Chorzy doktorzy

 

Możecie mnie uznać za wariatkę. Daję Wam przyzwolenie na nazywanie mnie przewrażliwionym świrem. Bo może tak jest, a może każda matka ma w sobie duże emocje ze względu na sam fakt posiadania dziecka, a co dopiero bezgranicznej do niego miłości i obawy o stan zdrowia.

Widzę u Antosi problemy z oddychaniem, gdy śpi i problemy z przełykaniem. Mam za sobą kilka akcji ratowniczych, bo się zwyczajnie dusiła. Za każdym razem nogi mi miękną i ja także się duszę. Własnym sercem, tak wysoko podchodzi do gardła.

Idziemy do lekarza. Najlepszego w mieście specjalisty. Rzekomo. Bo w sumie nie wiem na jakiej podstawie i kto stwierdza ten fakt.

Zaczyna się badanie. Moja córka genialnie współpracuje, bo obiecałam jej w nagrodę „naszyjnik z amuletem”. Słodkie przekupstwo! Na wstępie słyszymy od lekarza, że to nasza wina. Cokolwiek to znaczy, zaczynam analizować i z góry się oskarżać. Że zrobiłam coś źle, że zaniedbałam dziecko. Od razu mam wizję rzucenia się z mostu, jeśli okaże się, że przeze mnie Tośka jest chora. Pan doktor nie omieszkał tego powtórzyć jeszcze dwa razy i dopiero za trzecim dowiedzieliśmy się, że żartował. Bo to o geny chodzi. Taki żarcik rzucony pomiędzy diagnozą, że nasze dziecko ma ogromnie przerośnięte migdały i bezdech w nocy, co prowadzi do arytmii serca, a stwierdzeniem, że jeśli dodatkowo występujący duży obrzęk nie zejdzie w ciągu pięciu tygodni to czeka je operacja. Żart może i śmieszny. Mnie do śmiechu nie było. Wizja operacji małego dziecka lekko mnie przeraża. Niezależnie od poziomu jej skomplikowania.

W trakcie wypisywania recepty zaczynam zadawać pytania. Nie znam się na medycynie, nie zgrywam wszystkowiedzącej Polki z wiedzą doktora Googla. Pytam, bo kiedyś słyszałam, że brak migdałów pozbawia dziecko bariery ochronnej przed infekcjami. Pan doktor daje jednozdaniowy wykład, że to bzdura, bo człowiek ma przecież więcej migdałów. Mówię mu, że nie wiedziałam, bo chyba na biologii tego nie uczą, poza tym dawno kończyłam szkołę. Dowiaduję się, że nie uważałam na lekcjach, skoro niczego nie wiem i mam oglądać „Było sobie życie”.

Myślę, że to pewnie kolejny żarcik, ale jestem przewrażliwiona po poprzednim, przerażona wizją operacji i czuję się tak, jakby nazwał mnie właśnie nieukiem. Bierzemy recepty, Tośka dostaje lizaka (jak miło), płacimy i wychodzimy.

Dopiero w domu zaczynam analizować i denerwować się jej stanem zdrowia. Wiem, że to tylko migdały i wycinają je pewnie masowo. Ale jestem matką, która zwyczajnie się stresuje. Uświadamiam sobie także, iż płacąc za wizytę, nie dostaliśmy żadnego paragonu. Dzwonię do recepcji spytać, czy dostaniemy jakiś rachunek, a pani odpowiada z pretensją i wyrzutami, że o takie rzeczy to się prosi przed wizytą!

Mówię do niej: „Słucham? Płacę za usługę i nie dostaję potwierdzenia. Mam rozumieć, że zapłaciłam lekarzowi pod stołem?”. Zirytowana kobieta ponownie rzuca niemiło, że to się zgłasza w gabinecie, więc pytam: „Gdzie jest tak napisane?! Że zgłosić to ja mogę, ale do skarbówki”. Oddała słuchawkę lekarzowi. I wtedy się zaczęło. Zeszło ze mnie wszystko i wygarnęłam mu, co myślę o jego postawie. Przez chwilę wierzyłam, że coś do niego dotarło. Powiedział bowiem, że to dla niego lekcja i uczy się pokory, lecz na końcu przeprosił „w imieniu całego świata i siebie za to, że moje dziecko jest chore”. Tym cynicznym tekstem utwierdził mnie w przekonaniu, że może lekarzem jest dobrym, ale człowiekiem marnym.

Fakturę wypisze, podatek zapłaci, ale smrodu nie wywietrzy. Bo idąc do lekarza, nieważne państwowo, czy prywatnie, oczekuję empatii i zrozumienia. Granice ludzkiej wrażliwości są różne, tym bardziej, gdy w grę wchodzi zdrowie dziecka! I akurat lekarz powinien to wiedzieć i rozumieć.

Kocham moją córkę nad życie i umieram przy każdej 40-stopniowej gorączce, gdy widzę, jak się męczy. Umieram, gdy po raz kolejny się dusi, a ja pomagając, robię jej prawdopodobnie krzywdę, bo pluje krwią. Umieram, gdy przytrzaśnie sobie palce drzwiami i wyje z bólu. Umieram, gdy wiem, że być może czeka ją operacja, choć nieskomplikowana, to zawsze operacja!

Tak, wiem, jestem przewrażliwiona. I jestem tylko człowiekiem. Jestem matką mającą swoje uczucia i ostatnią rzeczą, której potrzebuję to ocena lekarza, jakim uczniem byłam w szkole. Oczekuję od niego wrażliwości i wyjaśnienia. Za to mu płacę. Wszyscy im za to płacimy.

Lecz niestety nasi doktorzy są chorzy! Mają niedobór empatii w organizmach, a za dużo dolarów w oczach. 

