Idealna

 

Poznałam ją w pięknych okolicznościach przyrody. Lato było i było miło. Obie byłyśmy matkami raczkujących maluchów. Na początku zawsze jest dość intensywnie. Spotkania są częste, długie, trzeba się obwąchać, poobserwować, zaufać. Szał uniesień, opowiadanie sobie całego życia i gorąca wymiana poglądów zazwyczaj mijają wraz z pierwszym zachwytem, ale w tym przypadku trwało to dłużej.

Ona ułożona, z głową na karku, zawsze na czas, plan awaryjny czekał w rękawie. Wychodziła z założenia, że jedyna słuszna opcja dla dziecka to jego łóżeczko i ono musi zasypiać i wstawać o tych samych godzinach. Zegar niemowlaka trzeba zaprogramować – mawiała – a gdy był niegrzeczny zostawiała go płaczącego w pokoju, wychodziła i zamykała za sobą drzwi. Twarda z niej sztuka. Zimna krew z zasadami. Jedzenie musi być w jednym tylko miejscu i o stałych porach. Dziecka nie można zostawić na noc z dziadkami i wyjść ze swoim facetem. To jest złe, bo przecież ono ma rodziców i to oni muszą z nim siedzieć. Nie po to zostali rodzicami by teraz wspólnie imprezować lub chociaż wyjść do kina. Z resztą imprezy są nudne i bez najmniejszego sensu. Takie było jej zdanie i tak robiła. Wierna sobie.

A ja? Z diametralnie innej bajki. Zupełnie niezorganizowana, zawsze czegoś zapominałam, a to pieluchy na zmianę, a to chusteczek, butelki. Wiecznie spóźniona, bo nigdy mi się specjalnie nie spieszyło, mimo, iż paradoksalnie zawsze wszędzie biegnę. Może właśnie z tego permanentnego spóźnienia? Nigdy nie kładłam Tośki spać o jednej porze. Już po tygodniu od porodu stwierdziłam, że spanie osobno i wstawanie co chwilę w nocy na karmienie jest nie dla mnie i przeprowadziłam ją do naszego łóżka. Godziny karmienia, a później posiłków również miałyśmy w cały świat, bo Antosia nie była głodna na zawołanie – o stałej porze. Ona była głodna non stop. A weź dziecku nie daj…

Zawsze uważałam sobotnie sprzątanie za chorobę poprzedniego pokolenia i buntuję się konsekwentnie, odkąd wyprowadziłam się z domu. Czasem przegrywam w nierównej walce z przyzwyczajeniami, ale każdy ma gorsze dni. Ja wolę ten czas spędzać z rodziną. Tym bardziej, że właśnie tylko weekendy są dla całej naszej trójki, a sprzątanie zabiera pół dnia i wprowadza nerwową atmosferę. Szkoda mi tego czasu, gdy są to jedyne dwa dni w tygodniu, kiedy możemy zrobić coś wspólnie. Ona wysyłała męża z dzieckiem na spacer i sprzątała.

Obie byłyśmy skrajnie różnymi matkami i innymi ludźmi. Słuchałyśmy kompletnie innej muzyki, miałyśmy zupełnie inne zainteresowania, styl życia, światopogląd. Nosiłyśmy zgoła różne ubrania, tak też – inaczej – ubierałyśmy nasze dzieci. Różniły nas nie tylko poglądy, ale też lata. Dokładnie lat 11. Mimo tego wszystkiego, kochałam ją.

Zawsze byłam osobą silną, dlatego nigdy nie przypuszczałam, że stanie się to, co miało miejsce później…

Ta obrzydliwie inteligentna kreatura była dla mnie ideałem. Ideałem matki, kobiety. Czysty dom, wszystko na swoim miejscu, zero wpadek. Książki czytane w ilościach hurtowych. Ciuchy wyprane, wyprasowane, poukładane. Obiad ugotowany, dziecko śpi (oczywiście zawsze o tej samej porze). Plan na 100%, nie wiem czy nie co do minuty. To chyba oczywiste, że te nasze różnice niejednokrotnie powodowały spięcia. Ona często myślała, że ja jej nie szanuję, a ja wściekałam się, bo ona była typem osoby, która nie rozumiała, że jednak można inaczej.

Nie rozumiała, że można chcieć oddać dziecko do żłobka. Że ma się ochotę nadal imprezować, mając to dziecko. Że chce się odpocząć od berbecia, pójść do pracy, rozwijać się, żyć, a nie siedzieć w domu, gotować i sprzątać. Nie oceniam jej. Nie domniemywam, czy jej wypowiedzi  były skierowane w moją stronę by wzbudzić poczucie winy. To raczej mój problem, że przestałam w siebie wierzyć. Chciałam być lepsza niż jestem. Chciałam być kimś innym. Chciałam być idealna.

Z każdym tygodniem, miesiącem naszej znajomości czułam się coraz gorszą mamą, aż w końcu stwierdziłam, że do niczego się nie nadaję. To był długi proces. Rosło to we mnie, pęczniało, pączkowało. Aż pękło. Rozsypałam się na kawałki i nie mogłam pozbierać. Pamiętam, że pomyślałam wtedy, że zupełnie niepotrzebnie chciałam mieć dziecko.

