ci nie zabrania prowadzić ciekawych lekcji. Zamiast uczyć liczenia z książki możesz zrobić fajną lekcję np. na targu, albo tematyczne różne, gdy nadchodzi Halloween możesz kombinować z dyniami, pająkami albo nietoperzami, na Boże Narodzenie z innymi gadżetami. Ale to trzeba napisać scenariusz, przygotować się, poświęcić czas. Chce Ci się? Chce Ci się codziennie prowadzić ciekawe lekcje? A wyobraź sobie, że ludziom w innych zawodach musi się chcieć. Musi się chcieć codziennie położyć równo kostkę przed blokiem, musi się chcieć robić operacje, musi się chcieć wykańczać mieszkania. A jeśli Tobie się nie chce i innym się nie chce – to po cholerę szliście na takie studia i wybraliście taki zawód? Żeby popijać kawkę w pokoju nauczycielskim? Nie piję personalnie do Ciebie, więc się nie obrażaj – piszę ogólnie o zjawisku…

  • Miro, trafnie opisałaś sytuację, która niestety martwi i mnie. ALE po raz kolejny na pierwszy plan wysuwa się stwierdzenie, że rodzice odgrywają główną, najbardziej znaczącą, niepodważalnie niezbędną ROLĘ w życiu swojego dziecka. Nie jest ważne, do jakiej szkoły uczęszcza dziecko, ani jakie metody nauczania są w niej stosowane. Nie zapominajmy – szkoła jest TYLKO szkołą! Dom i fundamentalne zasady rodziców kształtują małe umysły. Jeśli dziecko siedzi w ławce pięć czy sześć godzin dziennie i przewraca tylko strony książek, wraca do domu zrezygnowane i znudzone, nasza rola w tym, aby dokonać tego znaczącego „uzupełnienia”. Poświęćmy maluchowi czas, spytajmy o tematy, które miało dzisiaj na lekcji i przedstawmy je w inny sposób… skoro nie podoba nam się system edukacji. Bo z nim nie ma co walczyć. Jest skostniały, przestarzały i taki pozostanie.

    Ale ja się obawiam, że problem leży ciut gdzie indziej. Rodzice mają niejednokrotnie złe podejście do „szkoły”. Z racji tego, że pracują, że nie mają czasu dla dziecka, że są zmęczeni itd… uważają, że szkoła musi nauczać, wychowywać, zabawiać, relaksować i Bóg wie, co jeszcze. Do tego zrzucają całą odpowiedzialność za to na biednego nauczyciela, który jest jeden, a dzieci trzy dziesiątki! I do tego kilka godzin w ciągu dnia. Rodzic nie daje od siebie tyle wobec jednego SWOJEGO dziecka, a nauczyciela ma za jakiegoś super robota, który ogarnia cały ten chaos. A jak ma to zrobić? Plany, wyniki realizacji, zebrania, rady pedagogiczne…. i lekcje interaktywne i zajęcia, które wymagają przygotowania w domu. A on nie ma dzieci i rodziny? Jasne, że ma. I jego jedno dziecko jest ważniejsze od trzydziestki obcych. Logiczne.

    Zatem, ja uważam tak: zamiast oczekiwać, wymagać i próbować zmieniać na siłę – skupmy się na swoich dzieciach. Dawajmy im codziennie to, czego świat, szkoła, koleżanki i koledzy dać nie mogą. I nie miejmy do nikogo pretensji. Nasze dzieci, nasze wybory, nasza odpowiedzialność :)

    Mira, znowu zmusiłaś mnie do porannego myślenia nad tematem, który się do mnie zbliża wielkimi krokami ;) Ale ja to zrobię po wiejsku :P Żłobek i przedszkole zorganizuję im sama na farmie, a nad szkołą jeszcze pomyślę :D

    • Marta, w tekście dokładnie poruszyłam to, o czym piszesz, ale ciężko rozbić tekst na dwa tematy, żeby było konkretnie – o tym się książki pisze. A zatem: rodzice jak dla mnie to klęska. Wymagają właśnie tego, z czym ci mądrzy ludzie od neurodydaktyki chcą walczyć. Rodzice chcą, by dzieci wkuwały, by przynosiły piątki i szóstki. Dlatego ich wzięłam na sam koniec. Tekst nie bije w nauczycieli, tylko w system! Jeśli nauczyciel chce coś zmienić, a rodzice się burzą – to mamy problem, dlatego pisałam do rodziców. Jeśli rodzic chce coś zmienić, a mamy beton nauczycielski w postaci: dzieci mają przepisywać książki – mamy problem, pisałam do nauczycieli. To musi być symbioza, o którą trudno, ale wierzę, iż jest możliwa, tylko trzeba chcieć i potrzeba na to lat.

      Nie do końca zgadzam się z tym, że szkoła jest tylko szkołą. To większość czasu właśnie w niej spędza dziecko, Marta. Dom wychowuje, szkoła uczy, więc ona powinna być idealna. Dlatego nie – nie powinno być tylko tak, że martwimy się tylko o to, co w domu, a reszta jest nieważna. Zawsze będę stała na stanowisku (pisałam już o tym), że wychowanie zaczyna i kończy się w domu. Ale wychowanie Marta, to nie nauka. Ta odbywa się w szkole. Nauczanie domowe, jeśli nie masz zajebistych nauczycieli, albo nie poświęcisz swojemu dziecku całkowitego maksimum uwagi (trudno mi uwierzyć, że jest to możliwe, zwłaszcza w dzisiejszych czasach – tak się zmobilizować) jest po prostu niedoskonałe i słabsze, niż to w szkole. Do tego dochodzi kwestia nauki w grupie. Mózg jest organem społecznym – uczymy się najlepiej od innych, dzieci od dzieci – dlatego nauczyciel powinien tylko pomagać, stać obok, a nie grac główne skrzypce, ale to samo w domu…

      Piszesz „Zatem, ja uważam tak: zamiast oczekiwać, wymagać i próbować zmieniać na siłę – skupmy się na swoich dzieciach. Dawajmy im codziennie to, czego świat, szkoła, koleżanki i koledzy dać nie mogą. I nie miejmy do nikogo pretensji. Nasze dzieci, nasze wybory, nasza odpowiedzialność” – w ten sposób w ogóle zakopmy się w naszych lepiankach i olejmy system. Tak się nie da Marta!!! :)

      PS. Żłobek i przedszkole na farmie, to chyba najlepsze, co możesz dać swoim dzieciom! :) Buziaki!

    • Całkowicie zgadzam się z potrzebą zmian i twoimi postulatami. I chociaż trudno jest zmienić system, to warto próbować z różnych stron. Mi szkoła kojarzyła się głównie z nudą i poczuciem marnowanego czasu i chciałabym moje dzieci przed tym uchronić. Naszym sposobem na to jest edukacja domowa. Tak wymaga ona poświęcenia ze strony rodziców, ale daje wiele satysfakcji, a przede wszystkim możliwość zrealizowania każdego z postulatów, o którym piszesz. Dzieci w ED mają indywidualny tok nauczania, rozwijają swoje pasje i zainteresowania, uczą się poprzez doświadczenie i – tutaj obalę pewien błędny mit na temat ED – pracują w małych, wielowiekowych grupach, bo rodzeństwo, rodzice, dalsza rodzina, inne rodziny i dzieci ED są grupą, w której na co dzień funkcjonują. Natomiast klasa, 25-30 osobowa (nie mówiąć o fakcie kilkugodzinnego przesiadywania w ławkach, w czterech ścianach, gdzie często nie ma dialogu, a wykład i bierne uczestnictwo) nie jest grupą, a tłumem. Jeszcze jedno, jak sama napisałaś dzisiaj wiedza dostępna jest wszędzie i nie chodzi o to, aby ją przekazać, a nauczyć pewnych umiejętności – dlatego fakt, iż w ED nie ma dostępu do nauczycieli, nie świadczy o jej słabej jakości. W ED szukamy prawdziwych pasjonatów zajmujących się daną dziedziną w życiu i z nimi rozmawiamy i uczymy dzieci zdobywania wiedzy, ciekawości, chęci poznawania, bo sami wszystkiego nie wiemy i ten proces przechodzimy. Może to i lepiej, że nie jesteśmy ekspertami, którzy chcą im wszystko wyłożyć :).Pomimo naszej ED i tak pozostaje pragnienie, aby nasz system edukacji wyglądał tak, jak opisujesz, nie poddawajmy się, walczmy :).

