Uśmiech

Od pewnego czasu jest mi smutno. Do tego słońca jakby mniej ostatnio, a może odwrotnie – nie rozgościło się jeszcze na naszym niebie na dobre. Czekam więc. Na słońce, na lepsze dni, na uśmiech dziecka. Wczoraj bolała mnie głowa. Przez cały dzień. Bardzo! Do tego źle spałam i prawie nie mogłam nią ruszać. Spotęgowało to mój smutek i złe samopoczucie. Ale odebrałam Antkę z przedszkola i poszłyśmy do parku na spacer. Jakie to szczęście, że akurat wtedy kapryśna złota gwiazda zechciała wychylić nos zza chmury. Dzisiaj było jeszcze piękniej. Doceniam i dziękuję.

Mimo fatalnego nastroju, przeżywając ogromne męki, chciałam sprawić Antosi przyjemność. Lubię, gdy po nią przychodzę, a ona w pobrudzonej obiadem bluzce, z rozczochranymi włosami, widząc mnie w progu, krzyczy, że ma dla mnie pracę [plastyczną] i rurę jej ciocia z papieru zrobiła. I że Zuzia, ta duża nie mała, dała jej konika różowego i szarego, a na obiad to były ziemniaki. Wiem, że była samodzielna, świetnie się bawiła i spędziła miło dzień. Jej uśmiech jest lekarstwem na moją bolącą głowę i duszę.

Na placu zabaw zapomniałam na chwilę o bólu, który nawet jakby złagodniał. Przyczynił się do tego pan, który nazwał moją 2 i pół letnią córkę „małą dzidzią”. Nie omieszkałam zwrócić mu uwagę, że nie dzidzia, więc zapytał „a co?”, to mu grzecznie odpowiedziałam – „A dziecko!”. Następnie pani, która krzyczała na swoją około 6-letnią córkę, bo ta nie umiała wyjść z huśtawki dla „małych dzidzi”. Na koniec dziecko, którego było mi szkoda, bo jego mama pomagała mu dosłownie we wszystkim. Jakby mogła to jeszcze by za nie oddychała, jadła i chodziła. Widząc to, pomyślałam, że dla postronnych obserwatorów mogłam wyglądać na wyrodną matkę, gdy moje roczne dziecko przewracało się na placyku czy chodniku, a ja nie reagowałam nerwowo i nie biegłam od razu by otrzepać mu rączki i kolana. Czekałam z bezpiecznej odległości (czasem ta odległość to metr nad głową), aż podniesie się z upadku i pobiegnie dalej. Dzisiaj, gdy Anosia ma wypadek mówi tylko, że „nic nie stało się” i pyta: „Wystraszyłaś się mamo?”. Ja wtedy odpowiadam z przerażeniem, że bardzo, a ona informuje mnie z uśmiechem na ustach, iż całkiem niepotrzebnie. Zawsze ta sama rozmowa i zawsze podobnie mnie bawi. Nie bawią mnie natomiast nadgorliwi rodzice, bo mam wrażenie, że wychowują kaleki. I mówią do nich „zrobiłaś sobie kuku”.

Czas spędzony na karuzelach, zjeżdżalniach i huśtawkach okazał się dla mnie wyjątkowo łaskawy. Minął bowiem jak mrugnięcie powieką. Droga powrotna była już tylko przyjemnością, gdyż mijając polanę pełną dmuchawców, zatrzymałyśmy na niej się na chwilę. Chciałam zwyczajnie położyć się na trawie i patrzeć jak moja córka biega radośnie, zrywając puchowe kulki na zielonych łodyżkach i bawi się nimi, dmucha w nie, rozrzuca. W pewnym momencie wskoczyła mi na plecy z okrzykiem zwycięstwa na ustach, poprzytulałyśmy się, pośmiałyśmy i po chwili znów pobiegła porozmawiać z białymi mniszkami. Ona do nich mówi! A może do siebie. Ona mówi cały czas, więc trudno to wyłapać. Niemniej jednak widok ten sprawia mi wiele radości. Gdy wracamy zaczyna płakać, bo coś jej nie pasuje. Gdy mówię „nie płacz” płacze jeszcze bardziej, mocniej, głośniej. Mówię więc żartobliwie: „Tośka, uśmiech!”. Powtarzam w kółko kilkanaście wręcz razy, aż w końcu osiągam swój efekt. Przestaje płakać.

W takich chwilach czuję, że jestem szczęśliwa. Nic to, że w głowie bieganina myśli, a myśli te bolą jak miejsce ich zamieszkania. Smutek rwie serce, a to ciężko w piersi bije. I oddech jakiś taki niespokojny. Ale uśmiech mi z twarzy nie schodzi, gdy widzę to moje małe szczęście. Te oczy wpatrzone we mnie i proszące o lizaka z misiem. O naleśniki z dżemem. O jeden, „Tylko jeden mamo!”, odcinek Myszki Miki.