Mój przypadek jest globalnie kompletnie nic nieznaczący. Nawet choroba żadna poważna. I dzięki Bogu! Ale czy nie jest tak, że cokolwiek by to nie było, pacjentowi należy się dobre słowo i zrozumienie? Czy ich praca polega tylko na wypisaniu recepty i poleceniu wykupienia jej we wskazanej przez siebie aptece, bo ma z tego zysk? Nie wspomnę o przypadkach z pierwszych stron gazet, gdy lekarzom nie chciało się zbadać pacjenta, a on umarł. Mój Lucek prawie zszedł z tego świata, bo lekarka stwierdziła, że pewnie zapił i czegoś się najadł, dlatego boli go brzuch. Godziny dzieliły go od śmierci. Czekali, chyba na łapówkę. Pomogła afera i natychmiastowa operacja. Matce Makowej powiedziano przed zabiegiem Lenki, że po znieczuleniu dziecko traci inteligencję. A jej córkę czekało znieczuleń dziesięć! Co pomyśli matka? „Będę mieć głupie dziecko”?

Dlatego zawsze trzeba dawać informację zwrotną. Jestem człowiekiem, który nie będzie siedział cicho, „bo po co się kłócić”. A ja właśnie uważam, że warto! Może znajdzie się choć jedna osoba, która sobie coś przemyśli i zmieni nastawienie. I to będzie już sukces.

Ale chcąc zmieniać świat, zacznijmy zmieniać siebie, swoje dzieci.

Pisałam w tekście o szkole, że nowoczesny świat potrzebuje ludzi z umiejętnościami, których szkoła nie uczy. Patrząc na ludzi, nie uczy chyba też dom. Wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za przyszłych lekarzy, prawników, nauczycieli, kelnerów, czy sprzedawców! Nasze dzieci dorosną i będą wykonywać te zawody. Moja córka może być Twoim laryngologiem. Nie wiem, czy chciałbyś, żeby przewracała oczami, powiedziała Ci, że gadasz bzdury, całkowicie nie przejęła się tym, że na przykład tracisz słuch, wypisała receptę, skasowała dwie stówy i zamknęła drzwi. Mój syn może być sprzedawcą, który zrobi Ci łaskę, że w ogóle Cię obsłuży! Twoje dzieciaki mogą być tak samo bezczelne i antypatyczne dla mnie. I dla siebie samych.

Dlatego uczmy dzieci empatii. Ja robię to na każdym kroku. Dla mnie umiejętności miękkie są ważniejsze niż to, czy Tośka umie już liczyć do trzydziestu. Bo tego może nauczyć się zawsze. A szacunku do drugiego człowieka i umiejętnego obchodzenia się z nim już niekoniecznie. Starego drzewa przecież się nie przesadza. To trzeba zaszczepić w dziecku od urodzenia.

Po raz kolejny apeluję: nasz świat jest w naszych rękach. Przyszłych lekarzy da się wyleczyć! To zależy tylko od nas…

 

 

DSC_0173Untitled-3DSC_0184DSC_0204Untitled-1DSC_0193DSC_0194Untitled-2DSC_0209DSC_0197DSC_0161

36
61 Komentarzy w
“Chorzy doktorzy”
  • Piotrek przeszedł pomyśnie podobną operację 16 września tego roku. Operował Dr. Michał Wątróbski z Krajmedu.
    Koszt był znaczy, ale było warto. Zanim to jednak zrobił przez 3 miesięce przeleczył laryngologicznie i Piotrek przez 14 miesięcy aktywnego Żłobkowania ani razu nie był na zwolnieniu, nie brał antybiotyków, nie rozwijał infekcji ( a wiadomo, że bywało z nim różnie). Była szansa, że operacji unikniemy, ale jedyne co się udało to odsunąć ją o ponad rok, co np z punktu widzenia potencjalnych ryzyka powikłań ansetezjologicznych ma znaczenie. Naturalnie nie mam i nigdy nikt mi nie da stuprocentowej pewności jednak mam poczucie, że wcześniej moje dziecko było leczone źle, przez lekarzy niedouczonych i nienastawionych na podejście holistyczne i że gdybyśmy wcześniej trafili do Dr. Wątróbskiego może nie byłoby operacji w ogóle. Personalnie Dr. W ma świetny kontakt z i dziećmi i z rodzicami – tłumaczy anatomię przypadku (czasem nawet rysuje!). Ma dużą wiedzę, profesjonalny sprzęt ( a nie tylko łyżeczka drewniana i oktoskop, do którego użycia ograniczają się lekarze laryngolodzy w prywatnej przychodni medycznej na „M”, a który możesz sobie kupić za 250 PLN na allegro !).
    Życzę powodzenia i siły. Może można ją jeszcze wyleczyć. Jeśli się nie da operacje są też dla ludzi. Nie ma co ściemniać. Nie jest łatwo, a widok usypianego dziecka (tak, byłam z nim na sali operacyjnej przed i po narkozie, tak, że nawet przez minutę swojej świadomości nie był sam), jest naprawdę rozbijający. Ale what man has to do, the man has to do. Da się. Trzymajcie się. M. ps. Dr. W nie wyciął migdała w całości – on go „przystrugał”.

    • Hej M. W sumie to jestem w szoku, że napisałaś i nie ukrywam, że się cieszę :)

      Paradoksalnie Tośka praktycznie w ogóle nie choruje od dawna. Zimą jej się zdarzy z raz, czy dwa, ale to raczej infekcje, które szybko przechodzi. Nigdy nie brała antybiotyku, więc jest dobrze i mam nadzieję, że tej operacji da się uniknąć. Z tym, że ona ma powiększone wszystkie 3 migdały (no nie wszystkie, bo podobno mamy ich o wiele więcej), więc sytuacja jest dość krytyczna. Ale nie tracę nadziei.

      Dzięki wielkie za namiary na lekarza. Gdy przyjdzie potrzeba, skontaktuję się z Krajmedem.

      Uściski!

