Kara

 

Moja koleżanka Emilka pracuje w aptece. Bardzo ciężka to praca. Z ludźmi. Historii i przeżyć ilość niezliczona. Jedna z nich dała nam obu do myślenia. Obie jesteśmy matkami. Obie mamy córki w podobnym wieku. Obie podobne podejście do wychowania dzieci. Ona jest tylko mniej nerwowa, ale to pewnie dlatego, że pracuje w aptece i po kryjomu nagminnie pije Nervosol. Przecież nie da się być zupełnie spokojnym przy dziecku, prawda?

Apteka Emilki to takie połączenie farmacji z drogerią. W tych miejscach pełno dobra wszelkiego ustawionego na regałach. Od tony kosmetyków, przez setki rodzajów środków na odchudzanie, po zabawki do kąpieli dla najmłodszych. Wszystko kolorowe, pięknie zapakowane, kuszące, zupełnie człowiekowi niepotrzebne. No może oprócz olejku Nuxe z drobinkami złota. Nie! Po co komu kolejny suchy olejek do ciała? Dobra, potrzebny, najlepszy jest…

Do apteki wchodzi matka z kilkuletnim synkiem. Chłopiec jest wyjątkowo żywy, aktywny i radosny. Z tego szczęścia poczuł wewnętrzną potrzebę wyręczenia Emilki w nadchodzącym remanencie. Zaczął dość nieudolnie, ale szybko się rozkręcił i po chwili z regałów leciało już wszystko, co wpadło mu w zwinne rączki. Prezerwatywy mieszały się ze środkami na przeczyszczenie, a akcesoria do karmienia niemowląt znalazły nowe miejsce wśród termoaktywnych balsamów modelujących pośladki. Widać, że dzieciak świetnie się bawił. Jego kreatywność nie została jednak dostrzeżona przez mamę. Dopiero Emilka, zreflektowawszy się, iż chłopak wykazuje pewne braki w podstawowej wiedzy na temat inwentaryzacji, zwróciła uwagę mamie na zachowanie jej pociechy. Ta, zaskoczona zachowaniem syna, przerwała swoją podróż po półkach z kremami przeciwzmarszczkowymi.

Zaczęła się tyrada. Jednocześnie próbując ogarnąć bałagan będący dziełem chłopca, krzyczała na niego, że jest okropny, że jak tak może, że jej wstyd przynosi, że ma to natychmiast sprzątnąć, bo jak nie to popamięta, że co on sobie wyobraża, przecież to nie zabawki! A gdy dziecko stało po środku apteki i wpatrzone w podłogę nie reagowało na jej monolog, jeszcze głośniej krzyknęła, że ma sobie w takim razie wybić z głowy oglądanie dzisiaj bajek i że to będzie jego kara. I że on zobaczy! Zrobiła szybkie zakupy, rzuciła w stronę Emilki krótkie przepraszam i uciekła z tego przybytku, ciągnąc malca za rękę, i strasząc go bezustannie wykonaniem srogiej kary. Mogę się założyć, że moja kochana koleżanka pomyślała wtedy w duchu, iż mogła dorzucić jej coś na uspokojenie. Gratis.

Wróćmy jednak do chłopca. Teksty o fundowaniu kar rzucane przez zdenerwowaną mamę wyraźnie go nie ruszały. Zaczęłyśmy się zastanawiać dlaczego widmo nieobejrzenia ulubionej bajki nie wywołało w nim żadnej reakcji. Przecież dzieci kochają bajki i te z nich, dla których kolorowe kreskówki stanowią nieodłączny element popołudniowego odpoczynku, nie mogą bez nich żyć. Zabawiłyśmy się w tworzenie przykładowych scenariuszy.

Matka straszy swojego syna tego typu tekstami średnio raz dziennie. Początkowo przynosiły one efekty, ale chłopiec zorientował się, że mama jest niekonsekwentna, bo wieczorem i tak włącza mu bajki, by mieć chwilę spokoju. Skoro dobrze wiedział, że kara nie zostanie wykonana, straszak nie podziałał. Może być też tak, iż wykonanie kary było dla chłopca tak odległe, że aż abstrakcyjne. Jakaś bajka, za kilka godzin, inny świat. A może chłopiec doskonale zdawał sobie sprawę z powagi mierzonych w niego słów i bał się tak bardzo, iż ominie go wielka przyjemność, że zupełnie nie reagował, ze strachu. Inny scenariusz zakładał, że chłopiec uodpornił się na słowa powtarzane przy każdym przewinieniu. Stojąc na środku apteki może i wiedział, że zrobił źle, ale ponieważ za każdym razem jest tylko straszony niepuszczeniem bajki, to nie rozumie swojego przewinienia, nie widzi związku kary z winą, jest skonfundowany, więc stoi i nic nie robi. Kolejnym razem, w analogicznej sytuacji pewnie zachowa się podobnie, a mama postraszy go wyłączeniem telewizora.