  • Wyobraźcie sobie, że postawione powyżej postulaty mogą być spełnione. Że istnieje szkoła bez ocen i ławek, bez władzy nauczyciela nad uczniem, bez testów i kartkówek, wkuwania rzeczy, które dziecka nie interesują, bez sztywnego planu lekcji i ram czasowych, bez wypełniania dziennika. Szkoła, w której dziecko uczy się czego chce i kiedy chce. Właśnie, przede wszystkim CHCE, bo wynika to z jego woli i zainteresowań, nic tu nie musi. A uczy się głównie przez doświadczenie. Szkoła, która nie zabija kreatywności, rozwija, daje wolność i możliwość samorealizacji.
    Taka szkoła istnieje w Polsce. Wiem, bo uczestniczyłam w jej powstawaniu, a w zasadzie szerszego społecznego ruchu, bo teraz, po roku, w Polsce jest ich 8, w Warszawie, Łodzi, Krakowie, Wrocławiu i Poznaniu, a może być więcej, bo wszystko zależy od nas, rodziców.
    Ta pierwsza szkoła to poznańska Trampolina, zachęcam do zajrzenia na stronę: http://www.trampolina.szkola.pl/ A tu, na stronie fundacji, która jest inicjatorem całego ruchu znajdziecie więcej informacji i listę szkół: http://www.edukacjademokratyczna.pl/ Polecam też Facebooka: https://www.facebook.com/pages/Edukacja-Demokratyczna/319628118126011
    Nie jest to model wzięty z kosmosu, a oparty na wieloletnim doświadczeniu z innych krajów, w których żyją i świetnie sobie radzą w życiu absolwenci.
    Wtedy, ponad roku temu, gdy rozmawialiśmy w małym pokoiku, gdy słuchałam człowieka, który to wszystko zainicjował, z ogromną ilością wiary w powodzenie, brzmiał to trochę nierealistycznie, trochę utopijnie, trochę jak szaleństwo. A jednak, udało się. Udało się otworzyć tę pierwszą szkołę, a potem kolejne, zapalić do idei innych, może nie tłumy, na to potrzeba jeszcze dużo czasu, ale zawsze to dowód na to, że można coś zmienić, jeśli się chce. Nie trzeba już narzekać, na system, na nauczycieli, innych rodziców :)

    • I możesz Monika zostawić ten komentarz tam wyżej Marcie, która jest totalnym niedowiarkiem. A niedowiarkami są ludzie, którym się po prostu nie chce. Bo dobrze im tak, jak jest i nie wiem, po co zabierają głos, jeśli nie chcą niczego zmieniać, tylko odbębniają swoje godziny i nara. Moja mama stworzyła taką szkołę. Publiczną, Monika. Codziennie spotyka się z problemami – ze strony nauczycieli i rodziców. Ale się nie poddaje. Walczy! Co drugi dzień ma anonimy, że ją odwołają ze stanowiska, bo przecież „tam się nie uczy dzieci!” A wyniki ma takie, że szok! Więc jest idealnym przykładem, że można. Dzięki za ten komentarz, kochana! :*

    • Co do tego, że można coś zmienić, jeśli się chce, choć generalizując idea ta przyświeca mi całe życie, zgodzę się w tym wypadku tylko po części, bo z uwagi na to, że trampolina jest szkołą, w której czesne jest jednak dość wysokie, dla wielu rodzin jest ona po prostu nieosiągalna i dlatego nie rozwiązuje dla nich w żaden sposób kwestii edukacji dzieci. Myśleliśmy o szkole demokratycznej, ale czesne pomnożone razy 4 przez x lat edukacji mogłoby nas przerosnąć, po prostu. Dlatego walczymy w ramach naszych możliwości, jednocześnie ucząc dzieci asertywności i tłumacząc, że mają prawo wyboru, także w szkole państwowej, a najgorsze, co może ich spotkać, jeśli postanowią przeznaczyć swoj czas na coś innego niż choćby odrabianie zadania, to kiepska ocena, a ta na pewno przyniesie im mniej szkody niż poczucie zmarnowanego popołudnia ;)

    • I jeszcze odnośnie narzekania na system. To, że niewielka część społeczeństwa może sobie pozwolić na edukację poza systemem, nie oznacza, że należy zostawić go w spokoju, bo jednak większość z takich czy innych przyczyn w tym systemie pozostaje, więc według mnie trzeba walczyć o jego zmianę

    • Magda, oczywiście, że trzeba! Ile osób może sobie pozwolić na szkoły prywatne? To szkoły publiczne muszą się zmienić! Myślę, że Monice chodziło o to, że mimo wszystko można coś zrobić i ta szkoła jest tego przykładem. Teraz ważnym jest, by to wszystko przenieść na grunt publiczny…

    • Tylko że przeniesienie tego na grunt szkół publicznych jest o tyle trudniejsze, że trzeba najpierw zmienić myślenie rodziców. Do szkoły demokratycznej z założenia idą dzieci rodziców, którzy mają inny pogląd na edukację niż większość, dlatego według mnie jest to jednak nieporównywalne, co nie zmienia faktu, że pocieszające jest to, że w ogóle jest zapotrzebowanie na takie szkoły i że coraz więcej rodziców widzi potrzebę zmian :)

    • Oczywiście, że chodzi o zmiany w szkołach publicznych, w samym systemie edukacji, tu wszystko zainicjował ktoś, kto nie miał 20 lat na zmianę systemu, bo potrzebował takiej szkoły dla swoich dzieci, a wysłanie ich do jakiejkolwiek prywatniej nie załatwiało sprawy. Na czesnym w tym przypadku nikt nie zarabia, wszystko jest przeznaczone na funkcjonowanie szkoły i wraca do dzieci, natomiast od samego początku czynione są starania o to, by go nie było, o finansowanie ze strony państwa, o funkcjonowanie na normalnych prawnie warunkach, a nie obchodzeniu systemu. Od samego początku działanie oparte jest w dużej mierze na wolontariacie, na zaangażowaniu ludzi z pasą, którym przyświeca podobna idea, którzy widzą potrzebę zmian i chcą coś z tym zrobić.
      Czy w tradycyjnej publicznej szkole musi być źle? Nie musi, bo wszystko zależy od ludzi, nie każdy zasłania się systemem i Twoja mama Mira to udowadnia. Ja kochałam szkołę, bo miałam szczęście spotkać na swojej drodze kilku fajnych nauczycieli, tylko kilku, ale to wystarczyło, bym nie przejmowała się resztą. W pierwszych klasach podstawówki głównie rysowałam na lekcjach, na większości lekcji, dostawałam wielkie arkusze papieru i farby, robiłam dekoracje do klasy. Później dostawałam inne tematy do wypracowań, dodatkowe zadania na matmie, inne lektury do czytania, byłam oceniana inną miarą. Miałam cudowną wychowawczynię w liceum, która kiedy spotkała mnie pod szkołą, a nie w szkole, nie spytała „czemu nie jesteś na lekcji” tylko „mam zarąbiste pierogi, chcesz spróbować?” Usprawiedliwiała mi wszystkie nieobecności, mimo, że miałam ich ponad 30% nie pytając o nic, bo wiedziała, że mogę robić w tym czasie coś ciekawszego i jakoś nie szkodzi to moim dobrym ocenom. Na lekcji nie pytała „czemu nie notujesz?” tylko „o czym myślisz Monika?”, a ja mówiłam wtedy o czym. Na nudnych przedmiotach czytałam ulubione książki pod ławką, nie chciałam marnować czasu. Radziłam sobie jak mogłam by fajnie przeżyć ten czas, nie cierpiałam, ale wiem, że wiele dzieciaków cierpi i marnuje się tyle czasu z ich życia. W dzisiejszych czasach, kiedy za sprawą internetu wiedza jest dosłownie pod ręką dotychczasowy system nauczania oparty na wkuwaniu książek na pamięć kompletnie nie ma sensu.

