Dziecko z beczki

 

Urodził się na wsi. Ale takiej prawdziwiej, wiejskiej. Gdy był malutki, mama trzymała go w beczce. Takiej prawdziwej, drewnianej.

Dość to ekscentryczne, a nawet dwuznaczne, gdy spojrzy się na ten fakt przez pryzmat łódzkich dzieci z beczek. Lecz beczka, w której siedział była pokaźnych rozmiarów. Służyła jedynie za bezpieczną przestrzeń dla dziecka. Dno wyłożone miłym kocykiem, by na chwilę wsadzić chłopca i powiesić pranie na sznurze w ogrodzie. Obrać ziemniaki i ubić kotlety na obiad. Cudowna kreatywność. Bo nie było pieniędzy na kojec…

Mały dorastał otoczony przyrodą. Szybko wyrósł z beczki i przeprowadził się do lasu. Spędzał tam całe dnie, szukając sowich wypluwek, które rozkładał na części pierwsze. Wklejał je potem do brulionu Wrocławskich Zakładów Wyrobów Papierowych. Analizował każdy szczegół i podniecał się swoim znaleziskiem. Opisywał wszystko dokładnie, prowadząc ewidencję niestrawionych resztek ptasich pokarmów. Pierwsze hobby.

Biegał po okolicznych polach i łąkach. Chował się w snopach siana przed deszczem. Budował z kolegami tamy na rzece. To dopiero była frajda! A radość największa, gdy wody zebrało się po kolana i można było popływać. Szczęście na wyciągnięcie ręki. Pierwszy sukces.

Miał notatnik przyrodnika z mapami mrowisk i jastrzębich gniazd. W nocy czaił się przy podziemnej norze borsuków, czekając, aż któryś wyjdzie ze swojej jamy. Bał się ataku dzikiej zwierzyny, lecz podekscytowanie brało górę. Wytrwał całą noc. Nie wyszedł ani jeden. Pierwsza porażka.

Po latach dowiedział się, że musiał czatować ze złej strony. Wiatr niósł jego zapach wprost do nosów borsuków. Do dzisiaj to one są jego najukochańszymi zwierzętami, a porażkę darzy ogromnym sentymentem. Wszak później było ich więcej…

Dni upływały mu szybko. Entuzjastyczne zabawy w tipi, zrobionym z prawdziwej krowiej skóry kupionej od sąsiada. Domkiem na drzewie było po prostu drzewo. Przyjemnie odpocząć na potężnej gałęzi jabłoni, przegryzając zerwane przed chwilą jabłko. Takie ekologiczne, niepryskane. Tego smaku się nie zapomina.

Nocami wychodził do ogrodu i siadał na pachnącej trawie, by rysować mapy swojego nieba. Następnie porównywał je z mapami w atlasie. A tych miał dużo – atlasów, książek… Na to nikt nie żałował. Jak późnej na komputer wzięty na raty i internet, bo chciał się uczyć programować.

Nie dorastał w dobrobycie, ale i niczego mu nie brakowało. Miał wszystko, czego potrzebował. A jak nie miał, to sobie zrobił.

Cudowna kreatywność. Taka, która może zostać odkryta tylko wtedy, gdy nie masz za dużo. Gdy rodzice nie podają ci na tacy tysiąca zabawek. Zabawy wymyśla się samemu. Zabawki tworzy z tego, co akurat jest pod ręką. Bo czyż nie największą frajdę sprawia sam proces tworzenia, a później duma ze swojego dzieła? Gdy możesz zrobić sobie łuk z kawałka patyka i sznurka, albo huśtawkę z opony, a sanki z kawałka deski…

Martwię się o jego córkę. O naszą córkę. Antosia jest dzieckiem wychowywanym w bloku. Dzieckiem, któremu kupuje się nowe zabawki, a każda z nich żyje godzinę, dwie, tydzień. Później, rzucona w kąt, umiera śmiercią naturalną. Zapomniana i bezużyteczna. Gotowe zabawki pozbawiają możliwości kreacji. Można powiedzieć: daj jej karton i patyk – niech tworzy. Dawałam. W mieście, w domu, czy w parku ta naturalna potrzeba kreacji zamiera. Widzę to i czuję. Jesteśmy otoczeni sklepami i reklamą. Dziecko chłonie to wszystko i chce więcej i więcej. Na chwilę.