  • Nie sądzę, żebyś była przewrażliwiona. To zupełnie normalne, że każda mama bardzo przeżywa wszystko, co z jej dzieckiem związane. A lekarze… temat rzeka. Przykre to bardzo, że osoby, które empatię powinny mieć we krwi, często traktują pacjentów wyłącznie jak numer w kolejce i kolejną stówkę na koncie. Mój synek na szczęście nie choruje, ale kiedyś pojawiła mu się wysypka na całym ciele, więc spanikowana pognałam z nim do najbliższej przychodni. Tam dowiedziałam się, że to na pewno moja wina, bo źle karmię, źle piorę i pewnie w domu nie sprzątam. Dostałam receptę na antybiotyk i maść ze sterydami. Na szczęście, jak już ochłonęłam po tej wizycie, to przemyślałam sprawę i nie wykupiłam tej recepty. Zamiast tego dałam dziecku zwykły syrop z wapnem. Następnego dnia rano po wysypce nie było śladu i już nigdy więcej się nie pojawiła. A po jakimś czasie dowiedziałam się, że ta lekarka przepisuje antybiotyki dosłownie na wszystko, również profilaktycznie (!!!) Czy tłumaczy ją to, że pracuje w państwowej przychodni i pewnie nędznie tam zarabia? Nie. Nic jej nie tłumaczy. Jak można eksperymentować na dziecku i jeszcze wzbudzać w rodzicu poczucie winy o to, że rzekomo dziecko zaniedbuje? Chyba nie muszę dodawać, że już nigdy więcej do niej nie pójdę. Na szczęście znalazłam pediatrę z prawdziwego zdarzenia, do którego mam pełne zaufanie. Życzę Tosi dużo zdrowia, a wam dużo spokoju. Na pewno wszystko będzie dobrze.

    • To najobrzydliwsza cecha lekarzy. Oceniają! Gdy Tośka miała bodajże 5 dni, coś się stało, spanikowaliśmy i pojechaliśmy z nią do szpitala. Rodziłam w Londynie. Nikt mi nie powiedział, że jestem przewrażliwiona, nienormalna i co ja w ogóle tutaj robię. Wszyscy byli mili, uśmiechnięci, komplementowali mój wygląd (wyglądałam jak orka!!!) po porodzie. Cudowna atmosfera (o samym porodzie nie wspominając) i mili ludzie. Powiedzieli tylko, że w szpitalu jest dużo zarazków i sugerowali delikatnie, żeby zamawiać lekarza do domu. Przez sekundę nie poczułam się jak nienormalna mamuśka, a zapewne mogłam na taką wyglądać. Później miałam ogromne problemy (może kiedyś o tym napiszę) i przychodził do mnie tłum położnych, a lekarz pierwszego kontaktu uratował mi życie i karmienie. Nie zawiodłam się tam. Tutaj zawodzę na każdym kroku. Smutne… Cudnie, że znalazłaś takiego pediatrę, ja też takiego mam, ale potrzebowaliśmy specjalisty i ten już okazał się niewypałem. Z drugiej strony wiem, że jest dobrym specjalistą i nie wiem, czy nie pójdę jeszcze do niego. Nie unoszę się honorem, bo chodzi o zdrowie mojego dziecka. A już mu nagadałam, co myślę i jeśli jest mądry to następnym razem sobie odpuści. :) Pozdrowienia!

  • Temat jest mi bliski z kilku powodow.
    Po diagnozie i kilku operacjach lekarz prowadzacy doprowadzil mnie do do stanu, w ktorym juz mialam czekac na smierc i jak najczesciej pojawiac sie u niego na kolejne zabiegi i po porcje strachu.
    Inny lekarz i inne podejscie i obejscie.
    Poki nie wyrosnie nowe pokolenie lekarzy, trzeba szukac kogos, kto oprocz wiedzy, ma tez empatie.
    Czy wyrosnie ? Zamartwiam sie o moje dziecko, bo jego „wrazliwosc”, to dla mnie radosc i cieplo w sercu, ale dla niego trud ogromny, bo dla rowiesnikow jest swietnym celem do ukazania wachlarza egoizmu, chamstwa i przemocy.
    Nie boje sie reagowac, mowic, dzialac, ale coraz czesciej staje przed murem i jestem bezsilna.
    Nie chodzi o zmiane swiata calego. Nawet w tym najblizszym jest to trudne bardzo. Byc wrazliwym, ale i silnym, by siebie ochronic i o siebie zawalczyc. Odejsc, gdy walka zabiera tylko sily a nic nie zmienia.

    Zdrowia dla coreczki i roztropnych wyborow dla Ciebie.
    marielle

    • Właśnie, dobry temat poruszyłaś. Są ludzie, którzy uczą dzieci empatii i wrażliwości, a przyjdzie im się spotkać z tymi, którzy takiego wychowania nie dostaną. To trudne, bo nie wiadomo, czy iść za głosem serca, czy uczyć dziecko walki o przetrwanie. Czy da się osiągnąć jedno i drugie? :*

    • Musi byc jedno i drugie.
      Od kilku dni rozmawiam z rodzicami i nauczycielka, i z wlasnym dzieckiem. I choc kosztuje to duzo czasu i emocji, to mysle, ze nie mozna inaczej. Ja nie moge i nie chce inaczej.
      Choc dzisiaj sprawcy z ofiary chca uczynic sprawce ( nie moglby byc mniej wrazliwy i akceptowac naszego chamstwa, albo choc nie nie reagowac?) I choc nie wiem jakie bedzie jutro. To zrobie wszystko, co uwazalam za wazne do zrobienia dzisiaj.

  • Nie sądzę, byś była przewrażliwiona. A jeśli tak jest, to i ja jestem.
    Jak byłam mała, to też groziło mi wycięcie migdałkow. Wtedy świt był inny. Haha. Nasze matki nie czytały wujka Gógla, a taka diagnoza i informacja o utracie odporności po operacji wywoływała ogromne obawy. Przynajmniej u mojej mamy. Choć i lekarkę mieliśmy spoko. Krzyczała: JOD, JOD, JOD! Także maj wspominam wyjazdowo, kierunek morze i KAŚKA, ODYCHAJ! Hahha ;) O tej porze roku chyba dużo jest jodu? Czyż nie fajny to pomysl na spędzenie weekendu? I jak zdrowo! :)

    • Aha, zapomniałam o najważniejszym. Uniknęłam wycięcia migdałków :D

    • Tak, mamy w planach wyjechać niebawem nad morze. Ale i tak, jod jest dobry na odporność, a tę – o dziwo – Tośka ma świetną! Praktycznie w ogóle nie choruje! Tylko te nieszczęsne migdały (wszystkie 3) są ogromne! Póki co bierze tonę leków i może uda się uniknąć operacji! :) Buziaki!