    • Monika, Twój komentarz powinien wisieć w każdym pokoju nauczycielskim. To powinno być credo każdego nauczyciela!

    • Nie no, wiadomo, że w publicznych szkołach nie musi być źle, są przecież chociażby poznańskie łejery, ale jest też masa szkół „betonowych” i owszem, tam też nie musi być źle, gdybym w to nie wierzyła, stanęłabym na uszach, żeby moje dzieci znalazły się w innym środowisku. Chodzi mi bardziej o to, że w tych zwykłych, publicznych placówkach można już dziś, teraz wiele zmienić, ale najczęściej (nie twierdzę, że zawsze) będą to zmiany dotyczące jednostek (chociażby ze względu na nastawienie rodziców i nauczycieli, bo czy na nie narzekamy czy nie, ono często jest jakie jest). Może kiedyś zmieniony zostanie system, ale moje dziecko chodzi do szkoły już teraz, za rok pójdzie następne i nie mamy czasu na to, by czekać, tak samo jak założyciel szkoły demokratycznej. Dlatego ja nie narzekam, tylko walczę o zmiany dla mojego dziecka i dzięki temu ma to, co miałaś Ty kiedyś – na lekcjach może zajmować się „swoimi sprawami”, wyciąga swoje książki, może sobie rysować, dostaje inne zadania, nie musi odrabiać zadań domowych. A szkołę uwielbia i jeździ do niej z uśmiechem, a że sam ją wybrał (tak, pięciolatek siedział z nami przy stole i miał najwięcej do powiedzenia w kwestii swojej edukacji, dlatego jest dziś w szkole pływackiej), mamy tym większą satysfakcję.

    • Ha, a propos edukacji demokratycznej właśnie czytałam artykuł o Trampolinie w październikowym Zwierciadle ;)

  • Czytam I przyznaje ze czesto nie chce mi sie juz nic kiedy dziecko wraca po szkole.Marze wtedy o kubku kawy I spokojnym obejrzeniu wiadomosci-2mlodszego rodzenstwa zajmuje cala moja uwage a wolne chwile ktorych jest niewiele spedzam na zaleglosciach.Ale czytamy, po jednej stronie bajki bo syn uczy sie czytac, a w drodze do szkoly cwiczymy tabliczke mnozenia I tlumacze ze 2×3 to inaczej dwie trojki wiec mysli ..mysli I chyba oczami wyobrazni wreszcie je widzi;)

  • Bardzo dobrze, że poruszasz tę kwestię. Uważam, że małymi krokami można osiągnąć wiele. Temat ogólnie bardzo obszerny i można dyskutować i rozpatrywać wiele aspektów…W szkole u moich dzieci jest ciężko na wszystkich płaszczyznach, pomimo tego przekonałam się, że jak się chce to można dokonywać małych zmian, a z małych wielkie się dokonują ;) Mira polemizowałabym jedynie z Tobą w temacie edukacji domowej, gdyż tę formę wybierają zazwyczaj rodzice świadomi potrzeb dziecka i raczej uczą swoje dzieci przez doświadczenie właśnie aniżeli wypełnianiu zadań w książkach na podobieństwo szkoły ;) Społeczne potrzeby swoich dzieci zaspakajają poprzez organizowanie wspólnych zajęć z innymi dziećmi uczącymi się w domach, przez uczestnictwo w różnych kołach zainteresowań itp. Pozdrawiam ciepło :)

    • Kochana, Ty się ze mną nie zgadzasz, a ja z Tobą tak – schizofrenia normalnie ;)
      A tak na serio to chodzi mi o to, że nie jestem pewna, czy rodzice są w stanie wyedukować swoje dzieci. Ale jeśli jest tak jak piszesz, że to świadomi rodzice, którzy poświęcają dziecku maksimum czasu (jak pisałam w tym komentarzu) i mają ogrom wiedzy do przekazania z każdej dziedziny życia i nauki oraz organizują codziennie spotkania z innymi dziećmi to wielkie wow. Dla mnie wygląda to trochę na utopię. Nie podważam przesłania. Zastanawiam się nad wynikami. Choć pewnie w świetle dzisiejszej szkoły – statystycznie – mogą być one lepsze ;)

      Ja bym w życiu nie wzięła na siebie nauki swojego dziecka w domu. Nie czuję się w żadnym stopniu kompetentna. Jeszcze 1-3 myślę, że tak, ale później? Koszmar! A i zmobilizować się do tych lekcji – jakkolwiek miałyby one nie wyglądać – nie wyobrażam sobie siebie. Poza tym dla mnie to rezygnacja ze swojego życia. Nie jestem w stanie się tak poświęcić. Podziwiam tych rodziców, naprawdę! Medale dla nich!

    • No to się dogadałyśmy ;) Wokół mnie mam wiele pozytywnych przykładów związanych z edukacją domową, dzieciaki osiągają świetne wyniki i rozwijają swoje pasje. Na pewno nie jest to dla wszystkich, z tym się zgadzam.
      Książkę, którą polecasz na pewno zakupię i przestudiuję, temat wart uwagi zwłaszcza przy czwórce, hi, hi.

  • Hę? Oczywiście, że inteligencja jest dziedziczona genetycznie i to co ciekawe w 80% przypadkach po matkach, a tylko w 20% po ojcach (to znaczy bardziej inteligentne matki częściej mają równie inteligentne dzieci niż bardziej inteligentni ojcowie, ale ma tu też znaczenie wiek, bardziej inteligentne dzieci mają zazwyczaj starsi ojcowie). Wrodzoną inteligencję można rozwijać, albo można ją deprecjonować. Najważniejsze w rozwoju mózgu jest zdrowe odżywianie i nauka. Albert Einstein prawdopodobnie cierpiał na autyzm (Zespół Aspergera raczej), stąd jego nieszablonowe myślenie. Pobudzanie kreatywności to mit dzisiejszych czasów. Zazwyczaj to słowo-klucz marketingowców, którzy chcą opchnąć kolejnym naiwniakom produkty dla dzieci. Jestem uczulona na to słowo i omijam wszelkie zabawki określane mianem kreatywnych, bo z kreatywnością czyli twórczym myśleniem nie mają kompletnie nic wspólnego.