Gdy byliśmy w weekend na wsi, Tośka szalała. Nie potrzebowała do szczęścia skrzyni z zabawkami. Wystarczyło jej podwórko i naturalne surowce na nim porozrzucane. Taka zabawa ma całkowicie inny wymiar. Dlatego postanowiliśmy uciekać na wieś jak najczęściej. Dla jej dobra, dla dobra jej kreatywności, dla obcowania z naturą.

Generalnie staram się ostatnio ograniczać posiadanie rzeczy. Kupuję, owszem, ale rozsądniej niż wcześniej. Wolę wyjechać z Tośką na wieś, zerwać kwiatki, nazbierać jeżyn do koszyczka, czy wyrwać marchewkę z przydomowego ogródka. I widzę, że ma z tego większą przyjemność, niż z posiadania nowej – wymarzonej (?) – lalki, która od tygodnia pokrywa się kurzem. Nietknięta.

Po raz kolejny pozbywam się mnóstwa rzeczy, które już czekają w pudłach na rozdanie. Zauważyłam bowiem, że źle się czuję, gdy mam za dużo. Nagromadziłam wszystkiego przez lata i teraz mi to ciąży. Zawala przestrzeń i przytłacza. Porozmawiałam z Antką i ona także oddaje swoje stare zabawki, czy torebki. Wie, że są dzieci, które mają mniej i chętnie je przygarną. Nie chcę uczyć jej gromadzenia, zbierania. To daje jasny sygnał, że „mieć” ważniejsze jest niż „być”. A przecież to nieprawda! Rzeczy są tylko dodatkiem, a nie treścią życia.

Chciałabym być dzieckiem z beczki. Ale jestem dzieckiem z kojca. Kocham miasto, tu egzystuję, ale od pewnego czasu zaczynam spoglądać w stronę wsi. Bo gdy Jaskółka pisze, że podchodzi do niej Kosmyk z centymetrem, który ostatnio służy mu jako stetoskop, to ja widzę dziecko z beczki! Widzę chłopca, który nie dostał na urodziny zestawu małego lekarza, jak moja Tośka. Ona posiadając, nie tworzy. Ona odtwarza. A mnie się marzy wsadzić ją do tej beczki. Choć na sekundę…

 

polska wieś kotkot mały kotekzara kappahl okaidi polska wieś plecakDSC_0422słonecznik polska wieśkot małe kotkieko malinyeko malinyDSC_0527DSC_0525DSC_0252kwiat róża ogród polska wieśdziecko koszyk kwiatydziecko koszyk kwiaty bluzka zara spódniczka kappahlkwiaty różekoszyk płatki róż kwiaty ogródkoszyk wiklinowy eko jeżynykoszyk wiklinowy jeżyny ekoDSC_0753ogórki kiszone słoikUntitled-1DSC_0908DSC_0909plecak okaidiDSC_0539DSC_0805plecak okaidi

18
48 Komentarzy w
“Dziecko z beczki”
  • A ja mam na to rozwiązanie. Nie wieś, sama w sobie, a ‚tubylcze’ dzieci. Maks po 2 dniach spędzonych z kuzynami i ich kolegami umiał się wspinać na drzewa, bawić się w ‚gąski gąski do domu’, łapać dzikie koty, jeść to co upoluje się ze stołu, chodzić brudnawym acz szczęśliwym.
    Lenka także łapała w mig.. od innych dzieci a nie klimatycznej wiejskiej rezydencji.