  • Poznałam i świetnych lekarzy, którzy byli gburami i empatycznych lekarzy, którzy wiedzę mieli słabą. Niestety nigdy nie wiemy, na kogo trafimy. Czy państwowo, czy prywatnie. Trzeba sprawdzać. Dziś bardzo sobie cenię tych, którzy się konsultują. Szanuję to, że potrafią się przyznać do niebycia alfą i omegą w imię dobra dziecka. Którzy każdy przypadek traktują indywidualnie, a nie przez pryzmat 358 podobnych.
    Co do migdała – można i warto uniknąć operacji. Nam się udało. Razy 2. Chociaż wmawiano mi, że innego wyjścia nie ma.

  • Witaj, bardzo, ale to bardzo zgadzam się z Twoim postem. Podpisuję rękami i nogami – uczmy dzieci empatii i szacunku do drugiego człowieka, zwracajmy uwagę na to, jak jesteśmy traktowani i nie kłaniajmy w pas, płacąc za coś sowicie. Ja rozumiem, że dla lekarza to tylko kolejny pacjent, kolejny przypadek, za minutę ma następnego itd., ale praca, jaką wykonuje, to nie tylko zawód, to jak sami twierdzą powołanie ( w końcu to SŁUŻBA zdrowia!).

    • Obecnie to podobno „system ochrony zdrowia” także nie oczekujmy cudów :) Ale też myślę, że dzieci trzeba uczyć empatii i szacunku dla drugiego człowieka i zwracać uwagę na to jak jesteśmy traktowani. Ale też na to jak traktujemy innych.

    • System ochrony, więc niech chronią chorych, a nie pozwalają im umierać. Każda nazwa będzie zła, dopóki nie zmienią się ludzie i ich podejście. Ja nie odpuszczam. Ja zawsze daję feedback! :)

  • Trzeba mu było odpowiedzieć pytaniem o „Dziady”, albo cosinus jakiś. Ciekawe ile on w szkole uważał? Wkurzają mnie tacy ludzie. Ale to w każdej dziedzinie ktoś taki się znajdzie. Nie tylko lekarze. Fakt tylko, że w tej dziedzinie oczekuje się od drugiej osoby raczej wsparcia i pomocy, bo do lekarza, wiadomo nie idzie się jak wszystko jest w porządku. Więc i emocje większe.

    • No właśnie, w każdej dziedzinie, więc kondycja społeczeństwa jest zatrważająca. Gdzie nie pójdę muszę się zdenerwować. Choć ostatnio zauważyłam, że panie w urzędach (biegam ostatnio sporo) są o wiele milsze i pomocne, niż prywaciarze! Tak jakby tym ostatnim zupełnie nie zależało na kliencie, „bo i tak się biznes kręci, to po co się wysilać”. Czasem mam wrażenie, że tkwimy w PRL-u, tylko na półkach jest więcej. Ale oczywiście nie można generalizować i narzekać, bo tak samo jak tych złych, spotykam też dobrych i cudownych ludzi i oni czynią moje życie pięknym. A tamtym tylko mówię, co myślę i zapominam na drugi dzień. Ten lekarz jednak mnie rozwalił, bo chodzi o zdrowie Tośki no! :)

  • Mając od jakiegoś czasu niestety dosyć często z niemiecką służbą zdrowia coraz bardziej nie pojmuję co mają w głowach polscy lekarze. Spośród tych polskich lekarzy mogłabym wyliczyć na palcach jednej dłoni tych, którzy swój zawód wykonują tak jak powinien być wykonywany. Pamiętam smutne łódzkie przychodnie gdzie lekarz nawet nie potrafi do pacjenta odnieść się na „Pani” tylko zaczyna od bezosobowego „co dolega? gdzie boli?”. Wydaje mi się, że to wszystko wynika z mentalności, według, której polski lekarz czuje się drugą osobą zaraz po Bogu, nie ustępuje nawet Kościelnym. Najgorsze jest to, że tacy „szamani” zdobywają uznanie wśród szczególnie starszych ludzi, dzięki nim czują się wyjątkowo jakby wiedza, która posiadają była tajemna i nieosiągalna dla zwykłego śmiertelnika. Ich wysoką samoocenę podbudowują koperty, alkohole, słodycze i inne przywileje wręczane po kolei przez pacjentów, którzy tak są nauczeni, że bez tego się nic nie „załatwi”. Wydaje mi się, że duży procent pacjentów nie łączy kropek i nie rozumie, że lekarz dostaje wypłatę z podatku, który sami uiszczają. Ja chyba też mam coś w sobie z tej mentalności, bo za każdym razem kiedy niemiecki lekarz podaje mi rękę i się przedstawia, zachowując się tak samo także wobec osób, które np. w danym momencie mi towarzyszą jestem po polsku zdziwiona. Jak to? Lekarz się ze mną tak wita? ze zwykłą śmiertelnicą taka dostojna postać? Głupie to, ale dla mnie samej pokazuję podstawową różnicę w relacji lekarz-pacjent jaka jest tutaj, a jaka zaledwie 70 km stąd.

    • Greccy lekarze też podają rękę, uśmiechają się, udzielają szczegółowych informacji, często potrafią dokonać konsultacji telefonicznej i skierować Cię tam, gdzie powinnaś trafić (bez zbędnych wizyt, wydanych pieniędzy). Czemu polscy są zimni i odpychający? Myślę, że to nie chodzi o lekarzy. Tylko generalnie my – Polacy jesteśmy mało przyjaznym narodem dla bliźniego… P.S. Greczynki – kasjerki w supermarketach pakują zakupy przy kasie, są cierpliwe i nie rzucają produktami, jakby miały płacone od ilości lkiknięć na taśmie :) Jeśli jest się dobrym człowiekiem, to jest się i profesjonalnym lekarzem z empatią, i kasjerką z uśmiechem na twarzy. Polacy niestety są grubiańscy i chamscy! A uśmiech, uprzejmość i profesjonalizm dawkują proporcjonalnie do zarabianych złotówek. Zwłaszcza lekarze, którzy zamiast SŁUŻYĆ, robią łaskę i do tego „na odwal się”. Przykro mi to mówić, bo to mało patriotyczne, ale mam nadzieję, że nic mnie zmusi do stałego powrotu do kraju….

