Karty przeszłości

Nie wiem, kiedy to minęło. Kiedy ten czas zapisał się na kartach przeszłości…

Dopiero hormonami zmuszali ją do wyjścia, bo na świat się nie pchała. Dopiero pierwszy raz usłyszałam jej płacz. I spanikowałam. Dlaczego ona płacze? Coś jest nie tak? A przecież wiadomo, że dziecko musi płakać, że to normalne, a nawet pożądane. Ja wiedziałam to także. Ale instynkt podpowiadał, że gdy płacze to jej źle i trzeba reagować. Natychmiast!

Tuliłam. Non stop. Nie potrafiłam odłożyć do szpitalnego łóżeczka. Spała ze mną. Właściwie spała tylko ona. Ja nie musiałam. Mimo ogromnego zmęczenia, zupełnie nie mogłam zamknąć powiek. Wolałam na nią patrzeć, upajać się jej widokiem. Byłam odurzona. Odurzona miłością i podnieceniem. Odurzona nowym życiem, które takie malutkie, bezbronne leżało na mnie i obok mnie. A ja, jak śledzik (choć wyglądem bliżej mi było do orki), na brzegu łóżka. Byle tylko jej nie przygnieść, nie skrzywdzić niechcący. Ale na tyle blisko, by czuła moją obecność. Żeby czuła się bezpieczna.

Dopiero kończyła roczek. Dziś się z tego śmieję, ale wtedy ryczałam. Bo zdjęcia nie wyszły, a przecież to takie ważne. Nieprawda! Ważne są wspomnienia. Zdjęcia mogą zginąć, utonąć, spłonąć, a wspomnienia są po grób. One nigdy nie przepadną w otchłani umysłu. Będą ze mną już zawsze. Gdy zaczęła siadać, mówić, chodzić, broić, mówić i mówić i mówić…

Najważniejszych chwil nie da się uchwycić w kadry. W najważniejszych chwilach jest się całym sobą, a nie wizjerem w aparacie. Jak wtedy, gdy po raz pierwszy w życiu jadła loda. Na patyku. I ten lód jej się topił, aż wreszcie spłynął na podłogę. Nigdy nie zapomnę tej ogromnej histerii. To był największy dramat! Dramat małego dziecka. Ale zawsze rozumiałam i szanowałam jej emocje. Zawsze ją wspierałam i będę wspierać, nawet w najbardziej niedorzecznych problemach. Bo to są jej problemy. A ja nimi żyję. Są we mnie i ze mną. Jak cała ona. Tego już się nigdy nie oddzieli.

Ta niewidzialna pępowina będzie się powoli wydłużać. To proces trwający od jej narodzin. A ja się zastanawiam, kiedy to minęło. Kiedy ten czas zapisał się na kartach przeszłości…

Dziś mówi do babci: „Babciu, jesteś dyrektorem. Rządzisz ‚dzieciami’. Wiesz, że ja też jestem dyrektorem? Rządzę rodzicami!”.

Dziś ma prawie trzy lata. Za chwilę skończy trzynaście i trzydzieści. Nie zastanawiam się kim będzie, gdy dorośnie. Niech będzie szczęśliwa. Już zawsze.

 

 

DSC_5687Untitled-14DSC_55951DSC_5576-2Untitled-10DSC_55752DSC_5656Untitled-11DSC_5732Untitled-15DSC_57184DSC_5901Untitled-1DSC_5801Untitled-13DSC_5849Untitled-5DSC_5844Untitled-12DSC_5771Untitled-9DSC_5838Untitled-6DSC_5878

 

Zdjęcia z naszej wycieczki do Lawendowej Barci pod lasem w Chajczynach. Niestety lawenda przekwitła, nie zastaliśmy gospodarzy, nie kupiliśmy miodu, ani pyłku lawendowego, ale spędziliśmy wspaniały czas całą rodziną!

Sukienka Tosi – Minimu chic for kids, kupiona na przecenie tutaj.

14
53 Komentarzy w
“Karty przeszłości”
  • Najważniejszych chwil nie da się uchwycić w kadry. W najważniejszych chwilach jest się całym sobą, a nie wizjerem w aparacie.

    Jak bardzo jest mi bliskie takie podejście! Choć zdjęcia też są cudne, szczególnie, kiedy ogląda się je razem z dzieckiem, po latach, śmiechu i radości jest co niemiara. Mamo, ja naprawdę tak wyglądałam, a co ja tu robiła, a dlaczego mam taką minę? Można tak godzinami.