    • Jakich znowu neorobiologów? Przecież gołym okiem widać, że niektóre małe dzieci są zdolniejsze, a inne nie i to jeszcze na wielu płaszczyznach (samych rodzajów inteligencji jest więcej niż jeden). Różnimy się inteligencją w populacji, tak było zawsze. Ktoś musi kopać rowy, ktoś musi być lepiej wykształcony, inaczej społeczeństwo nie byłoby w stanie normalnie funkcjonować. Gdy te proporcje są zaburzone, zaczynają się problemy w państwie, co jasno widać w Europie Zachodniej, która musi importować siłę roboczą (za dużo wykształconych yntelygentów pod krawatem, za mało ludzi mających fach w ręku). Ale to oczywiście pogląd nie po myśli rodziców i uczelni produkujących kolejnych debili-magistrów. Rodzimy się z różnym potencjałem mózgu, tak po prostu jest i warto się z tym pogodzić. Nie wszyscy nadają się do studiowania, nie wszyscy nadają się do matematyki, widać jasno po „obowiązkowych” maturach, których poziom obniża się z roku na rok, a i tak wielu ludzi nie jest w stanie ich zdać. To dlatego, że kiedyś do matur podchodziła góra 1/4 społeczeństwa. Reszta szła po prostu do pracy.

    • No właśnie nie jest tak jak piszesz, Lavinka. Właśnie udowodniono, że wszyscy rodzimy się z identycznym potencjałem. Ale nie będę Ci tu książek przepisywać. Jak masz ochotę to sięgnij do literatury. Buziaki!

    • To ja poproszę źródło. Nie onet, tylko rzetelne, naukowe. Po pierwsze dlatego uważam, że to bzdura, bo np. dzieci z zespołem Downa nie są tak samo inteligentne. Więc już nieprawda, że wszyscy. Po drugie – nie można określić inteligencji w dniu urodzin, to się ujawnia z wiekiem. Więc znów bzdura. Logicznym jest, że jeśli różnimy się od siebie pod kątem różnych zdolności, np. mamy lepszy lub gorszy wzrok, lepszy lub gorszy słuch, lepszą lub gorszą orientację w terenie – ma to bezpośredni wpływ na naszą inteligencję. Nie bez przyczyny bliźnięta jednojajowe mają podobny potencjał umysłowy, nawet jeśli wychowywały się z dala od siebie, gdy już dwujajowe – różnią się.

    • Lavinka podałam wiele źródeł w teście i w komentarzach. Sorry, ale Onet nie jest źródłem, a właśnie na Onecie piszą, że inteligencja jest dziedziczona genetycznie. I pokazałam w tekście, że ludzie z syndromem Downa kończą studia, czego nie udaje się wielu zdrowym dzieciom! Oczywiście, że ujawnia się z wiekiem, bo jedne dzieci zatrzymują się w rozwoju, inne cofają, a inne rozwijają. To chyba logiczne, nie?

    • Wystarczy mi jej pożal się boże twórczość i inne nieudolne próby zostania kimś sławniejszym od ojca i nieumiejętne wykorzystywanie do tego „skandalu”. Niestety odzew jest adekwatny do jej talentu, czyli bardzo słaby.

    • Minimaliv, właśnie dlatego się pytam o źródło, bo go w Twoim tekście nie ma. Klikam, klikam i nic. Podejrzewam, że po prostu źle zrozumiałaś. Na etapie zygoty, czy bardzo wczesnego niemowlęctwa nie tyle nie różnimy się inteligencją, co nie jesteśmy w stanie jej zbadać, bo mózg jest zbyt niedojrzały. Tu się z neurobiologami zgodzę, nie powinno się zbyt wcześnie diagnozować niedorozwoju lub geniuszu, bo mózg człowieka rozwija się w różny sposób u różnych ludzi. U jednych harmonijnie, u innych trochę na opak, tak jak w przypadku Einsteina właśnie. I też się zgadzam, że wpychanie małego dziecka w sztywne ramy (np. to sławne wbijanie na terapię, bo nie siedzi mając 7 miesięcy albo nie chodzi mając rok, albo nie mówi mając 2 lata) jest dlań krzywdzące.

      Poza tym pamiętaj, że ukończenie wyższej uczelni nie ma kompletnie nic wspólnego z inteligencją. To są dwie różne rzeczy, naprawdę. Setki niesamowicie inteligentnych ludzi nie studiuje, tylko uczy się programowania i bez żadnych studiów zarabia potworne pieniądze. To nie wykształcenie czyni człowieka inteligentnym, ale ambicja i pęd do wiedzy oraz samorozwoju. Dziś większość ludzi idzie na studia po papier i ma pretensje do wykładowców, że wymagają samodzielnej pracy i wiedzy. To jest właśnie objawem niskiego potencjału umysłowego. Niechęć do nauki, niechęć do czytania, niechęć do poszerzania wiedzy i zdobywania nowych umiejętności. A nie dyplom magistra ekonomii zrobiony copy-clipem.

    • Lavinka, możesz tego nie wiedzieć, ale mózg się bada już w życiu płodowym! Jak możesz pisać, że mózg jest niedojrzały – wiesz cokolwiek o mózgu i jego budowie, czy to Twoje luźne przemyślenia?

      Czy wiesz na przykład, że niedawno angielscy badacze wykazali, że płód między 35. a 37. tygodniem ciąży potrafi rozróżniać przyjemność od bólu? A jeszcze 25 lat temu, wskutek braku tej wiedzy, wcześniaki operowano bez znieczulenia!

      Ja wiem, że ciężko jest przyjąć, że każde dziecko rodzi się zdolne, dopiero czynniki środowiskowe i dieta wpływają na jego inteligencję i rozwój mózgu. „W mózgach zmarłych osób, które według obowiązujących u nas kryteriów były uznawane za zdolne, nie udało się wykazać istnienia specyficznych struktur neuronalnych czy nietypowych połączeń w sieci komórek nerwowych. A za co innego miały odpowiadać geny tych wyjątkowych jednostek, jeśli nie za charakterystyczną budowę mózgu?” (cyt. Wszystkie dzieci są zdolne). Więc do dzisiaj naukowcy nie znają nawet genu, który miałby rzekomo odpowiadać za talent i inteligencję! Bo to nie jest dziedziczne!

      I ja nie mówię, że studia są wyznacznikiem, chyba nie zrozumiałaś. Podałaś przykład, że ludzie z zespołem Downa są mało inteligentni. No są na tyle, żeby chociażby zdać wszystkie egzaminy, co niekiedy nie udaje się ludziom zdrowym – czy rozumiesz o co mi chodzi?

      Nie ma czegoś takiego jak wrodzona inteligencja. Mózg się rozwija i tworzy połączenia neuronalne, które są odpowiedzialne za talenty, za inteligencję. Inteligencja, to rzecz nabyta. Można ją posiąść, a można ją stracić! Mózg jest neuroplastyczny – da się go ukształtować, a więc inteligencję też. Ale naprawdę trzeba trochę poczytać, zainteresować się, dotrzeć do literatury, a nie pisać „jakich znowu neurobiologów?” Ano takich, którzy dostają nagrody Nobla za swoje badania nad mózgiem. Ale Lavinka wie lepiej :)

    • Lavinka, jeszcze polecam książkę Marzeny Żylińskiej „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi”. Kopalnia wiedzy i opisy z wynikami badań. Polecam, jeśli jesteś zainteresowana tematem, książka napisana przystępnie, dla każdego.