    • Nie zawsze i nie wszedzie.
      Mieszkam w Niemczech i przywitanie sie lekarza z pacjentem jest dla mnie normalnym zachowaniem ( w Polsce nie jest?) , tu tez sa lekarze rozni -bez wiedzy, z wiedza, sympatyczni, gburowaci…
      Nie mozna uogolniac. Nie wszystko zagraniczne jest lepsze, nie wszystko co polskie najepsze, albo najgorsze.
      Rozne i …to jest normalne. Inni ludzie nie musza spelniac naszych oczekiwan. Jesli musza ( w trosce o zdrowie na przyklad), to musimy takowych poszukac.

    • Mieszkam w NIemczech, pediatrzy moich dzieci przy powitaniu i pozegnaniu zawsze podaja mi reke mowiac: Frau K. Traktuja Cie jak czlowieka, DZIECKO traktuja jak czlowieka, odnoszac sie do niego z szacunkiem i cierpliwoscia. I zawsze sa mile usmiechnieci, wysluchuja wszystko i tlumacza po kilka razy jak trzeba. Po kazdej wizycie mam ochote wysylac im kartki z podziekowaniami;)

    • Kochana, w Łodzi, czy w Warszawie, ze wszystkimi kłóciłam się tak samo! Albo w stolicy baba się na mnie wydarła, że co ja się mądruję, jeśli ona przepisuje dziecku antybiotyk, to ja mam go podać! Podziękowałam za receptę i powiedziałam, że to ja jestem matką i zrobię, jak uważam (Tośka miała alergię hehe, brawa dla tej pani). W Łodzi musiałam przyjść z wydrukowaną konstytucją, żeby udowodnić pani, że nawet jeśli nie mam ubezpieczenia (mieszkałam wtedy za granicą), to należy mi się wizyta i dopiero wtedy, po awanturze i groźbami skarg (po konsultacji z działem skarg w NFZ-cie), łaskawie mnie zapisała. Nie wolno im odpuszczać, trzeba znać swoje prawa! W każdym razie, przerzuciłam się na prywatnych lekarzy i taki klops.! :) PS. Poród w Londynie, podejście do człowieka, lekarzy i położne wspominam jako wielką, piękną przygodę. Boję się porodu w Polsce. Bo nawet jak pójdę prywatnie – mam wrażenie, że i tak zrobią wszystko po swojemu, bez konsultacji ze mną. Oby nie! Jestem dobrej myśli! :)

    • Marielle, nie jest! Prywatnie podadzą Ci rękę, państwowo w życiu mi się jeszcze nie zdarzyło! Mają miny i zachowują się, jakby byli tam za karę, a człowiek się sili na miłe słowa, uprzejmości i czuje się dosłownie, jak gówno, że musi się płaszczyć przed lekarzem, który dostaje pensje z naszych składek. Ponownie napiszę: nie można generalizować, bo nie wszyscy tacy są, ale naprawdę większa większość. Trochę lat łaziłam po lekarzach – bardzo dużo chorowałam na studiach – bardzo! :)

    • Magda, ja też chciałam się odwdzięczyć po porodzie w Londynie, to mnie położna wyśmiała! Że to jej praca i mam nie wydawać pieniędzy, bo ona robi to z pasji i powołania. A zajmowali się mną cudownie. Miałam poród wywoływany, rodziłam 3 dni i gdy już byłam na porodówce, położna ani na sekundę ode mnie nie odeszła, nawet lunchu nie zjadła, tylko siedziała, pilnowała mnie i zabawiała rozmową. Naprawdę, miło wspominam pobyt w szpitalu. I jeszcze jedzenie było pyszne, do wyboru kilka dań! :)

    • Kultura ( podanie reki) tylko za prywatne pieniadze?
      20 lat nie bylam u lekarza w Polsce. Mialam nadzieje, ze sa zmiany.
      W Niemczech nie spotkalam sie, by w pracy ktos nie znal zasad przywitania i pozegnania sie. Z wiedza juz roznie bywa
      a jeszcze rozniej z mozliwoscia wykorzystania braku znajomosci zasad, czy praw. Tu trzeba byc bardzo czujnym i asertywnym.

    • Marielle, ja poszłam prywatnie z Tośką do ortopedy (na szczęście wszystko jest super ;)), to lekarz siedział na telefonie i musiałyśmy czekać, aż łaskawie nas „obsłuży”! Później był niemiły. Może go żona właśnie rzucała, albo się z nią pokłócił, czy co :P

  • Świetny post! Niestety posady lekarzy akurat tez często są dziedziczne…słyszałam, oby to była tylko plotka że połowa miejsc obstawiona na Medykach zanim w ogóle rozpocznie się rekrutacja, suma sumarum ani empatii ani wiedzy. Ale ale, chciałam napisać że ja miałam wycinane migdałki jak byłam mała notabene w Łodzi w Matce Polce (to było juz dość dawno wiec przypuszczam że znieczulenia i sprzęt jest teraz znacznie lepszy:)) i wszystko ze mną w porządku,żadnych powikłań, chorób itd. Mama mnie nawet pozytywnie nakreciła na pobyt w szpitalu a obserwowanie innych pacjentów było doskonała lekcją o współczuciu, najlepszą jaką mogłam dostać. Będzie dobrze! Ale trzymam kciuki żeby jednak wycinanie nie było potrzebne.

    • Jak posady prawników? ;)

      O widzisz, to dobrze rokuje! Teraz chyba już nie wycinają, tylko przycinają, co jest wersją bardzo optymistyczną! :)
      Pozdrowienia! :*

  • Ja leżąc od trzech dni na patologii ciąży, czekając na poród, badana przez „weterynarzy” i ciągle zbywana tekstami pt. „nie jest pani gotowa do rodzenia” (cokolwiek to znaczy) w końcu powiedziałam na fotelu ginekologicznym, że „tak to jest kiedy dzieci rodzą dzieci”. Wtedy nagle wszyscy obecni na sali, w tym ordynator zwrócili na mnie swoją uwagę i zapytali ile mam lat. 25! Może moja uwaga była głupia, chciałam zażartować w taki sposób w jaki oni żartowali ze mnie. Przynajmniej w efekcie wytłumaczyli jak krowie na rowie co ze mną się dzieje i co ze mną się dziać będzie.