Wieczorem kładziemy się do łóżka, a ona znosi kredki, przytulanki, buty, wiewióry i ani myśli zasypiać. Zmęczona i coraz bardziej zdenerwowana, z rozsadzającym bólem głowy, zaczynam zwyczajnie płakać. Tłumaczę jej, że muszę odpocząć, bo bardzo mnie boli, chcę zgasić światło i widzieć ciemność. Ona bierze moją twarz w swoje maleńkie rączki i patrząc mi w oczy mówi żartobliwie: „Mama, uśmiech!”. I dodaje: „Musisz iść do lekarza. Po prostu. Nie płacz już mamo!”. Przytula mnie z całej siły, opada miękko na poduszkę i po chwili odpływa w objęcia Morfeusza wtulona we mnie i różowego króliczka.

Mimo ogromnego zmęczenia przez ten ból nie mogę zasnąć. Patrzę na śliczną buźkę skąpaną w srebrnej poświacie księżyca. Liczę miarowe oddechy i głaszczę maleńką rączkę. Od pewnego czasu jest mi smutno. Ale z nią smutno mi mniej. Jej uśmiech jest najjaśniejszą stroną mojego życia. I niech tak zostanie.

 

 

okaidi koszulka konewka home&you buty zara kids fashionkids moda dzieciokaidi koszulka konewka home&you buty zara kids fashionkids moda dzieciokaidi koszulka konewka home&you buty zara kids fashionkids moda dzieciokaidi koszulka konewka home&you buty zara kids fashionkids moda dzieciDSC_1662DSC_1669okaidi koszulka fashionkids moda dzieciDSC_1729DSC_1682okaidi koszulka konewka home&you buty zara kids fashionkids moda dziecikonewka home&youDSC_1775okaidi kurtka apaszkaokaidi koszulka konewka home&you buty zara kids fashionkids moda dzieciokaidi koszulka konewka home&you buty zara kids fashionkids moda dzieciokaidi koszulka buty zara kids fashionkids moda dzieciokaidi koszulka buty zara kids fashionkids moda dzieciokaidi koszulka buty zara kids fashionkids moda dzieci dmuchawcepan rowerski www.panrowerski.plokaidi koszulka buty zara kids fashionkids moda dzieci dmuchawceokaidi kurtka apaszka dmuchawiecdmuchawce polana

 

0
10 Komentarzy w
“Uśmiech”
  • Też jestem wyrodną matką, bo też nie chodzę za młodym krok w krok i nie pomagam wstawać po upadku. Jakoś dziwne jest to, że jak się nie pomaga i nie biegnie z głośnym „ojejejejejuś” na ustach to dziecko nie robi dramatu, nie ryczy na cały plac zabaw, tylko wstaje i idzie dalej.
    A co do smutku, to ja przestałam miewać egzystencjalne rozkminy odkąd mam dziecko, jestem tak padnięta przez cały czas, że nie wiem nawet czy mi smutno czy wesoło, czy nijako. Chociaż jak mnie wczoraj ugryzł to było mi smutno ;)

    • Też tak miałam przez pewien okres, ale to mija. Oddasz do przedszkola, będziesz miała więcej czasu, wrócą rozkminy! ;) Ściskam Cię wręcz już majowo, wyrodna matko! ♥

    • Noo już jest przeca w przedszkolu. Myślę, że nie rozkminiam bo mnie tak raczysko nastawiło żeby tego nie robić ;)

  • Kochana mamy ostatnio podobne dni, podobne spostrzeżenia. Ja to chyba oddzielny post o nadgorliwości na placu zabaw napiszę. :P My bardzo rzadko bywamy, bo do najbliższego 2 km, ale przy okazji wizyty w Ciechocinku zahaczyliśmy akurat. Trafiłam na matki kwoki… Masakra. ;)
    Mira Ty mieszkasz w Polsce? Widzę, ze tak cieplutko u Was, więc obstawiam, że nie.

    • Ola no co Ty, jasne, że Polska!
      Przecież było kilka pojedynczych dni, że temperatura +25! To może u Was nad morzem bryza Cię chłodzi! :)
      A i tak nie obyło się bez: „Pani dziecko takie roznegliżowaneeee???” TAK! Bo upał jest! :P
      A gdzie się bawią Twoje dzieciaki? Jakieś huśtawki czy zjeżdżalnie chyba macie?

    • No fakt u nas dwa dni też było gorąco, ale jak rozebrałam maluchy na krótkie rękawki (plus długie portki) o mało mnie co niektórzy wzrokiem nie zabili! :P My mamy huśtawkę w ogrodzie i piaskownicę, a plac zabaw 2 kilometry od domu. Czasem chodzimy. :)

  • Oj, nie do końca się zgodzę, że wystarczy nie reagować i już. Moja znajoma ma 3 synów. Dwaj nawet jak spadną na głowę ze zjeżdżalni, otrzepią się i pójdą, a trzeci popłakuje i trzeba przytulić. Po przytuleniu wstanie, otrzepie się i pójdzie, ale jak nie zareagujesz to będzie płakał do skutku. Ten sam ojciec, ta sama matka, to samo podejście, a jednak inaczej trzeba.
    Ja za Madame chodzę. Asekuruję czasami. Chyba mam zbyt wybujałą wyobraźnię. I przytulam, bo ona przytulasta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.