  • Pamiętasz jak Ci mówiłam, że u nas zabawek jak na lekarstwo? Wlasnie dlatego. Żeby na spacerze z patyka robić mikrofon, z liści zupę ugotować.
    Nie lubie zbierać, gromadzić. Wyrzucam albo sprzedaje za pol darmo.
    Fajny wpis. Daje do myślenia…szkoda mi tylko tej wsi. Muszę w koncu ogarnąć choroby i zobaczyć tą Waszą!

    A foty mistrz. Nie wiem jak Ty to robisz!

  • człowiek zawsze będzie pragnął tego czego nie ma.. wieś jest piękna, spokojna… miasto też m a swoje zalety, najlepsza jest równowaga- wieś blisko miasta :)

  • Między innymi dlatego, trochę pod prąd wczesniejszym planom, kupiliśmy ruinę 100-letniej leśniczówki. Pojęcie „fajne życie”, które odkąd pamiętam wiodłam, nabrało jakby nowej głębi. I choć w tym roku w związku z tym zakupem nie jedziemy na prawdziwe wakacje (choć w sumie, my nigdy nie jeździliśmy na „prawdziwe” wakacje, włóczyliśmy się po świecie z namiotem, a ostatnio także z psem, więc dzieciaki zawsze miały niezły survival), mam wrażenie, że nasi chłopcy tego lata dostali od nas coś jeszcze ważniejszego. Uwielbiam tę chwilę, kiedy wracam z bardzo porannego spaceru po lesie (mój najmłodszy syn niezmiennie zrywa mnie z łóżka o 5 rano) i zastaję starszych synów budujących łódź lub obserwujących z latarni morskiej (czyli z drzewa) statki na morzu ;) A potem idziemy nazrywać jeżyn na śniadanie. I wspiąć się na ambonę i wypatrywać godzinami dzików. Z książkami i kocem. Jak w domku na drzewie. I zawsze po przyjeździe nie mogę się nadziwić ciszy

    • Kochana ja Cię śledzę, ja wiem, ja znam leśniczówkę! Wspaniały komentarz. Bardzo adekwatny. Leśniczówkę odwiedzić musimy. Z namiotem! :) :*

  • Ja jestem dzieckiem z kojca, ale takim, które nie miało wiele, ale nauczyło się tworzyć coś z niczego i całe dnie spędzało na podwórku….. A dziś dla naszego dziecka przenieśliśmy się na wieś i wiem, że była to najlepsza życiowa decyzja.. patrzę na nią i widzę mnie przed laty ;)

    Ps. zdjęcia magiczne… jak ty to robisz? ;D

    • Ja na podwórko wychodziłam tylko chwilę. Dopóki nie zgwałcili i (chyba) zabili dwóch dziewczynek w podwórkowej klatce. Więc podwórko mi obce… :(

  • My z tego powodu przy każdej okazji wywozimy dzieciaka do lasu. Czasem nawet nie zabieramy kubełka i łopatki, same patyczki do zabawy wystarczą. Ale kubełek czasem się przydaje, jako wiaderko na skarby. Moje dziecię jest na tyle dzikie, że na placu zabaw pobędzie góra 10 minut. Potem rzuca foremki i idzie zwiedzać. Szuka drzewka, pod którym leżą mirabelki. Szuka jarzębiny. Zrywa kwiatki wyrosłe jakimś cudem na często koszonym trawniku. Bawi się żwirem wysypanym obok parkingu. Blokowisko tez może być kreatywne, byleby nie trzymać dziecka w ścisłych ramach odtąd-dotąd. :)

    • No moja Tośka też się bawi żwirem spod przyrządów do gimnastyki w naszym parku hehe. Ale to wszystko jest jakieś ograniczone. Może nie umiem tego wyjaśnić, ale naprawdę widzę ogromną różnicę pomiędzy zabawą w mieście i na wsi. Widzę to też po swoim dziecku. Cudnie, że Wasza mała jest dzika! :D

  • Wsi spokojna, wsi wesoła. Dzieci wiejskie, dzieci miejskie (czytałaś?). To wszystko wlasnie po to i dlatego.
    Jestem mieszczuchem, wiem to i czuję, ale proces przeobrażania się w wieśniaka, tak pozytywnie, jest dla mnie pięknym powrotem do dzieciństwa i pocztówką, którą dajemy dziecku.