  • Mira, nie wiedziałam o problemach z Antką. Przykro mi cholernie, bo mogę się jedynie domyślać (póki co), jak Tobie i Luckowi ciężko. Nie ma znaczenia, co dolega dziecku: zbite kolano, migdałki do wycięcia, czy coś gorszego – cierpi się chyba sto razy mocniej, bo chce się odebrać choć ciut tego bólu… Kochana, głowa do góry!!! Tośka to twardzielka i co się nie stanie, na pewno sobie poradzi. I będzie miała Was obok siebie, więc jej piekne oczka na pewno nie będą smutne :)

    Co do lekarza…. cóż, brak słów. Niektórzy gorzej się obchodzą z pacjentami niż rzeźnik z mięsem. Ja mam świra na punkcie lekarzy. Jak tylko widzę, że lekarz mi nie odpowiada mi pod kątem zachowania, podejścia, uprzejmości potrafię wyjść w połowie wizyty. Jak mi nie pasuje jako cżłowiek, to niech go Bogiem nazywają, nie skorzystam z jego pomocy.

    Zmień lekarza! Szukaj do skutku takiego, który zdobędzie Wasze zaufanie. Bo nastawienie psychiczne, to połowa (jak nie więcej!) sukcesu w walce z każdą chorobą!!!

    Trzymam kciuki za ocalenie migdałków. Buziaki :)

    • Wiesz co Marta, to chyba jest tak, że póki mam wizję uniknięcia tej operacji, to o tym nie myślę. Wierzę, że będzie dobrze. Ale wtedy po tej wizycie poryczałam się jak dziecko. Emocje no! :)

      Już mi dwie koleżanki poleciły świetnych specjalistów, więc za miesiąc do któregoś się wybierzemy.
      Dzięki najsłodsza ;) za miłe słowo!!! A Ty jak tam, Matko Polko ciężarno? :D

  • A mi trochę smutno, gdy się tak generalizuje. Gdy wrzuca się wszystkich do absolutnie jednego wora. Sama jestem lekarzem i mnie to trochę boli. Mimo tego, że wiem, że część lekarzy postępuje nagannie, kompletnie nie wykazując ani odrobiny empatii… to jednak smutno mi, gdy wszystkich tak się ocenia. W kierunku lekarzy akurat często stosuje się takie generalizacje. A taka ocena nigdy nie może być sprawiedliwa. Bo każdy jest odpowiedzialny za siebie i swoje czyny. I tak, jak można trafić na złego lekarza, prawnika, architekta, artystę, tak można trafić na dobrego człowieka.

    Apel na końcu jest idealny, bo to stuproentowa prawda – że tylko od nas zależy, jakie bedzie następne pokolenie LUDZI. ALe nie tylko lekarzy. Wszystkich.

    Ja też napisałam wczoraj co mi się nie podoba wsród moich kolegów lekarzy. Ale starałam się nie oceniać wszystkich. Bo to kurcze zawsze krzywdzące.

    • Ola ja wiem. Ja przeproszę każdego lekarza z osobna, który będzie się czuł pokrzywdzony moim stwierdzeniem i okaże się fantastycznym człowiekiem. Pisałam już w komentarzach, że nie można generalizować, ale ci źli to naprawdę większa większość, a przynajmniej ja się na takich natykam. Zatem moje odczucia są takie, a nie inne. Wiesz, ten tekst nie jest super przemyślany, tylko pisany pod wpływem emocji. Może na spokojnie napisałabym go inaczej, ale nie umiem. Zabolało mnie to, choć zazwyczaj takie teksty mnie zupełnie nie ruszają! Ale zdrowie to taki temat, że zawsze mnie to rozwala. Dlatego przepraszam Cię Ola, jeśli Cię uraziłam! Nie było to moim celem, naprawdę! Buziaki!

    • Dzięki za przeprosiny, ale nie trzeba było ;)) Nie poczułam się jakoś strasznie personalnie urażona, bo przeciez wiem, co masz na mysli, wiem, że pisałaś to w emocjach i ja te emocje jak najbardziej rozumiem i sama jestem wkurzona na tego dziada, jak czytam co Cię spotkało. Tylko chodzi o te generalizacje. Że zawsze kurcze w kogoś uderzają.

  • A potraktował Cię i Was paskudnie, to fakt. Cynizm u lekarzy to tragiczna cecha. I ta wyższość. I te głupie żarty lub milczenie znad recepty…. Powodzenia z Małą, dacie radę!

