Milion drobnych kawałków

 

Wiecie, jak to jest, gdy za dużo na siebie weźmiecie? Gdy nagle wszystko się zwala na głowę? Tysiąc różnych spraw, mniejszych i większych, a wszystkie tak samo ważne, a najważniejsze w tym wszystkim jest dziecko. Dziecko, które weszło w ciężki okres i nie do końca radzi sobie z emocjami. Całkiem tak jak ja. A to ja jestem rodzicem, ja powinnam, a nawet muszę sobie radzić! I staram się, próbuję, lecz nie zawsze mi to wychodzi. Bo to już jej kolejny bunt. I za każdym razem jest ciężej. Tym bardziej teraz, gdy wszystko nam się pozmieniało. Dla niej to ogromne przeżycie i muszę ją wspierać, ale samej jest mi ciężko. I niby za każdym razem jestem silniejsza, lecz jednak jakaś słabsza jednocześnie. Paradoks…

Lubię, gdy się dzieje, ale czasami to za dużo, za szybko. W takich momentach daję sobie dyspensę od bycia super mamą. Bo czy naprawdę istnieją matki idealne? Takie, które zawsze robią wszystko na 100%? Które nie podniosą głosu, nie rzucą wszystkiego w cholerę i wyjdą na pięć minut, by odzyskać świeżość umysłu? Takie, które będą układać puzzle, zamiast włączyć bajkę? Które nie zapomną dać obiadu i nie dopuszczą do tego, by ich dziecko w zamian zjadło ćwierć paczki ciastek?

Lecz w tym wszystkim jedna jest rzecz, której nie odpuszczę. Kiedy wczoraj wieczorem kładłam Antkę spać, zapytała, czy poczytam jej książkę. Byłam już tak wykończona, że od razu pomyślałam: NIE. Nawet zaczęłam konstruować w głowie odmowę, gdy dotarło do mnie, że wieczorne czytanie jest w tym momencie najważniejsze! Jest naszym rytuałem. Jak kąpiel, a później przytulanki i wariactwa w łóżku. Jak mycie zębów. Jak buziak na dobranoc i smyranie rączki. Jak amen w pacierzu. Dopełnia dzień i jest jego pięknym zwieńczeniem. Chwilą, gdy zarówno ona, jak i ja możemy się uspokoić, wyciszyć, zapomnieć o pędzie i przytłaczającym szaleństwie. Przenieść się w świat bajek i baśni…

Są takie sprawy, z których nie warto rezygnować. To one trzymają nas w ryzach, nie pozwalają się załamać, dają poczucie bezpieczeństwa i pewnej stałości. To rytuały, które należy pielęgnować i nie pozwolić im tak po prostu ulecieć. Bo życie nie zawsze jest cukierkowe i magiczne. Czasami różdżka gdzieś się zagubi i szara rzeczywistość dopadnie nawet najlepszego czarodzieja. Ale wtedy należy szukać drobnostek, które nas cieszą, sprawiają przyjemność (Dziękuję Maryś!). W całym bałaganie one są ostoją i słodyczą gorzkich dni.

I fakt, że mimo skrajnego zmęczenia nie odpuściłam wieczornego czytania sprawił, że poczułam się lepiej. Zrobiłam coś dla Tosi, ale i dla siebie.

Tak, jak dla siebie piszę ten post. Niepoukładany, ale emocjonalnie rozpadłam się dzisiaj na milion drobnych kawałków. Kiedy wszystko się uspokoiło, przeprowadzka dobiegła końca, impreza urodzinowa Tośki się udała, pozamykałam milion spraw, usiadłam i wreszcie się popłakałam.

Miałam tego wszystkiego nie pisać, ale przecież ten blog jest o tym, co we mnie, co mnie dotyczy, dotyka, doskwiera. Jest zapisem moich myśli, więc jeśli one rozczochrane, to inaczej być tu nie może. Piszę, bo sprawia mi to przyjemność, bo wiem, że ktoś to przeczyta, skomentuje i może napisze, że jemu też nie jest łatwo i będziemy się wspierać. A ktoś inny stwierdzi, że u niego akurat jest pięknie. I super! U mnie też jest cudownie, kocham swoje życie i nie zamieniłabym go na żadne inne. Ale jestem tylko człowiekiem, nie robotem. I niekiedy emocje kumulują się i potrzebują znaleźć ujście.