Cokolwiek nie zrodziło się wtedy w głowie dzieciaka, wyglądał jakby nie zrozumiał całej sytuacji. A może wystarczyłoby spokojnie wyjaśnić mu, że to co zrobił było złe, że zachował się nieładnie, nabałaganił (zdarza się przecież!) i musi posprzątać, bo nie wyjdzie stamtąd dopóki tego nie zrobi. Mogła oczywiście zaproponować pomoc, żeby nie przytłaczać małego dziecka dużą odpowiedzialnością. Może trzeba było mu uświadomić, iż zamiast iść do domu oglądać telewizję będzie teraz porządkował to, co rozrzucił. Myślę, że nawet jeśli nie za pierwszym, to za kolejnym razem chłopiec zrozumiałby, że robienie bałaganu nie jest atrakcyjne, bo niesie za sobą konsekwencje sprzątania i tracenia czasu, który można spożytkować w inny, ciekawszy sposób.

Jest jeszcze jedna opcja. Wykończona po całym dniu mama miała tak wszystkiego dosyć, że rzuciła pierwszy lepszy tekst, który przyszedł w sekundę do jej zmęczonej głowy i zwyczajnie nie miała ochoty na wychowywanie dziecka w tym konkretnym momencie. Po całym dniu pracy wypełnionym spotkaniami i raportami puściły jej nerwy, a niegrzeczny syn nie pomógł jej w trzymaniu ich na wodzy. Tylko czy nasze złe samopoczucie zwalnia nas z bycia rodzicami? Jesteśmy nimi 24 godziny na dobę i dziecko (zwłaszcza kilkuletnie) nie rozumie, że może chcemy chwilę odpocząć, bo jesteśmy po prostu sfrustrowani, czego dajemy wyraz, gdy ono nie spełni naszych oczekiwań. Bardzo ciężko jest być dobrym rodzicem. Ale musimy się starać. Tym bardziej jeśli chodzi o wymierzanie kar. Bo to niezwykle delikatna sprawa. Kara w przypadku dziecka, moim zdaniem najłagodniejsza z możliwych, powinna być naturalną konsekwencją przewinienia. Powinna być adekwatna do winy. Kara abstrakcyjna nie ma sensu, jest zbyt odległa, niezwiązana z tematem, nie daje się dziecku skojarzyć z tym, co robi źle, w rezultacie nie robi na nim żadnego wrażenia i jest nieskuteczna. Dzieciak nabroi i tak, bo przecież tylko nie obejrzy bajki. Może sobie na to pozwolić. „Jeden dzień bez bajki, co to za kara? Dam radę do jutra.” – myśli i idzie do kuchni potłuc kilka talerzy, bo frajda wielka, a kara żadna.

Nie nam oceniać tę mamę, bo nie znamy przebiegu dnia tej kobiety, ale obie z Emilką doszłyśmy do wniosku, że warto było poświęcić trochę czasu w tym momencie na wyjaśnienie dziecku co zrobiło źle i dlaczego ma naprawić swój błąd, bo zaoszczędziłaby go sobie na przyszłość. My obie staramy się tak robić. A nerwy? Zrozumiałe. Przecież nie można być zupełnie spokojnym przy dziecku, prawda?

 

Pan tu nie stał t-shirt moda dziecięca fashion design kids minimaliv blog parenting lifestylePan tu nie stał t-shirt moda dziecięca fashion design kids minimaliv blog parenting lifestylePan tu nie stał t-shirt moda dziecięca fashion design kids minimaliv blog parenting lifestylePan tu nie stał t-shirt moda dziecięca fashion design kids minimaliv blog parenting lifestylePan tu nie stał t-shirt moda dziecięca fashion design kids minimaliv blog parenting lifestylePan tu nie stał t-shirt moda dziecięca fashion design kids minimaliv blog parenting lifestyletulipany tulipan kwiatdziecko dziewczynka ciastko minimaliv blogsiedzisko Brasil hamak wypoczynek interior wnętrza design sernik szampan urodziny impreza kieliszki home&you sernik ciastosernik szampan urodziny impreza kieliszki home&you sernik ciastokwiaty tulipany wiosnadziecko dziewczynka truskawka fototulipany kwiaty żonkilsiedzisko hamak Brasil huśtawka dziecko interior design wnętrza dom

DSC_4927
Emilki Lusia i moja Antosia

0
24 Komentarzy w
“Kara”
  • Fajny Lucek! Fajna Antka! – dorośleje ci pannica!!! <3
    I ten sernik! Podzieliłabyś sie! Na ur Karola masz ze sobą go zabrac!! :)

    A tekst bardzo dobry! Bardzo! Sama mam problemy z wyładowaniem złości..ale zawsze jak krzyknę – przytulam mlodego i przepraszam….