  • U nas zaczęło się zaraz po narodzinach syna. Położne- uciemiężone robotą, to jest Pani dziecko usłyszałam. A młode mamy przerażone, zmartwione. Potem nasza diagnoza, choroba syna i pewna lekarka, która miała odwagę mówić słowa, których mówić nie powinna. Najgorsze jest, że oni widzą nasze zatroskane, załzawione oczy. Widzą a serca zatwardziałe mają. Nie potrafię tak jak Ty o tym napisać. Choć myśli w głowie pełno. Nie potrafię tak ładnie opisać.
    Potem spotykaliśmy lekarzy nawet miłych, poprawnych. Ale nic ponad to. O wszystko trzeba prosić, dopytywać, są oporni, podejrzliwi. Patrzą z góry. Dzieciak z alergią a każda recepta na mleko okupiona nerwami, niepewnością czy dostaniemy. I niby nic nie mówili, niby nie negowali ale zawsze miałam wrażenie, że myślą sobie po co przylazłam. Uff alergia minęła. Niestety inna choroba została. Na całe życie.
    Wiem to dziś na pewno. Lekarze patrzą z góry, zawsze czuję się jakaś gorsza, mniejsza. I potem w domu ganię się za to, że zabrakło mi języka w gębie. Podziwiam Ciebie, że zadzwoniłaś. Brawo.
    Chorzy doktorzy, trafny tytuł. A oni z tytułami profesorskimi nie mają oporów by oceniać. Prosto z mostu usłyszałam, że się nudzę chyba w domu. Pani ma urlop? – zapytał.
    Tak.
    No właśnie, tak myślałem.
    A ja miałam ochotę krzyczeć, że nie przyszłam do niego, bo mam wolne. Tylko dlatego, że mam chore dziecko. Że potrzebowałam konsultacji, porady a nie płatnej oceny mojego macierzyństwa.
    I żałuję, że nie krzyczałam. Teraz żałuję.
    Jednak walczę o wszystko. Choć sił brakuje nawet na rozmowę z Panią w rejestracji.
    I właśnie to słowo walka. Nie powinno być nawet na chwilę użyte. Bo dlaczego muszę walczyć o skierowania, o wystawienie orzeczenia, o kartę parkingową. Dlaczego idziemy tam załatwiać to wszystko i czujemy się jak zbity pies. Dziecko chore a ja boję się, że nie dostaniemy tego czy tego. Bo patrzą podejrzliwie, bo nie patrzą w ogóle.
    Raz jedyny raz uslyszałam piękne słowa od naszej Pani Pediatry.
    Zapytałam wprost czy uważa, że jestem przewrażliwioną matką. A Ona odpowiedziała mi, że mam prawo pytać o wszystko, że nie ma przewrażliwionych matek, bo każda na swój sposób dba o dziecko, jadna mniej druga bardziej. Że ta niejedna, w mniemaniu innych,przewrażliwiona matka uratowała życie swojemu dziecku. I należy pytać, drążyć i mam do niej dzwonić i przyjeżdzac kiedy tylko uznam, że jest taka potrzeba. I tak właśnie robię.
    Ale niestety Ona jedna nie jest w stanie zajmować się całą chorobą mojego syna. Muszę spotykać chorych doktorów.
    I jeszcze jakiś czas temu miałam wrażenie, że Ci państwowi to są właśnie chorzy doktorzy, bo system, bo mała wypłata i oni nic nie muszą. Dziś jednak wiem, że prywatni też takimi się stali. Kiedyś platna wizyta była jakąś gwarancją, że chociaż Cię wyslucha, doradzi, podpowie. Dziś niestety pozwalają sobie na wiele. Zbyt wiele.

  • Każda choroba jest ważna, poważna, bo dotyczy naszego kochanego dziecka. Bo dotyczy człowieka.
    Ale ja też sobie zawsze tłumaczę, że choroba mojego syna to takie pierdnięcie przy chorobach innych dzieci. Widzę te dzieci na poczekalniach, widzę ich błędne spojrzenie. I rozmawiam z mamami. Jak muszą walczyć o wszystko. Jak muszą chodzić, prosić. Jak wiele pieniędzy tracą. Jeżdzą płatnymi pekaesami z chorymi dziećmi na płatną terapię.

    Tobie, Wam, życzę, abyście znaleźli lekarza, któremu zaufacie i który pochyli się nad Waszym dzieckiem.

    Oczywiście teraz czekamy na wieści i informacje w sprawie zdrowia Waszej ślicznej córki.

  • Piszac kolejny komentarz uswiadomilam sobie, ze mozna duzo i z roznych punktow widzenia, ale to co mnie wydaje sie najwazniejsze.
    Nie mozna uogolniac.
    Nie mozna oczekiwac, ze swiat stanie sie idealny.
    Mozna tylko nauczyc siebie (i swoje dzieci), by w kazdej sytuacji zachowac sie najlepiej. Godnie. Madrze.

    • Gdy juz emocje wroca na swoje miejsce i zaczynam myslec i to jak mysle bardzo mi sie podoba, bo wszystko w tym mysleniu jasne i wywazone, to zal ogarnia mnie przeogromny. Zal, ze tej burzy emocjonalnej nie ominelam, zal, ze nie umialam racjonalnie i natychmiast…
      Choc nie jest az tak bardzo zle.
      Mam kilka „gotowcow” sytuacyjnych i sporo sie nauczylam…

    • Ale z drugiej strony, gdyby nie emocje, to może nigdy bym mu nie powiedziała co myślę! A uważam, że zrobiłam dobrze!

    • Chcialabym, by emocje sygnalizowaly, ale by reakcje byly racjonalne. Chodzi o proporcje i …cel do osiagniecia.

  • No i ręce opadają :( Jednak pocieszę i tak uważam, że polscy lekarze są ok. Ich podejście do pacjenta-dziecka jest delikatne, wręcz czułe, w porównaniu z lekarzami holenderskimi. I wiem co mówię, Jagódka przed trzecimi urodzinami miała dwa zabiegi z pełną narkozą, z różnych przyczyn… Ale jakbyś chciała coś poczytać, to kiedyś też się wyżaliłam- http://mamajagody.blogspot.com/2012/11/w-suzbie-zdrowiu.html
    Pozdrawiam,
    g.
    PS. Zwykle też CI specjaliści z górnej półki są niestety mało przystępni, może poszukaj kogoś bardziej ludzkiego. Aa i my też mieliśmy wycinać migdałka, narazie czekamy czy się nie zmniejszy (u nas głównie chrapanie, otwarta buźka, na szczęści brak chorób)

    • Ja też słyszałam, że w Holandii jest dramat! Wiesz, nie chcę, by to było pocieszeniem, bo nie możemy równać w dół, a musimy w górę! :)

      Tośka ma wszystkie trzy powiększone i to jest problem. My też czekamy, to łączmy się w tym czekaniu hahaha! Buziaki! :*

  • Dziękuję Ci za ten tekst. Masz rację! To jest wlasnie to, co i ja myślę! Potrzeba nam kręgosłupa moralnego, wypracowanego w domu i zadna grająca, markowa zabawka tego nie załatwi!

    • Widzisz Marta, znowu dom! ;) A ja dodałabym szkołę, bo jednak tam nasze dzieci spędzają wieki całe. Ech, ile tematów, ile myśli, w sumie czasami nie wiem, po co ja to wszystko piszę…

      Buziaki! :*

    • Zeby zwerbalizowac mysli a potem czytajac reakcje, miec poczucie, ze nie jestes sama w TAKIM MYSLENIU i WIDZENIU SWIATA?

    • A jednak wszystko zaczyna się w domu. pracuję w szkole. staramy sie załatwić i kwestie edukacyjne i zajmować się bieżącymi sprawami, uczyć dzieci o życiu, postawach. ale one już przychodzą do nas ukształtowane! a czas ucieka, mimo że na nauczycielkę prowadzącą i mnie przypada razem 14 uczniów. szkoła nie może zaniedbywac wychowania, ale dzieje się tam tak dużo, że podstawą zawsze będzie dom.