Dlatego dziś się wreszcie popłakałam. Czasem potrzeba takiego oczyszczenia, by wszystko znów mogło wrócić do normy. Łącznie ze mną. Wróciłam. Miło Was widzieć. Witajcie!

 

Autumn MinimalivAutumn MinimalivAutumn MinimalivAutumn Minimaliv Autumn MinimalivAutumn MinimalivAutumn MinimalivAutumn MinimalivAutumn MinimalivAutumn Minimaliv Kids PhotographyAutumn MinimalivAutumn Minimaliv Kids Photography

 

21
30 Komentarzy w
“Milion drobnych kawałków”
  • Tęskniłam!!!!! Dobrze, że wracasz! Znam to uczucie doskonale. Od pięciu miesięcy często się tak rozpadam, ale daję radę…choć i popłakać się zdarzy w samotności.

  • Każdemu zdarzają sie takie chwile. Ważne, zeby miec kogos kto zaoferuje pomocna dłoń czy ramie do wypłakania. Musi byc gorzej zeby było lepiej. :)

  • To ostatnie zdjęcie – wsłuchałam się w szelest ozdoby i ten uśmiech zapatrzonego dziewczęcia. Zauważyłaś, ten czas (Jej czas) jest jedyny i wyjątkowy. Ja zapisałam w swojej pamięci wszystkie drobnostki, którymi młody się onegdaj zachwycał, które zauważał i to jak na nie patrzył. Widział szczegóły nie patrząc na horyzont. ich świat teraz składa się z takich sekretów – tych kolorowych (a szarych dla nas) kamyczków, piórek, kropelek, znaczków pozostawionych na świecie, o które my dorośli się potykamy nie zauważając. Dlatego zupełnie z ręka na sercu – terapeutycznie zastosowałam nam i to szczęście i te drobnostki i ten potrzebny (spokojny) czas ;)
    I dobrze że sobie popłakałaś. Wysokie obroty i sprawy na głowie za duże na barki tak mają, że przygniatają chwilowo, mijają i potem jesteśmy już my. Gdzieś wreszcie odnalezione. A czytanie… Tego czytania do snu brakuje mi chyba najbardziej. Więc mimo, że Tobie darowane kosztem przemęczenia – to we mnie wzbudza tę dobrą, miłą „zazdrość” :)))) Witaj! Cześć. Wypoczywaj ile trzeba i płacz na zdrowie!

    • A wiesz Maryś, że kiedy dziecko się zachwyca, to chłonie wszystko lepiej, łatwiej i więcej, a jego mózg się rozwija? Dlatego tak ważne dla naszych dzieci jest to, żeby były szczęśliwe. Nie tylko ze względów emocjonalnych, życiowych, ale także dlatego, że wtedy ich neurony się rozwijają! :)

      Czytam, Maryś, czytam codziennie! Dzisiaj akurat Lucek, ale tata tez czasem musi.

      Kiedy się widzimy moja Kochana? Tęsknię! :(

  • Płacz oczyszcza…po solidnej porcji beczenia ja osobiście czuję się silniejsza, taka inna ciut. Ale nie znoszę płakać!!!

    • A ja lubię nawet. Oczyszczam się, choć po porządnym wyryczeniu się głowa boli i oczy spuchnięte ;)

  • Ostatnio ciężkie chwile u Nas i też wszystko się skumulowało. Na pewno nie jestem „super mamą”. Popłakałam sobie nawet jak chwilę byłam sama z bezradności, ze złości na samą siebie. Ale czas mija, mimo chwil zwątpienia trza spiąć tyłek i ruszyć dalej. Bez wyrzutów sumienia. I zawsze mam schowane uśmiechy dla moich córek po kieszeniach :) pozdrawiam.

