Niebieski balonik

 

Dokładnie rok temu Lucek wyjechał na kontrakt za granicę. My z Antką doleciałyśmy do niego dopiero miesiąc później. Każda rozłąka jest trudna, zatem czas, który musieliśmy spędzić osobno, nie należał do najłatwiejszych. Zwłaszcza dla Lucka, który musiał przeżyć go z dala od swoich ukochanych kobiet. 

Wtedy jeszcze mieszkaliśmy w Warszawie, więc nie miałam na co dzień do pomocy mamy, czy siostry, które rezydowały w innym mieście. Byłam samotną matką. Mimo wszystko, wspominam ten miesiąc jako piękny okres w naszym życiu.

Czas, który płynął wolniej, paradoksalnie okazał się dla mnie łaskawy. Zwolniłam, nigdzie się nie spieszyłam, planowałam wszystko tak, by wykorzystać wspólne popołudnia z Antosią do granic możliwości. Powroty ze żłobka ciągnęły się godzinami. Zatrzymywałyśmy się co kilka kroków, by podziwiać otaczającą nas rzeczywistość. Wtedy to uświadomiłam sobie, że można uprawiać „slow parenting” nawet w szybkim, zatłoczonym, pachnącym betonem mieście. Bo to siedzi w nas, w naszych głowach i świadomości. Zupełnie niezależnie od miejsca, w którym mieszkamy.

Właśnie podczas tych naszych wspólnych, długich, letnich dni, moja córka zgłębiała tajemnicę mechanizmu socjalizacyjnego, zwanego motywem.

Miałyśmy wtedy swój mały rytuał. Codziennie odbierałam ją ze żłobka i szłyśmy prosto do  Coffeeheaven, które było przystankiem w drodze na plac zabaw. Ja brałam zawsze latte, a ona „babuś”, czyli czekoladowego muffinka. Siadałyśmy sobie przy stoliczku dla dzieci, konsumowałyśmy i kolorowałyśmy postaci z bajek, wydrukowane na kartkach przez obsługę. Uczyłyśmy się literek, liczenia, życia… Tak, życia. A pomógł nam w tym pewien przedmiot napełniany powietrzem…

Niebieskie baloniki na patyku w Coffeeheaven to standard. W naszej kawiarni czekały od rana na dzieci jak świeże bułeczki w piekarni. Wsadzone w kubek, dumnie prężyły swoje gumowe brzuszki wysoko na regale. Kusiły. Najbardziej Antoninę. Każdego dnia chciała nowy balon. I codziennie go dostawała. Wszak to balony dla dzieci. Szybko jednak zorientowałam się, że tę jej ochotę na posiadanie i zwykłe marnotrawstwo (balony wieczorem lądowały w koszu) można przekuć w coś pozytywnego. Chciałam, by wyszła ze swojego bezpiecznego miejsca, w którym to mama pyta, czy może wziąć balon i podaje go wprost do jej rąk. A że miała motyw, pomyślałam, iż to najlepszy moment, by nauczyć ją, w jaki sposób osiągnąć swój cel.

Początki były trudne. Antka się wstydziła, bała, coś ją hamowało. Na moje polecenia, by sama poprosiła o balonik, bo to przecież nie ja go chcę, tylko ona, od razu odpowiadała: „nie ja, mama” i uciekała, chowając się za moimi plecami. Nie było mowy o nakłonieniu jej do samodzielnego załatwienia sprawy.

Nie poddawałam się. Dzień w dzień chodziłyśmy do kawiarni i z każdą wizytą jej lęki malały. Chciała balon, więc musiała o niego poprosić. Stawiała małe kroczki i była coraz bliżej momentu chwały. Czaiła się, podchodziła, uciekała, wracała, ale mowy nie było o zadaniu pytania komuś z obsługi. Aż pewnego dnia, najzwyczajniej w świecie, podeszła do baristy i powiedziała: „chcę balon, proszę”.

