Zmuś mnie do tego, Mamo!

 

Kocham pływać. Kocham przebywać w wodzie, nie pływając. Uwielbiam widok mojej córki, szalejącej wespół z tym żywiołem. Ubóstwiam wszelkie wyjazdy w miejsca, gdzie można całymi dniami raczyć się wodą, słońcem i świeżym powietrzem. Nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba. Nawet jeść nie muszę. Żyję klimatem. Dlatego z niecierpliwością czekam na kolejne lato, urlopy, wakacje. W te chłodne wiosenne dni żyję myślą o ciepłym piasku, w którym zanurzam stopy, idąc w stronę morza. O słońcu, które łagodnie pieści ciało, częściowo schowane pod parasolem. O musującym w kieliszku Prosecco i lekkiej, przyjemnej lekturze, które są nieodłącznym elementem naszego odpoczynku. Dorzucam do tego zwiedzanie i lokalną kuchnię, a na szczycie wakacyjnej piramidy euforii umieszczam wszelkie aktywności w wodzie.

Odkąd pamiętam chodziłam na basen. Każde wakacje spędzałam nad polskim morzem, Kaszubach i Mazurach. Pływanie to jedyna forma sportu, która męcząc, nie męczy mnie zupełnie. Dosyć wcześnie nauczyłam się pływać i zawsze chciałam, żeby Antka podzielała moje zainteresowania. Gdy skończyła roczek, zapisaliśmy się rodzinnie na zajęcia pływania dla maluchów. Wiele mówi się o koordynacji psychoruchowej dziecka, czy rozwoju więzi emocjonalnych z rodzicem poprzez taką aktywność… Niestety okazało się, że kompletnie jej to nie odpowiada. Bała się wody, była nieswoja, przerażona, zestresowana. A przecież powinno być wręcz odwrotnie. Pomyślałam wtedy, że roczek to jednak zły wiek. Że już za późno i jednocześnie jeszcze za wcześnie na pływanie. Bo gdyby była niemowlakiem, pamiętałaby życie płodowe, a starsze dziecko ma większą świadomość tego, co dzieje się wokół. Mój roczniak był chyba skonfundowany. Oczywiście każde dziecko jest inne i bardzo możliwe, iż okolice 12 miesiąca życia to dla wielu dzieci idealny czas na rozpoczęcie pływania, ale my czuliśmy, że Antce się to nie podoba. Zdecydowaliśmy chwilowo zakończyć przygodę z basenem. Nie chcieliśmy jej do niczego zmuszać. Więź emocjonalną budowaliśmy na lądzie.

Przyszło lato, wakacje, wyjazd na ciepłą wyspę. Gdy, już świadoma, Antosia zobaczyła morze, targały nią mieszane uczucia, bo z jednej strony była bardzo podekscytowana samym widokiem, a z drugiej bała się opuścić bezpieczną, plażową piaskownicę. Postanowiłam pomóc jej przełamać strach i weszłam z nią do wody, niosąc na rękach. Trzymała się mnie kurczowo, była zestresowana, co mnie lekko zaniepokoiło. Tym bardziej, że wiedziałam, iż problem nie leży w wodzie (bowiem w wannie potrafiła siedzieć godzinami) lecz w samych okolicznościach.

Pomyślałam wtedy, że kto ma jej pokazać świat jak nie ja? Jak rodzice, którzy powinni nakłaniać dzieci do różnych aktywności i zachowań. Ona mówi „nie”, bo nie zna, bo to dla niej nowość. Więc ja nie mówię „trudno” i zajmuję się swoimi sprawami, tylko próbuję zachęcić ją do poznania nowego. Pcham, niejako na siłę, bo „jeśli nie spróbujesz, to nigdy się nie przekonasz!”. Powszechnym jest, że każdy, nawet dorosły, boi się wyjść poza ciepłe miejsce, poza tę swoją piaskownicę, którą zna, rozumie i jest mu tam dobrze. Nie chcę, by moja córka była takim dorosłym. Bo po co ma wchodzić do wody i ryzykować? Może będzie zimna, głęboka, może będzie jej źle, może trudniej niż jest teraz, może poniesie porażkę… Może! Ale nigdy nie będzie jej dane tego sprawdzić, bo tkwi po uszy zakopana w piachu i ani jej się śni wygramolić, otrzepać i podjąć wyzwanie. Teraz jest woda, a później będzie prawdziwe życie, z wielkimi wyzwaniami, które będą przed nią stały na każdym kroku. Będzie musiała stawić im czoła, mierzyć się z nimi i rzucać się na głęboką wodę. Na razie może tylko wejść do kolan.