    Wieś jest rewelacyjna, mam nadzieję że i naszą odwiedzicie?

  • Cudny wpis. Jak ja marzę o wsi. O kawałku własnego podwórka. Ja wychowana w bloku i w bloku dzieci wychowująca. Nie dam rady tu mieszkać. Oj chyba i my się na tą Waszą wieś wybierzemy :), tylko czy wieś najazd takiej bandy by przetrwała :)? Pozdrawiamy serdecznie i zapraszamy do nas – trochę do bloku :) miejsca ogrom choć nie tak przyjemnie jak na wsi.

    • Nie mogę cały czas pisać o tym samym, no i różne myśli człowiekowi do głowy przychodzą :) Same zdjęcia mogłabym wrzucać, ale ja zawsze chcę poruszyć jakiś temat i dlatego jest różnie. Takie moje małe zboczenie – może niepotrzebne zupełnie… Buziaki i dziękuję za pieszczotę w postaci miłych słów! :*

  • „Moja” Gaba, pomimo, ze miejska i ma wszystkie najnowsze zabawki (które oczywiście po 2 dniach idą w zapomnienie) jest dzieckiem z beczki. Ale bratowa duzo nad tym pracuje. Dzięki temu Mała jest bardzo kreatywna i umie zrobić coś z niczego. Pani w przedszkolu stwierdziła, ze dawno tak kreatywnego dziecka w grupie nie miała.
    Pozdrowienia ze slonecznych dzis Mazur.

    • Ja nie mówię, że moja Antka jest totalnie lewa i nie potrafi kompletnie niczego stworzyć i ma w sobie zero kreatywności. A w życiu! Ale uważam, że na wsi łatwiej o takie atrakcje, które tę kreatywność rozwinąć. W mieście wszystko na wyciągnięcie ręki. No i kolejna kwestia, abstrahując od kreatywności, bo dziecko potrafi zrobić coś z niczego – ok, ale w dalszym ciągu ma milion zabawek, którymi się nie bawi i ma świadomość, że wszystko przychodzi łatwo, bez trudu, mama kupi, mama da… Sama napisałaś, że Twoja Gaba ma wszystkie najnowsze zabawki! To Tośka nie ma ich pewnie nawet w 1/100! :) A wiele ma z SH, czy używane… Tylko Barbie jej kupiłam, bo tak bardzo chciała… Olewka kompletna! Szkoda mi tej dziecięcej radości z zabawek, które kiedyś były naturalne, a dzisiaj dziecko się z niczego nie cieszy, bo wszystko jest! Dlatego ja chcę na wieś, bo Tośka się cieszy, że kotka pogłaszcze, że malinki zerwie, że pobiega po polu! I tutaj widzę prawdziwą radość, radość dziecka, które krzyczy: „ale tu pięknie!”, a nie radość pięciominutowej podniety nową zabawką…

    • dokładnie o to mi chodziło Mira :) tak jak napisałaś. Tylko poleciałam skrótem, bo z komórki trudno pisać ;)
      ściskam

    • i zabawki z SH – to jedne z lepszych zabawek ;)
      a że najmłodsza w rodzinie, to ma tysz wiele najnowszych, które potem się odsprzedaje za bezcen, lub oddaje innym.