Trwało to kilka tygodni. Prawie jak nauka chodzenia. Tymi maleńkimi kroczkami udeptała sobie drogę do samodzielności. Dziś Antka ma 2,5 roku. Jeśli chce zjeść loda, to podchodzi do lady i o niego prosi. Nawet sama podaje pieniądze sprzedawcy. Na pytanie jaki smak, z reguły odpowiada, że biały. Dziś się nie wstydzi, nie ma oporów. Wie, że jeśli coś chce, musi poprosić o to sama.

I jak ja się cieszę, że właśnie dzisiaj przypomniałam sobie o roli tych małych kroczków w życiu!
Dzisiaj, gdy okazuje się, że po kroku pierwszym, czas postawić drugi.
Bo właśnie dzisiaj dostałam dużą szansę i wykorzystam ją najlepiej jak tylko potrafię.
Idąc powoli, maleńkimi kroczkami, do postawionego sobie celu.
Pokonując przeszkody i walcząc ze swoimi słabościami.
Szkoląc się, ucząc, doskonaląc…

Kojarzycie tekst Arta Kurasińskiego: „Nie zaczynaj prowadzenia firmy od kupna Lamborghini”? Śmieszne? Żałosne? Raczej banalne, do bólu. Coelhizm. Ale w takich banałach jest mnóstwo prawdy. Wyśmiana „mądrość” autora ma na celu ukazanie samego modelu działania. Odniosłabym to zarówno do biznesu jak i do życia.

Bo nie ma dróg na skróty. Są małe kroczki, które stawiamy, by dostać swój wymarzony, niebieski balonik.

 

coffeeheaven balon niebieski dziecko fotografia dziecięca fotografia rodzinna fotografia portretowa studio foto minimaliv

Coffeeheaven muffinek muffin babeczka czekoladowa

Coffeeheaven muffinek muffin babeczka czekoladowa costa

DSC_7713

fotografia dziecięca fotografia rodzinna fotografia portretowa studio foto minimaliv

fotografia dziecięca fotografia rodzinna fotografia portretowa studio foto minimaliv

DSC_7725

fotografia dziecięca fotografia rodzinna fotografia portretowa studio foto minimaliv

fotografia dziecięca fotografia rodzinna fotografia portretowa studio foto minimaliv

fotografia dziecięca fotografia rodzinna

DSC_6147

DSC_5876

DSC_6304

DSC_6625-1

 

0
23 Komentarzy w
“Niebieski balonik”
  • „Czas, który płynął wolniej, paradoksalnie okazał się dla mnie łaskawy. „- miałam podobne odczucia, jak mój chłopak wyjechał za granicę do pracy (chociaż na początku szalałam :D), właśnie wtedy chyba nauczyłam się bardziej doceniać ten czas samej ze sobą i nauczyłam się go lepiej wykorzystywać.
    Nieustannie zachwycam się Antosią! Taka do wyściskania ;)))

  • Kurde, jaka mądra z Ciebie mamuśka! Ja chyba działam bardziej chaotycznie jednak…
    Co do rozłąki i tego, że czas wtedy płynie inaczej to święta prawda. Powiem Ci, że teraz jakoś bardziej cenię czas spędzony z dziećmi, inaczej go przeżywam, niż kiedy Grzesiek był w domu.

    • Dokładnie. To jakaś zupełnie inna relacja, no i możemy liczyć tylko na siebie. Nie rzucę wszystkiego i nie powiem: „Lucek, bo zaraz wyjdę z siebie, zrób coś!” tylko robię to sama! :)

  • Noto przyreklamowałaś Coffeeheaven :) Też tam lubię czasem. I też lubię slow.
    Tośka mistrz, jak patrzę na te zdjęcia to przypominam sobie jej bansy na instagramie!

  • Ależ ty mnie kobieto inspirujesz :) Wielkie dzięki za takie teksty a zdjęcia robisz rewelacyjne. Czasami zaparzam sobie kawkę i oglądam te Twoje fotki, bo są po prostu takie jakieś magiczne :)

    • Ależ ja się tak cieszę, gdy mogę kogoś zainspirować. Serce mi się wtedy powiększa do niezdrowych rozmiarów! :) Buziaki!