Bo po co dziecku taka mama? Skrajnie nieidealna, zapominalska, beznadziejna. Taka, która cały tydzień potrafi mieć w domu bałagan, bo nie ma weny na sprzątanie. Mama, która zapomni ugotować obiad i o 17 przypomni sobie, że dziecko nie jadło niczego ciepłego od śniadania. Która chce mieć czas dla siebie, bo z przemęczenia jeszcze mniej chce jej się sprzątać, prać, gotować. Dziecko do żłobka posyła i na noc babci zostawia by na randkę pójść. Mama, która pozwala dziecku zrzucać wszystko z szafek i robić bałagan, a później wścieka się na nie, że ten bałagan zrobiło. Taka, która nie robi jak w książkach piszą i w telewizji mówią. Mama, która niewychowaczo o godzinie 22 wieczorem je z dzieckiem czekoladowe ciastka w łóżku, bo nie może się oprzeć, gdy to z zawadiackim uśmieszkiem na ustach pyta: „Mamusiu, a zrobimy sobie piknik?”.

Dzisiaj już wiem i rozumiem, że nie ma sensu myśleć, analizować, porównywać się do innych mam, rodziców, ludzi. Moje dziecko jest tylko moje i ja najlepiej wiem co dla niego dobre. Czy chcę je ochrzcić, posłać do komunii, dawać mięso, a może żywić kiełkami. Czy dam słodycze, hamburgera, będę je codziennie kąpać i kłaść o tej samej porze, czy pozwolę mu oglądać bajki do północy. Nakarmię piersią, a może dam butlę od pierwszej doby. Czy zaszczepię, czy będę całkowicie przeciwna.

To jak zrobię i tak nie uczyni mnie idealną. Nie dla mojego dziecka, chociaż ono pewnie tego nie oczekuje. Nie dla społeczeństwa. Bo ile ludzi tyle opinii i nigdy nikogo się nie zadowoli. Dla mnie też nie, bo zawsze będzie jakieś „ale”. To wszystko są tematy do rozmów i jak najbardziej można, a nawet trzeba dyskutować, ale nie dajmy się zwariować i nie bądźmy na tyle słabi, żeby od razu myśleć, że gdy ktoś robi inaczej, to robi lepiej. Piszę to do siebie. Nie uważajmy też, że jak ktoś robi inaczej, to jest gorszy! To również piszę do siebie. Szanujmy się! To piszę do nas wszystkich…

Nie wiem jak Wy, ale ja uczę się tego każdego dnia. Bycie mamą zdecydowanie w tym pomaga, bo jednak przy tematach „okołodzieciowych” jest najwięcej kontrowersji. A co do bycia idealnym, to: „Nie obawiaj się doskonałości. Nigdy jej nie osiągniesz”. Tako rzekł mistrz mój i samozwańczy geniusz Salvador Dali. Ja się tego trzymam, czego i Wam Kochani życzę!

A ona? Też okazała się nieidealna!

 

a-to-bylo-tak2

1
18 Komentarzy w
“Idealna”
  • Fajny post! Tez miałam podobne rozterki, tyle, że nie ze strony innej matki a-zdawałoby się- tej drugiej połówki, i nie tyle o bycie nie idealna matką, co o bycie gorszym człowiekiem przez to ze robię coś inaczej. Na szczęście w porę się „opamietalam” ;) pozdrawiam!

    • Inaczej wcale nie znaczy gorzej. Właśnie o tym pisałam. Nie ma co się dołować i sobie umniejszać. Dla naszych dzieci tak zawsze będziemy najlepsze! :) Pozdrawiam! :*

  • Jakkolwiek to zabrzmi: jestem bardziej podobna do Ciebie, niż do tej pani idealnej. Roztrzepanie to moje drugie imię. I miewam dni, w których te wszystkie Idealne Matki mnie dołują, sprawiają, że czuję się do niczego… Będę czytać ten tekst zawsze, gdy się tak poczuję.

    Co do ciastek to sam fakt dawania ich dziecku to przecież ciężka zbrodnia… ;)

    • Chyba powinnyśmy sobie zdzielić przez łeb za każdym razem, gdy wydaje nam się, że jesteśmy fatalne. Oczywiście musimy strać się być lepszymi – dla nas samych, dla naszych dzieci, ale nie gonić tego co niedoścignione, nie pragnąc na siłę być idealną. Bo te kobiety, do których się porównujemy i przez które mamy doły wydają nam się takie doskonałe, a w gruncie rzeczy one też mają wady, też się martwią, że ktoś jest idealny, a one nie. Ciągle sobie powtarzam, że muszę patrzeć nie na innych lecz na siebie, zaakceptować swoje słabości i pokochać wreszcie swoje zalety. W końcu pewnie jakieś tam mam! :)

    • Masz rację, ale dla mnie to jest piekielnie trudne… Mam mnóstwo kompleksów i bardzo trudno mi powiedzieć sobie, że jestem fajna taka jak jestem. oczywiście nie katuję się tym bez przerwy, ale często mam takie chwile, kiedy porównuję się z innymi i łapię mega doła.