    • Nie rozumiemy się. Inteligencja to sposób używania mózgu, a nie bezpośrednio różnica w jego budowie, chociaż oczywiście objętość czaszki ma jakieś tam znaczenie. Ale też można mieć mniej neuronów, a aktywniej je używać (dlatego np. kobiety mają podobny poziom inteligencji do mężczyzn mimo mniejszych mózgów). Ale już pomiędzy poszczególnymi gatunkami różnice są spore. Mamy dużo większy mózg od małp, jesteśmy bardziej inteligentni. Mogę się założyć, że na pewnych stadiach rozwoju mózg płodów neurologicznie niczym nie różni od mózgu gadów czy później ssaków naczelnych. A jednak to my mówimy, tworzymy nowe technologie itd w życiu dorosłym. Coś sprawia, że nasz mózg nie zatrzymuje się na pewnym stadium, tak jak jest to u reszty zwierząt, ale idzie dalej i dalej. Małpy nie nauczysz tyle, co sześcioletnie dziecko. Pewnych rzeczy nie da się wyćwiczyć. Weźmy już sam sposób myślenia, jedni mają umysły bardziej ścisłe, inni lingwistyczne, inni w ogóle ciężkie do zaszeregowania. Geniuszy poznaje się po tym, że mimo braku konwencjonalnej nauki robią genialne rzeczy. Są ponad przeciętnie inteligentni. Weźmy naszą słynną noblistkę Marię Curie. Za jej czasów dzieci w zasadzie uczono tylko czytać i pisać, a ona już we wczesnym dzieciństwie odstawała od rówieśników. Jej prawnuki nadal zajmują się nauką na najwyższym uczelnianym poziomie (to swoisty klan naukowców w Europie). I jak tu nie wierzyć w geny? To, że nie znaleziono genu inteligencji, nie oznacza, że on nie istnieje. Moim zdaniem to niemożliwe, by istniał jeden gen inteligencji, skoro nawet długość nosa jest definiowana przez bodaj 10 genów, a kolor skóry przez 4. To musi być wiele współpracujących ze sobą grup. Jak wytłumaczysz genialne zdolności u dziecka, które nigdy nie chodziło do szkoły? Albo całkowity brak zdolności samodzielnego myślenia u osoby z doktoratem? Przypadek? Ani trochę.

      Naukowcy często dochodzą do sprzecznych ze sobą wniosków, mogę się założyć, że w półświatku niejedna osoba z nimi polemizowała. Nobla teraz można dostać za byle pierdnięcie, np. dostaje go nie twórca jakiegoś wynalazku, ale ten, kto sobie Nobla załatwił przez układziki. Np. sprawa odkrycia niebieskiej diody. Nobla dostała wcale nie pierwsza osoba, która ją odkryła, ale któraś tam z kolei. Czasem odkrycie następuje w kilku miejscach świata równocześnie, a potem nagrodę dostaje tylko jedna osoba lub zespół. Albo nagroda dla Obamy, który w tym samym roku wywołał wojnę. Szkoda słów. Zresztą nie tylko w kwestii nagród sprawa jest dyskusyjna. Kilka lat temu namawiano na tłuszcze roślinne w diecie, bo niby takie zdrowe a teraz okazuje się, że szkodzą bardziej niż zwierzęce. Albo okazało się niedawno, ze dzieci u których wcześniej rozszerza się dietę, rzadziej zapadają na alergie pokarmowe (wcale nie te, co pół roku na piersi, ale właśnie te od 3-4 miesiąca życia). Albo same badania nad autyzmem, co pół roku wychodzi coś nowego, co często przeczy pozostałym badaniom. Genu autyzmu też nie ma, a jednak coraz więcej poszlak, że jednak jest to choroba wrodzona, lub powstała we wczesnym stadium płodowym.

      Na Twoim miejscu nie upierałabym się przy zdaniu neurobiologów, bo za rok dwa mogą to radośnie odszczekać. :)

    • Lavinka, ciągle odwołujesz się do pojęcia inteligencji, ale czym ona właściwie jest? Problem z inteligencją jest taki, że jest pewnym konstruktem wymyślonym przez naukowców na początku XX wieku. Nie istnieje jedna definicja inteligencji ( podasz mi jedną definicję to ja ci odpowiem inną według innego naukowca). Czy inteligencja to coś co można znaleźć w naszym mózgu, jakaś całość, jakiś hardwire w naszym mózgu?- nie. Brak jednolitej definicji inteligencji, brak zgody czym ona właściwie jest, więc ciężko mi się zgodzić z twoją argumentacją odwołującą się ciągle do pojęcia, które nawet nie jest jasno zdefiniowane. Tak naprawdę inteligencja jest czymś, co mierzą testy inteligencji, w których udowadniasz tylko to co chcesz, żeby było udowodnione.

      Nie rodzimy się z żadną wrodzoną inteligencją- rodzimy się z pewnym wrodzonym potencjałem, indywidualnym dla każdego, który można rozwijać lub nie.

    • Lavinka, teraz pojechałaś już po całości. Ja Ci nie będę niczego tłumaczyć, bo to nie ma sensu, mogę tylko z Tobą dyskutować, ale nie wiem, czy nie szkoda naszego wspólnego czasu… Po raz kolejny odeślę Cię do literatury, bo nie wierzę w to, co czytam, co piszesz… :) Mimo wszystko lubię z Tobą dyskutować, bo masz swoje twarde stanowisko i to mi się podoba. Tylko, czy to stanowisko jest czymś poparte? Ty mnie prosisz o źródła – podawaj je także. Poprzyj każdą tezę badaniami, a nie swoimi przemyśleniami. Dasz radę? Bo na wszystko, co napisałaś jest odpowiedź chociażby w dwóch książkach, które Ci poleciłam. Ale naprawdę nie będę ich tutaj przepisywać, bo to nie ma sensu.

      Nie sądzę, żeby neurobiolodzy mieli cokolwiek „odszczekiwać”, bo na dzień dzisiejszy – ich stan wiedzy jest właśnie taki. Oni mózg badają bezustannie. A sama piszesz, że nie znaleziono genu odpowiedzialnego za inteligencję. Jak znajdą, to pewnie będą się zastanawiać i… badać dalej!

    • Joanna, tak właśnie, chodzi o jednakowy potencjał. Używanie mózgu w jakiś konkretny sposób powoduje tworzenie się sieci neuronalnych, odpowiadających za inteligencję. Z nią się nie rodzimy… :)

  • Jan Peszek, mocno: „Współczesny, wychowany na testach i próbujący sprostać jakimś kretyńskim punktacjom uczeń to ktoś zupełnie martwy. Uważam, że obecny system zadaje młodemu człowiekowi śmierć, zabierając mu szansę na wysłyszenie własnego głosu, który ustosunkowuje się do danego tematu. On musi być kalką jakiegoś wzorca, ma zebrać tylko ilość punktów. W taki to sposób wychowuje się społeczeństwo trupów i to jest dla mnie perspektywa wręcz przerażająca”.

    • No, widząc po jego córce, chyba posłał ją do niewłaściwej szkoły. Tak popapranej babki nie widziałam od lat. No cóż, dorastanie w cieniu sławnego ojca, który wie wszystko najlepiej, musi być trudne ;)