    • O tej złości sporo się ostatnio mówi i dobrze. Może sama zdobędę się na jakiś post.
      A z sernikiem to proszę Aneczko (tak ładnie?) do Czuczy. Ona jest mistrzynią w tym temacie! :)

    • Ten chłopiec był starszy od naszych dzieci, Lucy. Zawsze się zastanawiam czy jeśli od początku dobrze wychowujemy dziecko, to czy te kary w ogóle kiedykolwiek będą potrzebne. Może gdzieś po drodze mama tego chłopca zawiniła. Ale jeśli nazwać karą tłumaczenie dziecku, że zrobiło coś źle i zabieranie mu jego cennego czasu, to ja to robię! :)

  • No mnie niestety całkiem często ponoszą nerwy… Szczególnie, że ostatnio mam nerwówkę nieziemską. Co do kar to zdarza się, że je stosuję, aczkolwiek kilkuminutówki, np. pobawisz się ulubioną zabawką dopiero za 10 minut. Na więcej nie mam cierpliwości i konsekwencji, ale zdarza się, że po dziesiątym upomnieniu, że nie wolno specjalnie budzić brata albo chodzić do lasu za domem takie kilkiminutówki są konieczne i skutkują.

  • Na moje dzieci najlepiej działa, jeśli muszą ogarnąć to, co narozrabiały. W tym konkretnym przypadku chłopiec musiałby posprzątać. A że sprzątanie byłoby pewnie dość męczące i uciążliwe, nie miałby ochoty na zrzucanie rzeczy z pólek w przyszłości. Niestety dla rodzica to też rodzaj „kary”, więc lepiej zostawić bałagan, pogadać trochę i uciec z miejsca „zbrodni”:)

    • Dokładnie to miałam na myśli, pisząc ten tekst. Dla dziecka karą jest samo sprzątanie i marnowanie cennego czasu. Bo te rzeczy na regałach to nie zabawki. Zabawa jest w domu. Ale ta mama wolała nałożyć na dziecko karę nieoglądania bajek. Bez sensu, prawda? :)

  • To znowu ja :-) Oczywiście zgadzam się i tak właśnie staram się wyciągać naturalne konsekwencje które pokażą dziecku dokładnie co się stało czemu mi się nie podobało co zrobił i np. chwilowe odebranie zabawki gdy po upomnieniu i tłumaczeniu nadal rzuca nią w ścianę.. – jednakże w tym wypadku słowo kara jest dla mnie na wyrost- ale może to właśnie kwestia tego jak wyglądały kary mnie wymierzane… Rozmowa i wsparcie dziecka potem w trudnych chwilach gdy jeszcze tak trudno jest mu z emocjami sobie poradzić to niesamowicoe ważna sprawa.

    • No właśnie. Ciężko w tym wypadku mówić o karze. Ale nazwałam to tak umownie. W sensie, że nie wymierzamy dziecku jakiś dziwnych kar, a rozmawiamy, tłumaczymy i ewentualnie robimy tak, żeby bezpośredni wynik jego czynu był dla niego karą, tj. wyżej – to sprzątanie. Dla niego to już kara, jak pisałam – musi tracić czas na sprzątanie zamiast zabawę. Ale jakieś inne dziwne wymysły to już dramat. Myślę, że można tego uniknąć całkowicie. Moja Tośka pluła, biła i gryzła jak była mniejsza. Nigdy jej za to nie ukarałam, tylko z uporem maniaka tłumaczyłam, że tak nie wolno. Teraz rozumie więcej i mogę sobie pozwolić na jakieś upomnienie, czy ewentualnie „postraszenie”, że czegoś nie będzie, nie dostanie, jeśli tłumaczenia nie działają. Ale to już ostateczność, bo najpierw staram się tłumaczyć i prosić by tak nie robiła lub by właśnie coś zrobiła. Myślę, że jednak te granice trzeba stawiać, ale jak będziemy to robić to już nasza decyzja. Byleby to nie było bardzo krzywdzące i ADEKWATNE! :) Cudnie, że tu jesteś Elu! :*