  • ja pierdzielę! w samo sedno… też dostaję szansę i właśnie się miotam jak ryba w podbieraku, co z tym zrobić. właściwie powiedziałaś to, co mój mąż od dłuższego czasu próbuje mi powiedzieć, ale z ust kobiety, matki… jakoś do mnie trafia! dzięki!!!!

    • Się nie miotaj tylko działaj! Nie każdy ma ten komfort dostać szansę. Wykorzystaj ją jak tylko najlepiej potrafisz! Powodzenia!!!

  • Antosia jest boska, nie będę tu oryginalna, powtarzam się. Zachwycam się nią non stop :) I ma fantastyczną, mądrą Mamę :) Ciężko jest hamować się w wyręczaniu dzieci ze wszystkiego. Ja też zachęcam Marię do samodzielności i tez małymi kroczkami. Czasami znajomi pytają się mnie czy mi się tak chce, przecież można coś szybko zrobić za dziecko i mieć z łowy. A mi się chce. Moje całe życie składa się z małych kroczków, które z biegiem czasu robią się wielkim krokiem :) I fajnie jak dziecko od małego uczy się życia z pomocą rodziców :) Jak to mówią: Nie od razu Rzym zbudowano :)
    Ściskam Was dziewczyny!!

    • A ja sobie wtedy zawsze myślę, że co mi to da na dłuższą metę – wyręczyć dziecko. Że będę musiała je wyręczać całe życie? Zaczyna się od takich małych kwestii, a później przecież nie będę niczego robiła za nią. Od małego musi walczyć o swoje! :) Czym skorupka za młodu nasiąknie… Ależ rzucamy tu banałami, hahaha! :*

  • To moja jeszcze nie mówi, ale zorganizować sobie balony i żarcie potrafi. Po prostu sobie je bierze. Nie może dosięgnąć? Bierze za rękę pierwszego lepszego frajera i mimiką, pobrzękiwaniem i pokrzykiwaniem zachęca go do oddania. Jaka tam niesmiałość ;) Gorzej gdy w restauracji chce jeść obcym ludziom z talerza i okazuje się, że nie może .

    • No a ja właśnie nie pozwalam Tosi ot tak sobie wszystkiego brać. Ona dobrze wie, że musi zapytać, bo to nie jest jej.
      I tak, jak była mniejsza i jeszcze niczego nie kumała, to też tak robiła. Jak podrosła, mózg się rozwinął to także zachowania są inne, zaczęła się wstydzić i trzeba było to zmienić :)

  • Małymi kroczkami … bo te małe kroczki to nasza droga. Cel można osiągnąć i za chwilę szukać kolejnego, ale uważam, że to z czego składa się nasze życie to właśnie te małe kroczki.
    Podoba mi się takie podejście, gdy dziecko jest motywowane, prowokowane do wychodzenia ze swojej „strefy komfortu”. Świetna nauka i przyda się w doroślejszym życiu.
    I nie wyręczać – o tak – my też próbujemy w podobny sposób i choć czasem dziewczyny nasze mają trochę dość to uważam, że warto.

    • Warto, warto! Żeby wychować samodzielnego, zdolnego do podejmowania własnych decyzji człowieka! :)
      Zawsze w sedno Tomek, dziękuję! :*

  • Piękny, mądry post.
    I dużo racji w tym, co piszesz i Ty i komentujące. Jak zostaję sama i wiem, że nie będę mogła za godzinę zostawić Madame jej ojcu i pójśc wywietrzyc głowy, to jakimś cudem niezgłebione pokłady cierpliwości w sobie odkrywam, przestaję odliczac chwile do jego powrotu i wszystko jakoś tak niepostrzeżenie wraca na właściwe tory.
    Madame jest teraz na etapie wstydziocha i najchętniej wszystko za rączkę z mamą y załatwiała. ;o)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.