    • Lavinka, znasz osobiście Marię Peszek? Skąd wiesz, że jej ojciec jest wszystkowiedzący? Może nie bardziej niż każdy inny ojciec. Wyraża tu tylko swoje zdanie na temat, jako istota myśląca, a ja je przytaczam nie jako opinię wielkiego autorytetu, tylko artysty i humanisty, w którym, podobnie jak we mnie nie ma zgody na taki system oceny.
      Nie mogę zgodzić się z uczeniem pod testy, pod gotowe rozwiązania, marnowanie godzin, dni, tygodni na ich wypełnianie, w wielu przypadkach uczenie się tylko tego, co będzie w teście. To zabija kreatywność, twórcze myślenie, myślenie w ogóle, ludzie to nie roboty, to, że poprawnie zaznaczyłaś odpowiedź, że coś zapamiętałaś świadczy tylko o tym, że masz dobrą pamięć, że pamiętasz, w tej chwili i tyle.
      Nie wyrosłam w pokoleniu testologii, nie mam jeszcze dziecka w szkole, ale mogę przytoczyć jeden przykład ze swojego życia. Zdawałam na psychologię, 21 osób na miejsce, jedyna forma egzaminu to test, w większości wyboru, część pytań wymagała uzupełnienia, pytania konkretne, kto, co, kiedy, żadne tam sprawdzające czy potrafisz myśleć. Szłam jak burza, w 1/3 czasu zrobiłam 90%, aż trafiłam na dwa pytania dotyczące lektur, których nie mieliśmy w szkole, nawet nie wiedziałam, że są lekturami. Nie było możliwości żebym na nie odpowiedziała, żadnej. Żeby dostać się na studia i pokonać 20 innych osób musiałam dobrze odpowiedzieć na wszystkie pytania, a te 2 przesądziły o tym, że się nie dostałam. O czym świadczył wynik tego testu? Że nie mam predyspozycji, wystarczającej wiedzy, bo nie przeczytałam 2 książek? Przeczytałam setki, tysiące innych, biłam rekordy czytelnicze i zgarniałam za to nagrody jeśli o to chodzi.
      A wynik tego testu zadecydował o mojej przyszłości. Do tej pory ani razu nie pomyślałam, że mogę się tam nie dostać, nie było takiej opcji, do tego stopnia, że nie pozostawiłam sobie żadnej alternatywy, a siedząc tam wiedziałam już, że wszystko stracone i że to cholernie niesprawiedliwe.
      Więcej na temat testów tu: http://natemat.pl/60303,jacek-zakowski-wzywa-by-zlikwidowac-testy-w-szkolach-men-przekonuje-ze-to-najlepsza-metoda-oceny

  • Lavinka, z przyjemnością przeczytałam Twój post, bo też uważam, że „takasamość” to zupełne nieporozumienie. Neurobiolodzy to swoja drogą taka kasta, która wszystko z definicji upraszcza i grupuje: miłość =chemia, zdolności=rzecz nabyta, duchowość = oszustwo przenarkotyzowanego serotonin, dopaminą i innymi mózgu . Szkiełko oko i tabela statystyczna. Dzieci rodzą się jakieś. Moje dziecko jest genialnie rozwinięte lingwistycznie i ma zasób słów dzieci dwa razy starszych od siebie, ale ruchowo jest raczej ostrożnie i zachowawcze, samo wymysla sobie zabawy i tworzy rzeczy z niczego, ale nie lubi non-stop włączonej muzyki. Moja sistrzenica jest nieprawdopodobnie rozwinięta ruchowo i skoordynowana idealnie od pierwszego kroku, ale nie umie skupic uwagi na niczym dłużej niż okamnnienie – no chyba, że jest to lego Wszystkie te cudne różnice są z nami od pierwszego spotkania po tej stronie brzucha. Nasze dzieci pójdą prawdopodobnie do prywatnych/społecznych szkół gdzie rodzice i nauczyciele mają nieco większy wpływ na styl nauczania zgodny z systemem wartości naszych rodzin.

    • Rachel, ale co ma jedno do drugiego? Wiesz co, obraziłaś mnie, obraziłaś naukowców, nazywając nas nieukami. Ja tez mogę powiedzieć, że jesteś nieukiem, bo nie rozumiesz o co chodzi z „takąsamością”! Nie chodzi o to, że te dzieci są takie same! Jakbyś przeczytała książkę, zapoznała się z materiałami to byś wiedziała. Ale nie – od razu osądzasz. Wyobraź sobie, że oni uważają, że każde dziecko przychodzi na świat z takim samym potencjałem do nauki, do rozwoju! A nie, że wszystkie dzieci są takie same! Właśnie podkreślają to, iż każde dziecko ma swój talent i należy go odszukać! Chodzi im o to, że każde dziecko jest genialne, ale nie TAKIE SAMO! Głupoty piszesz i tyle. Doucz się i wtedy pogadamy, póki co – szkoda mi czasu na polemikę z Tobą, bo nie rozumiesz podstawowych zagadnień. Pozdrawiam.

    • Marta, a z naukowcami potrafisz? To oni wymyślają szkołę na nowo. Nie ja. Ja się tylko (i aż) całkowicie z nimi zgadzam. Świat oparty na testach to sprowadzenie nas wszystkich pod kreskę. Świat oparty na ignorancji nauczycieli i rodziców zabiera dzieciom szczęście. Zabiera im radość z poznawania tego świata w sposób dla człowieka naturalny.

      Ty także moim zdaniem jesteś ofiarą systemu. Wydajesz się wspaniałą osobą stłamszoną przez jakieś ramy. A te ramy trzeba rozwalać. Nie mówić, że się nie da. Trzeba otworzyć się na nowe, a nie tkwić w starym. Pozdrawiam Cię ciepło.

  • Ja jako nauczycielka wiele bym chciala i wiele robie, na ile mozliwosci pozwalaja. Wielu rzeczy zas zrobic nie moge, bo dzieci sa niewychowane. Tak po prostu. Nie potrafia sie zachowac, nie wiedza, co to granice, nie rozumieja, jak sie o cos prosi. Samowolka wyniesiona z domu. Nie sa to dzieci z rodzin patologicznych, a normalni Kowalscy. Rodzice nie maja czasu, zeby wychowac swoje dzieci, bo pracuja w kolko. Dzieci wychowuja sie same…
    I jak ja mam takie dzieci wpuscic w grupe i powiedziec, ze teraz maja same pracowac/eksperymentowac/myslec itd? Te dzieci odczytuja to jako wolny bilet do robienia glupot. I jesli sama nie stane przy tej grupie i nie pokieruje od poczatku do konca, to nic z tego procesu poznawczego nie bedzie. A bedac sama z kilkoma grupami nie jestem w stanie stac przy kazdym takim dziecku.
    Dobrze piszesz, tak ogolnie, teoretycznie. Bo to co piszesz mogloby byc realizowane tam, gdzie rodzice faktycznie troszcza sie o swoje dzieci, a nie tylko kupuja im cuda-wianki i posylaja do placowek prywatnych w nadziei, ze ktos inny wyreczy ich w precesie wychowania. Dzieciom, ktorym nie poswieca sie czasu w domu (a ktorych coraz wiecej) po prostu nic sie nie chce. I w grupie im sie nie zachce. Musialabym z kazdym z osobna eksperymentowac w pojedynke.
    Reasumujac: W czasach samowolki, egoizmu i pogoni za pieniadzem trzeba zaczac reforme szkolnictwa od reformy rodziny.

    • Hiena, piękny komentarz, dziękuję. Zgadzam się z Tobą. Niejednokrotnie pisałam, że wychowanie zaczyna się i kończy w domu. To na rodzicach ciąży obowiązek wychowawczy. Szkoła ma tylko wspierać to wychowanie, a przede wszystkim uczyć. Czyli jak widać – zmiana powinna iść dwutorowo: system i dom. Dlatego piszmy o tym, mówmy, uświadamiajmy. Nie wiem, czy to coś da, ale chcę wierzyć. Pozdrawiam!

  • Całość tekstu jest świetna i jedynie z tymi logopedami przykład mi nie pasuje. Bo im nie chodzi o wyścig szczurów z tym „272 słów na dwa”, tylko o odpowiednio wczesne zdiagnozowanie problemów ze słuchem u dzieci. A jeśli dziecko mało mówi, to w większości przypadków, jest to spowodowane takim lub innym problemem zdrowotnym i należy na to zwrócić uwagę.