    • Są cudne, dlatego próbuję złapać każdą chwilę, gromadzę na dysku, ale te najważniejsze jednak pozostają głęboko w Tobie… Można godzinami, ja ciągle przeglądam swoje fotki z dzieciństwa! :)

    • Cudnie :) Ale wiesz co – fajnie, że te Maluchy rosną. Można obserwować jakimi fajnymi ludźmi się stają <3

    • Oczywiście, że fajnie! Niech rosną, będą samodzielne, jak najbardziej! To raczej taka nostalgia za tym, co było, a nigdy nie wróci. Poza tym dopiero po dzieciach widać, jak czas ucieka. Gdy widzimy, jak rosną… :)

    • A właśnie na jednej grupie ktoś mi dodał kolory do tego głównego zdjęcia z posta, bo chyba dla niego były za blade hahaha. A ja takie lubię :) Dziękuję Ci bardzo!

  • Pewnie, że nie da się najważniejszych momentów zawsze złapać w kadry. Ale ZAWSZE można spróbować :-)
    A Tobie mam wrażenie udaje się to idealnie!

    • Oj, ja próbuję i często noszę aparat ze sobą wszędzie. Ale równie często spędzam czas z Antosią bez aparatu na szyi. Żeby być tylko i wyłącznie z nią i dla niej. Bez zbędnego ciężaru. Gdy idziemy do parku, by pobyć tylko we dwie, same ze sobą, drzewami i kaczkami. Wtedy jest tak pięknie… Choć są takie chwile w tych momentach, że żałuję, iż nie mam przy sobie aparatu. Wtedy zachowuję te kadry w środku. I też jest cudownie! :) Pozdrawiam ciepło!

  • Piękne zdjęcia!!! Cudny tekst. Mam troje dzieci, trzy radości, trzy lęki, serce dzielone na trzy, albo nawet trzy serca :-) Oby nasze dzieci były szczęśliwe-zawsze :-)

    • Dziękuję Iwonko! O trójce marzę, ale na razie skupię się na drugim. Chyba, żebym bliźniaki od razu miałam, to sprawa załatwiona! Z jednej strony zazdroszczę, a z drugiej boję się takiej gromadki. Nie wiem, czy bym sobie poradziła… Podziwiam! :*

  • Takie teksty chce czytać. Pomagają mi teraz bardzo na początku tej ciężkiej dla mnie roli podwójnej mamy… Dziękuję ♡

    • Bardzo proszę Ela! Cieszę się, że moje teksty mają na Ciebie jakiś wpływ. To takie miłe i zachęcające! Trzymaj się Mamuśka! Poradzisz sobie! :*

  • Wyruszasz słowami.
    W twoim wykonaniu zdjęcia są piękne. Kolejny raz Ci zazdroszczę tej umiejętności chwytania chwil! Jednak zaczynam się szkolić. Biorę aparat do ręki i obiecuję sobie, że niebawem doprowadzę moje fotki do ładu. Także uważaj, cholernie zdolna Istoto! Jak się naumiem to będę deptać Ci po piętach ;)

    • Ależ ucz się! To cudowne odnaleźć w sobie tę pasję! I cudowne też jeśli Cię do Tego zainspirowałam! Ja sama chętnie bym uczyła innych, nawet dając wpisy na blogu, ale ja po prostu na razie nie mam żadnej wiedzy. Jestem totalnym samoukiem, chłopak mojej siostry tylko wyjaśnił mi jak robić zdjęcia na manualu i to wszystko. Dlatego sama zamierzam się szkolić i wtedy może będę mogła pomóc koleżankom z blogowego podwórka. Bardzo, bardzo chętnie!

      Moje zdjęcia nie są rewelacyjne. Im więcej wchodzę we fotografię, tym bardziej uświadczam się w przekonaniu, że kompletnie nie umiem robić zdjęć! To mój wewnętrzny dramat…

      A w Ciebie wierzę, że Ci się uda, skoro CHCESZ. To już połowa, jak nie więcej, sukcesu. Brawo Kochana! :*

    • Bo do tej barci nikt się pewnie nie zapuszcza, a właściciele może hodują sobie niezłe przysmaki na zimę… ;)
      Ach, dziękuję Aguś moja! :*

    • Mamy na zdjęciach nie ma, bo mama robiła zdjęcia :)
      Bardzo, bardzo dziękuję za takie piękne słowa! :*