  • Miłosz też miał fazę bicia kopania szarpania za włosy itp. tłumaczeniem daliśmy radę chociaż są momenty że mu wraca na chwilę i trzeba znowu tłumaczyć. Myślę że podobnie wygląda sytuacja z nagrodami. Wszystko wychodzi naturalnie z danej sytuacji :-) Ja też się cieszę że Was znalazłam :-) :-*

  • Nie wiem czy Miłosz bił Was czy kolegów i koleżanki. W każdym razie faza bicia, kopania czy szarpania za włosy innych dzieci zwykle robi najwięcej szkód samemu agresorowi. Mieliśmy jeden taki przypadek wśród znajomych. Praktycznie wszystkie dzieci były pogryzione lub poszarpane za włosy. Obecnie nikt już nie zaprasza małej agresorki na żadne dziecięce imprezy, rodziców oczywiście też nie. Aż mi ich trochę żal, bo to bardzo fajni i maksymalnie spokojni ludzie, ale bardziej mi było żal własnych dzieci.

    • Ale to już chyba jakieś ekstremum. Rodzice powinni byli coś z tym zrobić. Zarówno dzieci bitych, jak i tej dziewczynki. Tym bardziej, jeśli to Wasi znajomi – trzeba było z nimi pogadać, zaradzić, pomóc im! Przecież oni się męczą, dziecko się męczy, otoczenie… Przestaliście się przyjaźnić tylko dlatego, że dziecko gryzło, biło i kopało?

    • U nas z Miłoszem zaczęło się od bicia nas, potem było także bicie innych ale reagowaliśmy za każdym razem i szybko przeszło, byłam przy nim w momentach stresowych, pomagałam poradzić sobie, przytulałam, tłumaczyłam i Jemu to bardzo pomagało. Nie bije innych dzieci, ogólnie jest bardzo delikatnym chłopcem. Teraz czasem wraca bicie nas, ale już coraz rzadziej, właściwie to bardzo rzadko się zdarza, ale jednak się zdarza. Widzę, że coraz lepiej radzi sobie ze złością, oczywiście jestem wciąż przy nim i pomagam mu radzić sobie z tak trudnymi emocjami. Zostawienie dziecka samego sobie w takich momentach (nawet jeżeli to normalne etapy) jest bardzo dla niego krzywdzące.

    • Dokładnie! Zgadzam się w 100%! Moja Tośka tak samo miała fazy, ale zawsze ją wtedy przytulałam, tłumaczyłam, raczej podchodziłam z miłością niż srogością. Wiedziałam, że to normalny etap, ale widziałam też, że zupełnie nie umie sobie z nim poradzić. Dzisiaj jak jest wściekła to zostawiam ją samej sobie, a ona szybko się uspokaja i krzyczy: „Mamusiu, chcę się przytulić!”. Na tym etapie tak sobie radzi ze swoją złością. I to jest takie słodkie! :)))

    • Wspaniale! Miłosz ma 2 lata więc jeszcze przytulas jest potrzebny natychmiastowo, ale sam podchodzi żeby się przytulić, już nie muszę pytać czy tego chce, sam wie że mu to pomaga :)

    • Tośka ma 2,5 i jest dokładnie na tym samym etapie! :) To przytulanie to chyba lekarstwo na wszystko! Tulmy się! ;)

  • Rodzice mniej więcej poradzili sobie już z sytuacją, ale dopiero w momencie, kiedy na świat przyszło młodsze maleństwo i kilka razy padło ofiarą „ataku”. Niestety niesnaski w towarzystwie pozostały. A powiem Ci, że niewielu jest rodziców, którzy chcą rozmawiać na temat niewłaściwego zachowania swoich dzieci. Ci akurat ze stoickim spokojem powtarzali wszystkim, że to normalna faza rozwoju i że mała z tego wyrośnie. A mała dalej rwała dzieciom włosy z głów, oczywiście tym mniejszym od siebie…

    • To nie dziwię się niesnasek. Krytyka to dobra rzecz. Pokora również. Czasem jednak brakuje równowagi. Jedni parają się krytykanctwem, zamiast konstruktywnie krytykować, inni nie mają za grosz pokory. Szczerze powiem, iż nie rozumiem takich rodziców, którzy nie przyjmują do wiadomości, że ich dziecko nie jest słodkim aniołkiem. Prawdą jest, że zachowanie tej dziewczynki to pewna faza rozwoju. Jednak błędem jest myślenie, że dziecko wyrośnie z tego samo. Rolą rodziców jest uczyć, kierować na dobrą drogę. Należy upominać, tłumaczyć, wyjaśniać, a nie czekać, że samo przejdzie. Bo może się tylko pogorszyć…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.