    • Ależ oczywiście! Wałkuję ten temat na każdym kroku, że dom to podstawa, szkoła ma wspierać. Myślę, że moi czytelnicy to rozumieją, tylko jak dotrzeć do tych, dla których dziecko to kukułcze jajo, które podrzuca się do gniazda zwanego szkołą…

  • Jak dobrze, że nie tylko ja jestem przewrażliwiona na tym puncie… O lekarzach też mam podobne zdanie.. tych oczywiście w Polsce….poza Polską mogę się jedynie wypowiedzieć o chorwackiej służbie zdrowia, gdzie trafiliśmy na urlopie do szpitala z naszym pięcioletnim synkiem i wyrostkiem…. i i z przykrością muszę stwierdzić, że naszej polskiej służbie zdrowia bardzo dużo brakuje…i z perspektywy czasu dziękuję Bogu, że stało się to właśnie w Chorwacji…bo mają wspaniałych lekarzy, nie wspomnę już o niesamowitych pielęgniarkach czy pielęgniarzach
    Pozdrawiam ciepło!

  • NIe jesteś przewrażliwiona. Są owszem tacy rodzice, co dmuchają na zimne, ale jak mawia mój pediatra: lepiej pójść o raz za dużo do lekarza niż o raz za mało. Pediatra mojego dziecka nie jest gadatliwy, nie traci czasu na zaprzyjaźnianie się za każdym razem z moim synem. Syn trochę się go boi, bo nie lubi być rozbierany przy obcych, co naturalne. Jednak jego lekarz, przy każdej wizycie, skupia się z uwagą na oględzinach małego ciałka, jest szybki i metodyczny. Gdy coś mnie niepokoi, nawet, gdy sam mówi,że on nie widzi tego co ja, zawsze da skierowanie, bo wychodzi z założenia,że matka zna swoje dziecko lepiej i prędzej zauważy anomalię. NIe udaje ,że zna się na wszystkim, kieruje do odpowiedniego specjalisty, gdy chce potwierdzić lub wykluczyć to , co zauważył. Jestem szczęściarą. Mam zdrowe dziecko. Które czasem ma katar. Prócz trzydniówki i drobnych niedyspozycji żołądkowych – nie muszę po lekarzach biegać. raz trafiłam na nieuprzejmą, niekompetentną lekarkę. Co zrobiłam? zareagowałam od razu przy niej, do niej skierowałam swoje słowa. Jednak zaczęła mnie obrażać więc nie odpuściłam, poszłam do kierownika przychodni. Zbyt często odpuszczamy. Nie tylko lekarzom. Zwykle z powodu strachu: zaczyna się od lekarza, przez żłobek, przedszkolę, szkołę,kończy na pracy. Im więcej z nas odpuszcza tym więcej ma potem podobne problemy. Pozdrawiam.

  • Masz zupełną rację! Dziecko przede wszystkim uczy się postaw w domu. Jasne, potem szkoła, znajomi i inne środowiska/środowisko, ale jeśli zdołaliśmy wpoić mu pewne zasady, one pozostaną.
    Co do operacji – i ja miałam wycinane migdałki. Prawie nie zeszłam na anginę – konieczne było ich wycięcie, bo tak urosły, że nie mogłam niczego przełykać, nawet śliny… Karmili mnie w szpitalu dożylnie… (A jak mama poszła ze mną do pediatry – nowego, bo nasza „stara” lekarka przeszła na emeryturę – kobita stwierdziła, że „to tylko zwykłe przeziębienie, przejdzie”. No cóż, nie przeszło… Dopiero laryngolog przyszpitalny złapał się za głowę i już mnie w szpitalu zostawili…) Także gorsza była ta angina od wycinania tych migdałków. I powiem Ci, że od czasu, gdy ich nie mam, choruję rzadziej. (A wcześniej przynajmniej raz w roku zaliczałam coś grypopodobnego.) Nie wiem, czy to związane akurat z tym czy nie, ale takie są fakty ;). Mam nadzieję, że nieco Cię na duchu podniosłam… Z drugiej strony rozumiem Twoje uczucia. Kiedy mojemu synkowi coś dolega, też trzęsę się jak osika (wewnętrznie, na zewnątrz robi się ze mnie maszyna-sprawdzająca-objawy, lekarka i pielęgniarka w jednym, sama siebie nie poznaję w tym amoku… Co nie przeszkadza tracić zmysły… Gdy młodzian miał trzydniówkę i obudził się w nocy z płaczem, na termometrze nieco powyżej 35 stopni (noc wcześniej gorączkował blisko 39), rozbeczałam się. Ryczałam razem z małym, aż zdenerwowałam męża, który musiał zająć się nie tylko dzieckiem, ale i mną ;). Zadzwoniłam wtedy – nie myślałam o niczym, chciałam ratować dziecko – do pediatry naszego syna – na pieczątce i wizytówce miał swój numer komórki. I on wtedy, przez telefon, w nocy, pewnie wybudzony ze snu, spokojnie i z empatią wszystko wytłumaczył, uspokoił, powiedział co mamy zrobić – krok po kroku. Uspokoił mnie (głos coraz mniej mi drżał), uspokoił męża, dał wyraźne wytyczne. Nasz synek rano czuł się o wiele lepiej, następnego dnia był już zdrowy. Takich lekarzy powinno być więcej! I to nie prywatny, ale przyjmujący nas z „państwowych”… Też żartujący czasem niewybrednie w trakcie wizyt, ale zazwyczaj wtedy, kiedy nic złego się nie dzieje, dolegliwości młodziana traktuje bardzo serio, ze mną matką tak sobie czasem pogrywa, chociaż potrafi przestać, gdy widzi, że akurat mi to nie w smak… Taki zwykły, porządny człowiek. Bo tak naprawdę niewiele trzeba, żeby rodzica uspokoić, żeby złagodzić sytuację. Po pierwsze – nie należy bagatelizować sytuacji, konieczna jest EMPATIA właśnie… W ogóle mało jej dookoła. O porodówce mogłabym napisać osobny już nawet nie tyle komentarz, co post… Ech. Obyśmy miały szczęście do dobrych lekarzy :*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.