  • Po przeczytaniu tego wpisu miałam ciary. Muszę przyznać , że piękne tworzy Pani teksty. Trafiłam na Waszego bloga kiedyś przypadkiem a później niestety zapomniałam tu zaglądać . ;/ Dużo straciłam , ale NADROBIĘ! obiecuje! Przeczytam wszystko w wolnej chwili :) To dzięki Pani Ani i Karolkowi znów tu trafiłam , co mnie bardzo cieszy! Blog Karola i jego mamy śledzę na bieżąco. Należą do moich ulubionych (a zarazem jedynych) blogowiczów.. Od dziś to się zmienia! Wy również do nich należycie . Będę Was obserwować ! :)

    Ps. Jak już wspomniałam wyżej kiedyś tu już byłam , ale tylko na moment , na chwilkę . Ostatnio chodziłam po mieszkaniu i mi się przypomniała nazwa ‚MINIMALIV’ i za nic w życiu nie mogłam sobie skojarzyć , gdzie przeczytałam tę wyraz. TERAZ JUŻ NIE ZAPOMNĘ! :D

    Pozdrawiam , Natalia 15 lat. :)

    • Natalia, nie Pani, nie Pani! Mów mi na ty! :)

      Ależ mnie łechcesz słowami dziewczyno! Zaglądaj częściej, zapraszam! Moje drzwi stoją dla Ciebie otworem. Ale, że Ci się nazwa moja przypomniała to chyba sukces! :) Dumałam nad nią pół roku i chyba było warto hahaha!

      Buziaki gorące i nie zapominaj! Ściskam! :*

    • Właśnie nadrabiam zaległości. :)

      Nazwa jest świetna ! :*

    • Ja się wzruszam, gdy czytam takie słowa… To ogromna nagroda za pracę, czas i emocje, które wkładam w bloga, które wkładam w Was! Dziękuję po raz setny chyba. Ale i powtórzę tysiąc i milion.

      Też czujesz upływ czasu, patrząc na dzieci? Naprawdę, tylko po nich widać jak się starzejemy. To takie smutne, ale i radosne zarazem, że człowiek, którego stworzyliśmy, staje się coraz piękniejszą osobą, z dnia na dzień zmieniając się nie do poznania.

      I niech rosną, niech będą szczęśliwe te nasze pociechy!
      Ściskam Was! :*

    • Taak, tak bardzo czuję ten mijający czas. Szczególnie, gdy trzymam w rękach noworodka, który zmienia się z dnia na dzień… Który przypomina tą ulotność życia, ulotność wszystkiego… I przypominam sobie, jak Starsza była noworodkiem. Pięć minut temu. A to przecież już ponad dwa lata… To taka radość i smutek jednocześnie. Taka matkowa melancholia. Chyba tylko patrząc na dzieci można tej magii doświadczyć. Nawet o niej starałam się ostatnio pisać. W hormonalnej mej huśtawce ;) Ściskam najcieplej!

  • Piękne zdjęcia!
    Ja często mam tak, że zamiast cieszyć się zdjęciami, które są, bardziej żałuję tych, których nie zrobiłam. Na pierwszej stronie albumu istniejącego wyłącznie w mojej głowie są rzecz jasna zdjęcia Chłopca i Dziewczynki. Gdybym mogła nosiłabym ze sobą aparat wszędzie. Przekonałam się o tym niedawno, gdy na świat przyszła Dziewczynka. Po sześciu latach ponownie wzięłam na ręce noworodka i uświadomiłam sobie, jak ulotna jest pamięć. Jak wiele zapomniałam z czasu, gdy Chłopiec był maleńki. Błogosławię zdjęcia, bo pamięć mam dobrą, ale jak się okazuje krótką. Pozdrawiam ciepło, Kuku.

    • A wiesz, że ja celowo nie zabieram ze sobą bardzo często aparatu. Nie mam potrzeby! Wolę pobyć całą sobą z Antką, a nie tkwić z nosem w wizjerze! Ja wolę z nią rozmawiać, spacerować, przytulać się i nie myśleć o robieniu zdjęć… Czasem tez biorę aparat a nie robię ani jednego ujęcia, bo tak mi czas cudownie leci w towarzystwie mojej córeczki. Wolę te momenty tysiąc razy od fotografowania! Ale robić zdjęcia, zwłaszcza jej, kocham także. Dlatego, mimo wszystko, często mam ze sobą szkło. Bo pamiątkę jednak mieć fajnie! ;)

      Buziaki! :*

    • Piję z Tobą kawę ;)
      Jako mama „2” doszłam do perfekcji. U mnie robienie zdjęć nie zajmuje więcej niż sekund pięć :) Więcej czasu zajmuje obróbka, żeby było tak jak zapamiętałam – ale to, kiedy już dzieci śpią.