    • Ze złości na siebie? Ale dlaczego? Chyba nie dlatego, że nie jesteś super mamą? Ja w ogóle mam wrażenie, że nasze dzieci nie wiedzą, że nie jesteśmy super. Dla nich i tak jesteśmy super. To wszystko siedzi w naszej głowie. Powodzenia Kochana, mam nadzieję, że Wasz ciężki czas niedługo się skończy :*

    • Nie z tego powodu płakałam. Skumulowało się dość dużo i mocno. Wypadek rodziców, śmierć teściowej. W jednej chwili nie miałam pomysłu ani siły na to aby to wszystko ogarnąć. Nie miałam na kogo liczyć. Praca na etacie, dzieci którymi nagle nie miał się kto zająć. Ale mam to już za sobą.

  • Miło widzieć Tosię. Urosła, ma nowe rysy na twarzy. Twój wpis… co tu dużo pisać. Wszystko o czym napisałaś nie jest mi obce. Choć nie mam szczęścia być mamą, w mojej rzeczywistości bywa podobnie. Cieszę się, że napisałaś.
    Czekam na Was, nie zapomnijcie proszę. Całuję.

  • Witaj Kochana!!!! Myślałam o Tobie, gdy Cię nie było… I gdzieś w głębi serca czułam, że walczysz o przetrwanie ;) Czasami trzeba się rozsypać na milion drobinek, aby posklejać się do kupy. A nikt inny nie robi tego lepiej od nas – kobiet – matek – kochanek – dziewczyn – córek – sióstr itp…….. Ludzie dookoła nas ciągle czegoś oczekują, masa rzeczy na głowie, a głowa tylko jedna. Nasza! Płaczemy po kątach, a czasami na głos (ale jak jesteśmy same). Następnego dnia tylko głowa boli i oczy spuchnięte. A my nadal dzielne sklejamy to, co rozbiło się wczoraj. I nie chodzi o bycie idealną…ale o tę, która czyta bajki na dobranoc. I od czasu do czasu przymknie oczy na ciasteczkowego potwora ;)

    Piękna Antonina jesienią…

  • krótko zwięźle i na temat….rozumiem w 1000000000000000000 % czuje się dokładnie tak samo, a przeprowadzka a nawet dwie dopiero przede mną…chyba umrę… ;/

  • Chyba nie ma takiej mamy która raz na jakiś czas się porządnie acz oczyszczająco i terapeutycznie nie poryczy, ogarnięta chwilową bezsilnością;) mała buntowniczka jest przeurocza

    • Och, już trochę się uspokoiła. Jak ja nie znoszę tych jej faz, a jednocześnie je kocham, bo wiem, że wtedy się rozwija najbardziej! Widać to po niej, te fazy zawsze przechodzą i mam nowe dziecko, tysiąc razy mądrzejsze, z nowymi umiejętnościami, szok! Są dwa typy dzieci, jedne, które łagodnie po prostu się rozwijają, krzywa idzie po prostu w górę i są dzieci, jak Tośka, których krzywa rozwoju jest pokręcona jak loki Magdy Gessler! I z tymi jest taka jazda jak w Kuchennych Rewolucjach właśnie :P

  • Akurat dziś miałam ten dzień. Gdy wszystkiego miałam dość a jeszcze na szybko żeby zdarzyć a mały buntownik tego nie ułatwia. I obiad o 21 i zasypianie do 22. I płacz, oczyszczający w poduszkę, żeby nie widziała. Ale zauważyła i przyszła, położyła swoją główkę na moim policzku i zasnęła… Wszystko przeszło.
    Ogólnie nie chcę żeby widziała, że płaczę to chyba niepotrzebne obarczanie jej dodatkowymi emocjami, ale dziś po jej reakcji widzę, że mam czułe i wrażliwe dziecko <3
    A bunty mi się dopiero co zaczynają ale przysięgam mam ochotę rwać włosy z głowy ;-)

    • A ja płaczę przy Tośce. Uważam, że nie należy ukrywać swoich emocji. Poza tym wtedy dziecko uczy się empatii, to dobry moment na wszelkiego rodzaju dyskusje o emocjach i relacjach międzyludzkich (w zależności od tego jak dziecko się zachowa). To naprawdę ważne momenty, więc nie ukrywam, płaczę przy niej. Cudowna lekcja dla matki i dziecka. Polecam! :)