    • Witaj mój ulubiony ojcze! :)

      A to logopedzi stwierdzają, czy dziecko ma słaby słuch, bo ja się nie znam… Słuch Tośki badali już po porodzie w szpitalu, ale rozumiem, że może się pogorszyć od urodzenia… Jeśli jest tak jak piszesz, to ok, ale oni nie trąbią: „zbadajcie dzieciom słuch”, tylko: „Twoje dziecko jeszcze nie mówi!” :) Jakoś tak myślę cichutko, że chodzi o coś innego… ;)

    • To ja się wtrącę, Kamil całkowicie się z Tobą zgadzam i byłabym bardzo daleka od sugerowania, że jednak logopedom o coś innego chodzi, oni naprawdę ciężko pracują z dziećmi, które potrzebują pomocy i wielu jest tam ludzi z powołania. My może tego nie dostrzegamy, ale oni pracując z dużą ilością dzieci widzą, ile razy można by było dużo skuteczniej pomóc dziecku, jeżeli diagnoza byłaby wcześniej postawiona. Ja jako rodzic widzę ich chęć zmiany sytuacji i pomocy dzieciom, a akcja świadczy o tym, że potrafią współpracować w dobrym celu, bo chcą coś zmienić na lepsze. Nie znam tych logopedów osobiście, ale jako zaangażowany rodzic i na potrzeby bloga uważnie tę akcję śledziłam.

  • A u siebie na blogu pisałem, że nauka zaczyna się w domu i to rodzice powinni być najważniejszymi nauczycielami. Szkoła daje też coś bardzo ważnego – podstawy wiedzy. Praktyka tylko dom. Do każdej praktyki potrzebna jest teoria, i taką dostajemy w szkole. Liczą się tylko umiejętności? „Co z empatią, planowaniem działań, oceną skutków, kontrolowaniem impulsów, radzeniem sobie ze stresem i emocjami? Tego nie da się nauczyć z książek.” – tego szkoła nie musi uczyć. Tego powinni uczyć rodzice. Problem w tym, że szkołę traktujemy na zasadzie bomby – odpalić (dać dziecko do szkoły) i się odsunąć – broń boże czegoś dotknąć. Jeśli zaś chodzi o „testy”, to wybacz, ale w szkole to pikuś – codziennie jesteśmy bombardowani testami i punktami. Nawet ilość „lajków” ma dla nas znaczenie. Z jednym się zgadzam, dziecko potrzebuje doświadczenia, ale nie dostanie go w szkole. I to działa to dokładnie tak jak piszesz. Mówię las, to nie pokazuję książki, tylko zabieram do lasu. Mówię lew, zabieram do zoo. Mówię zimne, pokazuję kostkę lodu – i tak po kolei.

    • Zgadzam się z Tobą, Bartek. Ja też zawsze mówię, że dom to podstawa. Ale zrozum, że nasze dzieci spędzają w szkole większość życia. Naprawdę uważasz, że szkoła nie powinna uczyć umiejętności miękkich? Że tylko do rodziców należy ta działka? Ja uważam, że te dwie instytucje, rodziny i szkoły powinny się uzupełniać. Więc fakt, szkoła nie może być miejscem podrzucenia dzieci i nie możemy oczekiwać, że będzie za nas wychowywać dzieci, ale musi w tym pomagać! Bo szkoła to drugi dom przecież. Nasze dzieci powinny mieć warunki do bycia szczęśliwymi wszędzie. Nie tylko w domu.

      Ilość lajków jest jakoś tam potrzebna, gdy prowadzisz biznes (blog to też dla wielu biznes). Jeśli dla Ciebie osobiście liczą się lajki, to – bez urazy – chyba masz problem… ;)

    • Ja dobrze wiem ile moje dzieci spędzają w przedszkolu. Przeraża mnie to nawet, bo więcej niż w domu. Szkoła jednak to taka masówka, fabryka. Ma wyprodukować tyle i tyle w określonym czasie. Nie spodziewaj się, że 1 nauczyciel poświęci czas jednemu dziecku, skoro ma ich 30 w klasie. Zapewne wszystko rozbija się o „kasę”, bo znam kilku nauczycieli i wiem, że chęci nie brakuje. Rozwiązanie? Prywatna szkoła? Nauczanie w domu? Tylko kto ma kasę albo umiejętności, żeby przekazać wiedzę samemu? Szkoła ma dać podstawy, pewną wiedzę, którą ciężko nauczyć „z internetu”. (Off topic. Jak słyszę, że wiedza jest powszechna i każdy ma do niej nieograniczony dostęp, to pytam się czemu tak wielu jest tępaków wokół? Komu się chce uczyć samemu? ) Problem w tym, że rodzice zajęci zarabianiem „na życie”, zapominają o swoich dzieciach. Jest jeszcze drugi problem, którego nikt jakoś nie zauważa. Przykład, w przedszkolu jest 25 dzieci, mamy więc potencjalnie 25 rodziców, którzy przyjdą na zebranie. Teraz pojawia się problem: 10 listopada jest dniem, za który panie kucharki mają wolne (za 1 listopada w sobotę). Przedszkole ładnie prosi, żeby w miarę możliwości nie przyprowadzać dzieci, bo przedszkole (dodajmy publiczne) po prostu tego dnia, będzie pracować w bardzo ograniczonym zakresie (każdy ma prawo do dnia wolnego). Zgadnij jak dyskusja się pojawiła i problemy, że czemu tak, że czemu nie 3 listopada, że komuś tak nie pasuje, bo nie. Teraz pomyśl, masz 30 osób w klasie, każdy rodzic ma trochę inny światopogląd, jeden pozwoli dziecku zrobić dziarę, drugi będzie ateistą, trzeci wychowuje syna na „twardziela”, więc jemu „miękkie umiejętności” nie są potrzebne, a czwarty to zagorzały katolik, który uczy zgodnie z biblią, że ziemia jest płaska. To jak pogodzić wszystkich? Nie da się.

      P.S. Na ilości lajków mi zależy, bo to jedna z metod promocji mojego bloga. Ja twój blog zalajkowałem, a ty? ;-)

  • Logopedzi stwierdzają, że dziecko ma problem z nauką słów i kierują na badania słuchu. A tam już najróżniejszych rzeczy się można dowiedzieć, których nie ma, gdy dziecko się rodzi i ma badany słuch. U nas na przykład syn gorzej słyszy tylko gdy jest chory, bo zwiększają mu się znacznie migdałki. I przez to jego mowa była opóźniona o jakieś 6-12 miesięcy. Obecnie jest już wszystko w porządku, ale gdyby nie zauważyli tego dość szybko, to ten problem mógłby się pogłębiać. Dlatego ja akurat zawsze zwracam na to uwagę innym rodzicom, gdy ich dziecko nie mówi zbyt wiele. I polecam stronę http://www.272slowa.pl/ :)

  • Bardzo bardzo mądry tekst. Czytałam ostatnio tekst o wpływie zabawy na rozwój dziecka. Jak najwięcej bawmy się z dziećmi przez zabawę można nauczyć się dużo więcej niż przez klepanie regułek. Zamiast zasypywać dziecko wieloma cudownymi gadżetami dajmy mu mozliwość kombinowania, wymyślania rozwiania wyobraźni, kreatywności. Pozdrawiam

  • Zgodzę się z Tobą, że dziecko uczy się poprzez doświadczenia. Wizyty w sklepie, w restauracji, lesie czy na wsi są dla nich fajną, niezapomnianą lekcją. Nie zgodzę się jednak, że ci mierni uczniowie odnoszą sukcesy a ci wzorowi nie. Mój mierny kolega miernie skończył, a najlepsze uczennice ze szkoły odnoszą swoje sukcesy. Nie ma tak, że każdy, kto robi co chce i komu się pozwala na to zostanie geniuszem na miarę EINSTEIN’A. DO tego potrzeba czegoś więcej, pasji, zainteresowań, ciekawości. Nie generalizujmy w żadnym kierunki. Bo musi się chcieć, żeby coś osiągną, bo trzeba wstawać jak się upadnie, bo trzeba w siebie wierzyć. Tak dla przykładu. Wczoraj Sue poprosiła mnie, żebym zapisała Ją na konkurs matematyczny, trochę się zdziwiłam, bo nie widziałam u Niej wielkiego pociągu do matematyki, ale ok, chce proszę bardzo. I wracamy dziś ze szkoły i Ona mówi koleżankom, że będzie brała udział w olimpiadzie. Na co Jej koleżanki, trzy koleżanki: ” Też bym mogła iść, ale mi się nie chce”. Podejście do życia dzieci w klasie drugiej. Jeśli teraz nie ma w nich ciekawości to raczej wątpię by ona się narodziła.