Zmusiłam ją. Ale zrobiłam to dla niej. Gdyby nie chciała, jak wtedy, gdy miała roczek, wyszłybyśmy na ląd. Choć i tak próbowałabym jeszcze kilka razy, delikatnie, już nie na siłę, by nie miała traumy. Ale znam swoją córkę. Wiem, że wszystko co nowe ją przeraża – w pierwszym momencie, dopóki strach nie ustąpi miejsca czemuś fantastycznemu. I tak wpłynęło mi dziecko na przestwór oceanu…

Chodzimy na basen. Antosia pływa w rękawkach, na deskach, skacze do basenu, szaleje. Nie boi się wody. Uwielbia ją. W zeszłym tygodniu chciałam, by poszła ze mną na wielką zjeżdżalnię. Strach w oczach, ona nie pójdzie, ona się boi, nie i koniec. Zagadałam ją i nim się obejrzała już wnosiłam na rękach na samą górę, by po chwili zjechać krętą, wodną ślizgawką. Gdy tylko znalazłyśmy się w brodziku na dole krzyknęła „jeszcze!”. I tak miałam z głowy pływanie do końca naszego pobytu na basenie. Liczyła się tylko zjeżdżalnia.

Myślę sobie, że moją rolą jako rodzica jest nakłanianie jej do wszystkiego i wspieranie w tym. Ufanie, że sobie poradzi i przekonywanie jej o tym. Najważniejsze, by próbowała. Najwyżej to rzuci i zajmie się czymś innym. Ale może coś, co jej pokażę stanie się jej pasją i da jej szczęście? Może nigdy sama po to nie sięgnie, a ja ją do tego „zmuszę”! Zmuszę do poszukiwania siebie i swojej drogi. Zmuszę do eksperymentów i eksploracji. Zmuszę do poznawania życia. A co ona zrobi z tym życiem to już będzie jej wybór.

 

DSC_4579DSC_4595DSC_4608DSC_4588DSC_4670DSC_4671DSC_4676DSC_5221DSC_5232DSC_5251DSC_5236DSC_5259DSC_5295DSC_6045DSC_4680

0
15 Komentarzy w
“Zmuś mnie do tego, Mamo!”
  • Świetny tekst Mira ! I boskie zdjęcia !
    Ja matka – ” boidupa ” , ale staram się Martynkę przekonywać do nieznanych rzeczy. Np. kupiłam Jej wczoraj rower biegowy, nie chciała, powiedziała, że się boi, ale za moją namową usiadła i coś tam nogami pomachała. Bo kto ma dzieciom pokazać jak nie my, rodzice.

    • Dziękuję Anetka! :*
      Nie możesz się tak bać, bo Ci dziecko na fajtłapę wyrośnie! Ono musi eksplorować, przewrócić się, potłuc, żeby wiedzieć z czym co się je. A jak będziesz taka zapobiegawcza i przed wszystkim ją chować, to będzie się wszystkiego bała! :) A ma świat zdobywać! I zdobędzie!
      Ściskam Cię kochana!!!

    • Się napijemy za te mądrości w końcu razem! Trzeba popychać dzieci do nowego. Może nawet i wtedy gdy są dorosłe :)

  • Wiesz o czym pomyślałam czytając ten tekst? O rodzicach załatwiajacym dzieciom odroczenie od I klasy… Szkoda, że niewielu ma tkaie podejście jak ty, bo przecież to nasza rola, by pomagać przełamać strach, zbudować wiarę w siebie, a tymczasem wielu rodziców robi odwrotnie: zakażają dzieci swoim własnym strachem i niewiarą i to w najważniejszych momentach…

    • Oni robią dzieciom tak wielką krzywdę, że nawet nie wiem jak to opisać. Ja rozumiem dzieci zacofane emocjonalnie… Ale normalne dzieciaki, które mogą się kształcić, bawiąc – bo przecież na tym to polega, marnują się w imię wyimaginowanego problemu straconego dzieciństwa… Koszmar! Najgorzej, gdy rodzic nie wierzy w możliwości swojego dziecka. Ta niewiara ze strony rodzica przejdzie na dziecko, które nie będzie wierzyło w siebie i ciężko mu będzie osiągnąć w życiu sukces. A mogłoby się tak nie męczyć… :) Buziaki!

    • Najorsze jest to, że w internetach toczą się prawdziwe walki w tym temacie. Przeciwnicy wydrapaliby Ministerstwu i zwolennikom oczy. Nie przetłumaczysz takim rodzicom…

    • Można powiedzieć, że niech robią co chcą… Szkoda tylko, że dzieci idą w świat i to one przecież będą nami rządzić i Tworzyć nasz kraj w przyszłości. Kiedy Europa daleko z przodu, my w ciemnogrodzie…

    • ja jestem takim dzieckiem które w wieku 6 lat chodziło już do podstawówki i jakoś nigdy nie odczułam tego by mi ktoś rok dzieciństwa ukradł :)

  • Jest jeszcze jedna rola w której Cie będę utwierdzała i wspierała – Ty szczęśliwa i spełniona ♥
    Uściski!!!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.