    • No i właśnie ja nie umiem już Tośce kupować tych zabawek. Żeby się nie bawiła, a później oddać nowe prawie… bo się nie bawiła. Po prostu przestałam uważać, że ona potrzebuje tysiąc gadżetów. Nie, nie potrzebuje. Woli bawić się z kotkami na wsi! :) Buziaki! :*

  • Kiedy dzień w dzień obserwuję swoje dziecko grzebiące się w błocie po nocnym deszczu, kiedy w jej (zakładanym od czasu do czasu ofc) pampersie znajduję kamyki z potoku, to mnie szlag trafia, że ona się nie bawi lalkami…Tłumaczę sobie, że jest jeszcze za mała, i na lalki i na bardziej kreatywne zabawy tym, co znajdzie w polu :)

    • Może do lalek nigdy nie dorośnie. Tośka chciała jedną jedyną lalkę i gdy w końcu ją dostała – bawiła się dwa dni. I już po fascynacji. Wolę te kamyki z potoku. Wolę tysiąc razy!!!

  • Święta racja! Przez całe swoje życie nie znałam wsi i nie doceniałam. Teraz poznaję przez Męża i się zakochuje. W atmosferze, w relacjach międzyludzkich, podchodzeniu do życia, zapachu (no nie każdym:), w celebrowaniu zwyczajów, w świętowaniu, w przestrzeni. Na tyle, że miejska dziewczyna chce się wynieść na wieś. Dla siebie, dla męża, dla dzieci :-)
    A w ogóle to serwus Minimalivowe Dziewczyny :-) tyle razy Was odwiedzałam, a nigdy się nie przywitałam. Wstyd po prostu ;-)

    • Odwiedzaj nas częściej! Może kiedyś tylko posty ze wsi będą hahaha. Ale nie, pewnie całkiem z miasta nie zrezygnuję… ;) Buziaki!

  • Kurcze, jak Ty to wszystko pięknie przekazujesz słowami i zdjęcia, boskie!
    Mi do wsi daleko, ale jak byłam mała, całe dnie spędzałam na placu zabaw, „za blokiem” itd. To były czasy. Teraz smutno, że świat podąża w taką, a nie inną stronę. Tosia da sobie radę, z takimi rodzicami, na pewno się nie zatraci :))

    • A tęsknisz czasem za tym spokojem i świeżym powietrzem? Bo mnie też zawsze na wieś nie było po drodze, ale teraz tak jakby bliżej, bo chcę, bo tęsknię, bo potrzebuję powietrza, a nie betonu! :)

      I dziękuję za dopieszczenie mojego ego hihi. Bardzo mi miło! :*

    • No pewnie, bardzo mi tego brakuje. Kiedy tylko mogę, uciekam jak najdalej od miasta, żeby tak po prostu pooddychać :)

  • Pięknie napisane i bardzo prawdziwe.
    Staram się pielęgnować tę naszą „beczkę”, dawać dużo przestrzeni na kreatywność. Dlatego uciekłam z miasta, nie mam telewizora.
    A potem ze szklanymi oczami patrzę jak mój dwulatek siedzi na trawniku i w garsci ma trzy różnej wielkosci kamyki, a każdy z nich nosi imię naszych psów. Kamyczkowe psy biegają, szczekają bawią się. A ja wtedy czuję ciepło w sercu, ze mimo tych zabawek których sporo, on ma w sobie to „cos” a mi pozostaje tylko pielęgnować.

    • Moja Antka zbudowała dzisiaj z babcią i dziadkiem lalkę z kwiatów, patyka i sznurka. Dała jej na imię Zosia. Przysięgam, że nigdy w życiu nie zbudowała niczego w mieście. Po prostu nie. Tu ma wszystko na wyciągnięcie ręki. Pewnie nie jest to kwestia wsi czy miasta, bo i tak widzę niektórych, którzy i na wsi tony rzeczy dzieciom kupują, ale właśnie to jest takie zatracenie się w tym posiadaniu. W tym, żeby mieć więcej i więcej. A po co to mieć tak naprawdę? Wolę podróżować, poznawać, zwiedzać, dotykać, a nie mieć. Żeby leżało. I tego chciałabym nauczyć swoje dzieci. Obym miała ich więcej! :)

  • Och, już dawno nie czytało mi się tak dobrze i jednocześnie tak ekscytująco :)
    Widzę wiele z siebie w tym dziecku z beczki – choć ja w beczce nie siedziałem.