  • Niestety nie moge sie w pelni zgodzic z tym co napusalas. Dyskutowac bym mogla o tym dlugo pisac az tyle mi sie nie chce wiec przytocze tylko jeden argument / historyjke.

    Szwagierka mojego meza pracuje w szkole w biednej dzielnicy Chicago. Rodzice dzieci nie przykladaja duzej uwagi do edukacji dziec, nie pilnuja zeby dzieci mialy odrobiona prace domowa. Szkola Barb i inne szkoly prowadza statystyki i z tych statystyk wynika, ze jesli w drugiej klasie dziecko nie czyta na poziomie drugiej klasy to jego szanse na skonczenie liceum sa niskie a na skonczenie collegeu wrecz zerowe. Czy zdarzaja sie wyjatki? Jasne ale to rzadkie przypadki, ja rozumiem optymizm ale chyba nie powinnismy zakladac, ze nasze dziecko bedzie Einstainem:). Sa umiejetnosci, ktorych zdobycie niestety wymaga ciezkiej pracy i nie jest zbyt fascynujace, tego sie nie przeskoczy. Nie zapewnienie dziecku tych umiejetnosci powinno byc zbrodnia. Poza tym mowienie, ze uczen szostkowy sobie nie poradzi w zyciu jest niesprawiedliwe. Ten dzieciak juz odkryl jakis tam sposob na radzenie sobie i istnieje spora szansa, ze w przyszlosci sie zaadoptuje takze do nowych warunkow. Mieszkam kolo doliny krzemowej i znam kilka osob, ktore w szkole i na studiach byli prymusami. Zatrudnil ich google, faceboo itd. Niektorzy maja niewiele ponad 40 lat I sa juz na emeryturze a o pieniadze nie musza sie martwic ani oni ani ich dzieci. Teraz podrozuja po swiecie, urzadzaja tygodniowe trekkingi po Sierra Nevada, zajmuja sie dzialalnoscia charytatywna. Chyba sobie jednak poradzili.

    • Niestety nie mogę zgodzić się z tym co napisałaś. Jeżeli dziecko na poziomie drugiej klasy nie czyta, to znaczy, że ktoś go tego nie nauczył. A to nie znaczy, że nie nauczy się tego w przyszłości. Udowodniono naukowo, że mózg jest neuroplastyczny. Fakt, że najwięcej neuroprzekaźników tworzy się między 6 a 7 rokiem życia nie determinuje tego, że dziecko nie będzie umiało czytać i będzie głupie! Nikt nie zakłada, że nasze dzieci mają być Einsteinami, nie zrozumiałaś chyba tekstu. Chodzi o to, żeby dzieci były szczęśliwe i uczyły się przez doświadczanie, bo tylko tak mogą się uczyć efektywnie! Nie mówię, że uczeń szóstkowy nie radzi sobie w życiu, kobieto, czy umiesz czytać ze zrozumieniem? Trafia mnie już któryś dzień, gdy muszę dyskutować z kimś, kto nie rozumie, co czyta! Napisałam wyraźnie, że większość ludzi, którzy osiągnęli sukces to ludzie, którzy nie skończyli szkoły! Bo oddali się swojej pasji i tym wygrali życie! Gdzie było napisane o tym, ze sobie nie poradzą ci szóstkowi, no gdzie? Ręce mi już opadają i wychodzę z siebie. Sorry. PS. Mój Lucek nie skończył szkoły żadnej i właśnie pracuje dla Google. Można i tak?

  • „A orły z szóstkami na świadectwie nie radzą sobie w życiu.” Ze niby historia lydzkosci to pokazuje? Jak przesledzisz zyciorysy osob z nagroda Nobla to sie okaze, ze jednak calkiem niezle sie uczyli a oprocz tego mieli pasje i zainteresowania. Czy mozesz dyskutowac a nie przechodzic do personalnego ataku. Co do pierwszego punktu to przytoczylam fakt, mozna sie zastanawiac czemu tak jest ale tak jest i juz. Napisalam tez, ze zdarzaja sie wyjatki ale to sa wyjatki, czemu? Moze dlatego, ze pozniej ciezko nadrobic stracony czas, znalesc chwile na nadrobienie zaleglosci. A w wieku 16 lat te dzieci ida juz do pracy, rezygnuja z nauki w liceum. Tak sie dzieje i wlasnie troche przez rodzicow ktorzy nie dbaja o wyksztalcenie dzieci, tak ktos ich tego nie nauczyl i niestety wiekszosc nauczy sie zbyt pozno zeby nadgonic reszte, zniecheci sie I rzuci szkole. Poza tym uwazam, ze moj komentarz byl kulturalny, po prostu sie nie zgodzilam z jakas tam czescia Twojego tekstu, to nie koniecznie znaczy, ze nie umiem czytac ze zrozumieniem.

    • I wybacz, powinnam napisać – „z reguły nie radzą sobie w życiu”. Tak, to mój błąd. „Jeśli choć jedna osoba źle pojmie Twoje przesłanie, znaczy to, że tekst jest źle zredagowany”. Nie zakładam nigdy, że ludzie czepiają się słówek. Bardzo źle z mojej strony.

  • Świetny tekst. Mam podobne zdanie na temat zrównywania wszystkich dzieciaków do jednego poziomu. Tak się po prostu nie da, bo każde z nich rozwija się inaczej. Ja się długo martwiłam, że mój synek nie mówi ( zaczął tak na poważnie jak miał 3,5 roku), a teraz od pół roku buzia mu się nie zamyka. Potrzeba mu było czasu. Tylko niektórzy życzliwi dobijali mnie słowami „taki duży i nie mówi…smutne”. Moja córeczka w listopadzie kończy 3 lata (nie mówi prawie wcale) i od września chodzimy z nią do logopedy, która to uznała, że mała będzie mówić i nie ma się co na razie przejmować. Mała powoli się odblokowuje, po kilku sesjach z Panią Ewą. Niestety Panie przedszkolanki są nieugięte i od początku września wysługuje, że Hanka powinna mówić. Nawet opinia p. logopedy nic nie zmieniła i dziecko postrzegane jest tylko przez pryzmat słabej mowy, chociaż poza tym w przedszkolu radzi sobie świetnie.

  • Mam 3-letnią córkę, która prawdopodobnie nie pójdzie do szkoły. W imieniu wszystkich znanych mi świadomych rodziców bardzo dziękuję Autorce bloga za rozpowszechnianie wiedzy niezbędnej każdemu opiekunowi. Staram się robić to samo na swoją mikro-skalę, ale materia jest zwykle oporna…
    Rodzice, otwórzcie w końcu oczy na potrzeby Waszych dzieci i szkodliwość systemu, w jaki je dobrowolnie wtłaczamy…!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.