  • jestem zachwycona Twoim blogiem!!!
    od 7dni umierałam, bo nie widziałam tu nic nowego
    teraz jestem w niebie!!!
    częściej i więcej! jest bosko! ;)

    • Ewa przepraszam! Miałam bardzo radosny, przyjacielski i rodzinny tydzień, który pochłonął mnie bez reszty. Zero czasu na blogowanie. Ale wróciłam i będzie dużo i mam nadzieję dobrze! :) Ogromnie się cieszę, że lubisz tu być i do nas zaglądasz! To najpiękniejszy i najwspanialszy komplement! Dziękuję! ♥

  • A ja całe życie robiłam coś dla innych.. Mój syn ma 8 lat ja rozwiodlam się z jego ojcem, bo kompletnie do siebie nie pasujemy i to on ma opiekę nad małym…chociaż ja poświęciłem młodemu te 8 lat wychowując go.. I zapomniałam o sobie..teraz nie mam odwagi odejść i zająć się swoim życiem i cały czas tkwię w tej chorej sytuacji… Choć młody jest z ojcem..ale serce matki nie może zostawić dziecka..po prostu wyniszczam się a synek. Coraz bardziej podobny robi się do ojca…niestety…

    • Marta to strasznie smutne co piszesz! Ale nie rozumiem, jesteście po rozwodzie i nadal razem mieszkacie? I jak to się stało, że ojciec ma opiekę a nie Ty? W Polsce to się jednak zdarza? :O

      Jak chcesz pogadać to pisz na maila! Ściskam Cię serdecznie i wierzę, że sytuacja zmieni się na lepsze!!! ♥

  • Uwielbiam Cię kobito!!! Czytam i czuję jakbyś pisała o mnie :) Matka Polka Nieogarnięta to moje drugie imię. Ja należę jednak do tych matek, które generalnie innych mają w poważaniu i robię swoje. My żyjemy każdym dniem inaczej. Jednego dnia obiad jest na 14 a innego na 18. Ciastka w nocy też się zdarzają i pomiędzy posiłkami nieraz też. Ale dzięki temu, że się nie spinamy, że nie mamy parcia żeby wszystko było idealnie co do godziny żyjemy spokojnie. I szkoda mi tych matek, które mają zaplanowane całe życie i swoje i dziecka, bo nie daj boże coś nie pójdzie po ich myśli to mają życiowy dramat. A znam takie dla których ja jestem heretyczką bo nie wprowadziłam dziecku od małego stałego rytmu dnia, bo nie daję jej jedzenia o stałej porze, bo śpimy razem, bo jak chcę mieć trochę spokoju włączam jej bajkę itd. Ale w przeciwieństwie do mnie one siedzą z dziećmi w domu bo dzieci nauczone spać w ciszy, bo o 19 muszą leżeć w łóżkach, bo rytm i się dziwią jak my możemy z dzieckiem iść na imprezę do znajomych gdzie jest głośna muzyka albo jak można z takim małym dzieckiem lecieć na drugi koniec Europy tak z dnia na dzień i tylko z bagażem podręcznym. A możemy bo od początku się nie spinamy i nie traktujemy dziecka jak ludzika, którego się nakręci i będzie działać jak szwajcarski zegarek.
    Ach się rozpisałam, ściskam Was dziewczyny :******

    • Kaśka dokładnie jest jak piszesz! Bo wyobraź sobie, że tamta kobieta, ta idealna, kiedy jej dziecko nagle zaczęło budzić się o 5 rano (a normalnie spało do 7-8) to urządziła histerię. Mówiła, że nie zna już swojego dziecka. I próbowałam jej wyjaśnić, że dziecko to nie mały robocik, tylko człowiek jak ja i ty. Że może obudzić się o 5 i to nie oznacza, że coś z nim nie tak. Po prostu zmienił mu się rytm. Ale ona nie rozumiała. I nigdy nie zrobiła niczego bez planu. Ale są tacy ludzie i trzeba ich również szanować. O tym też jest ten tekst. Ja też Cię uwielbiam Kacha i uwielbiam, że tu jesteś. Ściskamy Was również najmocniej i wiosennie!!! ♥

  • Wiesz, przez jakiś czas też miałam ciśnienie, na to by być idealną, spinałam się, prałam sprzątałam gotowałam i czułam tak totalnie zmęczona i wyczerpana, że już na nic innego nie miałam ochoty, padałam na twarz, wszystko dookoła miałam zrobione, ale nie miałam czasu na to, by z dzieckiem spędzić choć chwilę (nie wiem, może nie potrafię planować, pewnie tak) i takim błędnym kołem wpędzałam się w coraz większą depresję, aż w końcu powiedziałam stop, pieprzę to, dom jest do mieszkania, a nie do wyglądania, w dupie mam to, że ktoś pomyśli, że nie daje rady ze sprzątaniem czy gotowaniem, ale mam fantastyczne dziecko, które nie odczuwa deficytu matki. A tekst naprawdę fajny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.