    I teraz rozumiem bardziej to, o czym pisałaś i w komentarzach. O rozterkach wiejsko-miejskich. I ja (i my) nie chcemy, aby nasze dzieci umiały odtwarzać zamiast tworzyć.
    Niech odtwarzają, ale nie zamiast :)

    • No właśnie, bo w mieście powiem Ci jakieś takie mniejsze pole do popisu. Nawet zestawy kreatywne dla dzieci mają instrukcje obsługi! Owszem, jeśli na wsi rodzice kupują dzieciom tonę zabawek, to nie ma znaczenia, że to wieś. Chodzi o równowagę, ale wieś daje więcej możliwości na kreację…

  • Masz świętą racje, ja sama widzę to po Karinie kiedy jesteśmy na wsi nie marudzi że się nudzi, nie chce bajki, nic nie chce tylko biega z miejsca na miejsce… a to rysuje po piasku czego jak idziemy do lasu nie chce robić, wieś to taki inny wymiar życia :)

  • Ja też nie lubię, jak przytłaczają mnie rzeczy. Dlatego większość ubranek i zabawek z których wyrasta córka staram się oddać potrzebującym. Staram się, bo moja mama, wychowana w czasach, kiedy nic nie było i wszystko mogło się przydać chowa i chomikuje na strychu. Mój dom to pół kojec, a troszkę jednak beczka. U dziadków moja córka szaleje z przyrodą. I zerwana samodzielnie poziomka jest dla roczniaka niesamowitym przeżyciem. A mrówkę potrafi wypatrzeć z wózka i alarmuje okrzykiem. I musimy się zatrzymać, ukucnąć razem i śledzić. Żadna zabawka nie dała jej tyle emocji, nigdy. No może jeszcze książki ;)

  • Hej, ja jestem przykladem typowego dziecka z beczki,i w pewnym momecie zycia wyruszylam do miasta, i dobrze mi tu i jak fajnie, i wszedzie blisko, ale kiedy urodzila sie moja corka zaczelam tesknic…. Teraz Olivka ma 3 lata i po duzej przerwie, bo prawie 2 letniej, zjechalysmy z miasta na miesieczne wakacje do dziadkow na wies, nie zabralysmy ze soba zadnej zabawki a u babci uchowalo sie kilka wiaderek do piachu i hustawka.i to nam wzupelnosci wystarcza, przez ostatnie 2 tygodnie moje dziecko wstaje o 6-7 rano, wciaga na gole stopy kalosze i buszuje po podworku, karmi z babcia kury, dziadek podarowal jej 2 kroliki, ma ulubionego kota i maltretuje godzinami psa. ma las, sad z jablkami i jak nigdy dotad zasypa o 20 spi spokojnym snem. Kiedy pierwszy raz wdepla w pokrzywe smialysmy sie i plakalysmy razem, a ja uswiadomilam sobie ze moje dziecko prosto z miasta nie wie co to pokrzywa i nie wie ze jej nie warto zrywac i ze nawet jak poboli to chwilowo. Tyle rzeczy jeszcze nie wie, ale uwielbiam patrzec jak usmiech nie znika jej z twarzy i jak duzo radosci daje jej przestrzen jaka ma na wsi. kiedy dzis siedzialm na lawce i obserwowalam jak moja corka probuje sciagnac kota z dachu komorki, bylam z niej dumna, ze nie przyszla do mnie po pomoc, ale ze biegala w kolo i przynosila najrozniejsze rzeczy na ktore moglaby wejsc albo ktorymi mogla by pomoc kotkowi. o jej ale sie rozpisalam. Pewnie zanudze tym komentarzem. ale odkrylam piekno wsi dopiero w tym momecie, kiedy obserwujac corke przypomina mi sie moje dziecinstwo;) pozdrawiam.