  • „Najważniejszych chwil nie da się uchwycić w kadry.” – dlatego wiele lat temu postanowiłem zniszczyć wszystkie zdjęcia i odszedłem od fotografii. Później sprzedałem aparat. Do dziś uważałem, że prawdziwą wartość mają klatki które zostają w pamięci, a nie te, które zarejestruje matryca. Jednak gdy oglądam po raz nie wiem który Twoje zdjęcia, zapominam o tym. Piękne.

  • Dokładnie. Chwil najpiękniejszych uchwycić się nie da… pewnie dlatego często zapomiam się i nie łapię za aparat upajając chwilą. Choć nie ukrywam – później trochę tego żałuję. Żałuję, że nie spróbowałam.

  • Zdjęcia dziś nie mają tej wartości co kiedyś, wspomnienia blakną.
    Wczoraj odpaliłam stare filmiki w telefonie i nie mogłam uwierzyć, że dziedzic był taki mały… Pielęgnuję te wspomnienia, choć pewnie człowiek zapomina o chwilach smutnych i przykrych.
    Zdjęcia magiczne wprost!

  • Właśnie przeczytałam w Dużym Formacie i od razu pomyślałam o tej notce (fotoreportaż o DD – Digital Detox):
    „Grunt to pamiętać, że w życiu codzi o doświadczanie przeżyć, a nie ich opisywanie w internecie. Jako fotograf akurat barzo dokładnie to odróżniam: alb robię zdjęcia, albo przeżywam chwilę. Często widzę ludzi, którym się to zaciera, stoją przed jakimś pięknym widokiem, ale nie patrzą na niego, tylko na ekran iPhone’a, którym ten widok fotografują. Ja mam prostą zasadę: albo pracuję, albo mam czas wolny”.

    Mam poczucie, że ty intyicyjnie to rozgraniczasz. Wpuszczasz nas do siebie, ale masz jeszcze coś, czego nie widzimy. Coś, czego nikt, poza Tobą, Luckiem i Księżniczką, nie widzi, nie czuje. I dobrze.
    Serdeczności!

    • Oj, to ostatnio mi było bardzo potrzebne. Życie offline. Coraz częściej zdarza mi się przeżywać takie dni. I dobrze mi z tym! Moje życie to nie fejs, ani blog, tylko świat poza komputerem. Zdecydowanie piękniejszy niż ten z ekranu. A nie pokazuję go chyba w 90%. Bo to moje życie, a nie kogoś innego. Nie mam potrzeby dokumentowania każdego swojego kroku. Ale lubię podzielić się w innymi tą magią, którą odnajduję w zwyczajnym świecie. Zapraszam Was do mojego świata, ale nie jest to świat kompletny. Tylko jego cząstka. Ale ta piękna, spokojna, bajkowa… Jakbym miała tu swoje nerwy przykładowo pokazywać, to by wszyscy uciekli w popłochu! :) Buziaki i dziękuję za cudny komentarz! :*

  • O, zdecydowanie wspomnienia są najważniejsze. Ja nie mam zdjęć z pierwszego dnia. Ja pojechałam na pooperacyjną, ona na oddział noworodkowy. Zobaczyłyśmy się dopiero następnego dnia, a i tak nie miałam siły się nią zajmować, na szczęście spała. No i bardzo się cieszyłam, że może spać bez przytulania, dzięki temu ja mogłam trochę pospać. Inaczej miałabym same złe wspomnienia z pierwszych tygodni ;)

    • O rany, no to kompletnie inaczej ode mnie… Ale nieważne te zdjęcia. Ważne wspomnienia, które tak pięknie tutaj opisałaś! :)

  • Jakoś mi się zagubił ten ten post i dziś go odnalazłam…. Robaki się wiercą i nie dają mi pofacebookować… Ale pięknie do wszystko napisałaś! Tym razem zdjęcia wyjątkowo nie robią na mnie żadnego wrażenia. Zachwycam się słowem. I więzią – „wydłużająca się pępowiną”. Jak chyba nigdy jej nie wydłużę, bo umrę z tęsknoty i żalu i w ogóle oszaleję! (A czeka mnie wysłanie mojej dwójki do wojska za 19 lat!!! ) Dziękuję, Miro. Osłodziłaś mi poranną zieloną herbatę :*

    • Ty chyba kochana moja będziesz miała trudniej, bo to chłopaki będą. Ale że dwaj, to może jakoś naturalnie przyjdzie wydłużenie pępowiny. Z córką wydaje mi się problem jest mniejszy, bo ona niby szybko się usamodzielnia, ale jednak pozostaje przy mamie… Z facetami to raczej nigdy nic nie wiadomo! :) Na kiedy masz termin? :*

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.