  • Czasem są łzy słodkie jak czereśnie, upajam się nimi, jak wielkim pucharem czerwonego wina, zatrzymują się w kącikach oczu i sprawiają, że świat piękny jest, to łzy radości.
    Czasem mają słodko – gorzki smak rozczarowania i porażki – te uczą nas pokory.
    A czasem są łzy o słonym smaku bezsilności, łzy rozpaczy , te najgorsze bo zwalają nas w otchłań ciemną i czarną… choć i takie są potrzebne , bo pozostawione w środku zabijają nas po trochu….
    a przecież po każdej nocy wstaje dzień, bo po każdej burzy wychodzi słońce, i to jest piękne…
    A łzy, te na oczyszczenie, te z nagromadzonych emocji, potrzebne każdemu , by wszystko wróciło do normy i poukładało się na właściwych torach… od nowa .
    Tak jak napisałaś nie istnieją matki idealne. Ale przecież dzieci rozumieją znacznie więcej niż się nam wydaje , to właśnie one, jak nikt inny pomagają nam ustawić się na tych torach i walczyć dalej, nawet gdy wiatr w oczy, a co najważniejsze nie oczekują od nas, że będziemy na 100 %, , dla nich najważniejsze, że będziemy, czasem tylko z boku ale zawsze… niedaleko.
    W Twoich wpisach, jest wszystko to, co każda z nas w głębi duszy przeżywa nie raz. Ty ubierasz to w słowa i dzięki temu wiemy, że nie jesteśmy w tym same .
    Uczę się od Ciebie codziennie . Dziękuję Kochana.
    p.s. A książeczka to najcenniejszy i najpiękniejszy nasz rytuał od lat. Mimo iż starsza Andzia w 2 klasie i od 3 lat sama pochłania książki jak gąbka, to nadal uwielbia jak czytamy jej i 3 lata młodszej Tyśce. a miłość do książek, którą im wpoiliśmy, uważamy za nasz największy osobisty sukces.

    • Tak piękny komentarz, że czytam go po raz piąty. I jeszcze nie raz będę do niego wracać. Pisz mi tak więcej, o tych czereśniach i łzach rozpaczy.

      Uściski Anteno! ♥

  • Ja też w kawałeczkach, niewiele mi trzeba by się rozpadać. Mam jednak receptę – całuję mały rozczochrany łebek w loki i wszystko mi się w głowie układa.

  • Ja też włączam piosenki do tańczenia, gdy już sił mi brak, pozwalam zjeść musli na obiad i krzyknę by w tej samej sekundzie tego żałować. Takie to my matki. Żadna nie idealna….ale w sumie.. idealna i najlepsza pod słońcem dla swojego dziecka. dla swoich dzieci. najwazniejsze to sie pozbyc tych wiecznych wyrzutow sumienia i nie oceniac siebie oczami innych… starczy tylko przejrzeć się w tych małych oczach jak w lustrze. Wtedy można zobaczycsiebie najpiękniejszą.

  • … :) …
    Super mama. Nigdy nie miałam takich postanowień. Tylko żeby być autentyczna i nie powtarzać postaw dorosłych sprawiających ból mi – dziecku. Czasami to „tylko” jest ogromnym wyzwaniem. I jeszcze te wyrzuty sumienia. Psychologia jest przerażająca. Na terapiach, szuka się przyczyny nieszczęścia w błędach matki, ojca. Wielkie dzięki. Jedno niekontrolowane słowo i kaplica na 40lat. Rodzicielska odpowiedzialność jest większa niż myślałam. Dzięki Bogu nie jestem sama :) Ps. Gdy Olek jest chory (jak np. teraz) często u mnie lecą bajki…
    Trzymaj się.

  • Dzielna dziewczyna! Ja się rozpadam średnio raz w tygodniu. Ale mam wpisany w swoją naturę tumiwisizm, który zawsze wie, kiedy się uaktywnić. Wtedy rzucam wszystko w cholerę, zatrzymuję się i po prostu jestem z dziećmi. To relanium na całe zło świata! Cieszę się, że wróciłaś. A takie osobiste posty, są dla nas- Twoich czytelników bardzo cenne, więc nie musisz się z nich tłumaczyć.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.