  • Piękny tekst. Jak to możliwe, że dopiero go czytam :)??? Ja jestem dzieckiem z beczki. Mój maż jest dzieckiem z beczki. A nasze dzieci? Chyba pół na pół: trochę beczki, trochę kojca, bo nawet na wsi nie da się ich odgrodzić od tego świata konsumpcjonizmu, reklamy, materializmu… Na szczęście rzeczywiście wieś daje inne pole do popisu dla wyobraźni, rozwija kreatywność jednak w innym kierunku niż miasto… dlatego nie przeprowadziłabym się, nigdy…

  • Jak ja się z tym wszystkim zgadzam! Ja byłam dzieckiem z bloku, ale gdy przyjeżdżałam do Babci byłam dzieckiem znad rowu lub z baraku! :)

  • Każdy tęskni do tego czego nie ma ;) Ja przeniosłam się z dzieckiem do miasta (ba, w sam środek stolycy) i nie czuję żeby ograniczało to naszą kreatywność. Zabawek nie mamy za wiele, a młoda bawi się głownie lalkami, misiami. Na spacerach obserwujemy wiewiórki ale i koparki. Na wsi za mało było jednak doświadczeń, wszędzie daleko 2 km by spotkać jakiegoś człowieka. wiecznie z tobołami, bo wszystko trzeba załatwić „na raz”, bo wszędzie daleko. w miesiącach zimowych – albo wyjazd samochodem, albo siedzenie w domu w długie ciemne wieczory. Wieś jest wg mnie fajna a) na wakacje b) jak ma się tam życie tzn tez pracę, prowadzi gospodarstwo rolne czy agroturystyczne, ma też środowisko społeczne. Bo jak praca jest w mieście – to taki ni pies ni wydra. Wszystko jest kwestią podejścia – a także pewnie poczucia, że jesteśmy tam, gdzie chcemy być w naszym życiu :)
    BTW wakacje też spędzamy „survivalowo”, wyjazd z 2,5 latką pod namiot? – mega! :)

  • A ja jestem typowym mieszczuchem. Dobrze mi tu i nigdzie się nie wybieram. ;o) Ja, dziecko z beczki, które zazdrościło koleżankom z bloku towarzystwa innych dzieci i windy. ;o)
    Walczę za to z tym wewnętrznym chciejstwem moim, żeby te wszystkie piękne zabawki córce kupić. Jej wystarczy tak niewiele, a te wszystkie cudności to tak naprawde mnie cieszą.
    I tylko na książki sobie bana nie stawiam.

  • Przypadkiem zajrzałam do Twojego świata. Z każdym wpisem podoba mi się w nim bardziej i bardziej. Jako dziecko z beczki rzucone ( z własnej woli) w świat większy i niby ciekawszy, zaczynam tęsknić za tą beczką właśnie (adekwatne określenia chyba już przejęłam:). Dla siebie, mojej córki, rodziny. Uciekam w rodzinne strony, kiedy się da, ale i tak widzę różnicę między moją Martą, a bratankami. Te właśnie beczkowo-kojcową. Z medialnego świata, który też mnie znużył swą bylejakością i sztucznością) uciekam w ogrody i staram się tworzyć miejsca przyjazne. Moją siłę przekonywania wykorzystuję, by sadzić w ogrodach maliny, słoneczniki, trawy i siać kosmosy. Udaje się coraz częściej. A na moim kawałku ziemi busz. Cudny busz, który w malutkiej części na razie musi mi i Marcie zrekompensować kojcową rzeczywistość. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.